
Nowy Rok 1981 rozpoczął się balem Sylwestrowym z Haliną w klubie "Mrowisko". Stary zakończył się tragedią - ósmego grudnia w Nowym Jorku został zastrzelony John Lennon, i radością - dziesiątego grudnia 1980 r. Czesław Miłosz otrzymał w Szkokholmie Literacką Nagrodę Nobla. To trzy najważniejsze wydarzenia w moim życiu w ostatnich tygodniach. Każde z nich na swój sposób wpłyneło na moje samopoczucie budząc we mnie uczucia, o których istnieniu nigdy wcześniej nie wiedziałem.
Listopadowy numer "Literatury na świecie" z ubiegłego roku z czerwoną gwiazdą na czarnym tle okładki, na stronie 390 pisze: "Nagrodę Nobla za rok 1979 otrzymał Czesław Miłosz. Czesław Miłosz jest jednym z największych poetów polskich dwudziestego wieku od czasu romantyzmu. Jest także znakomitym eseistą i godnym uwagi powieściopisarzem. Zajmował się też tłumaczeniem. Jego przekłady należą do najwybitnijeszych osiągnięć translatorskich polskiej literatury współczesnej".
Nie wiem dlaczego "Literatura na świecie" napisała, że Nobel Miłosza jest za rok 1979, myślę, że za rok 1980, ale może redaktorzy ulubionego przeze mnie miesięcznika wiedzą lepiej. Po raz pierwszy na poezję Miłosza natrafiłem w wakacyjnym numerze "Poezji" z ubiegłego roku, w którym zamieszczono kilka stron wierszy Noblisty. Natomiast mało wiem o nim samym. Nagle dowiaduję się, że Miłosz jest najwybitniejszym polskim poetą od czasów romantyzmu, eseista, powieściopisarzem, którego dorobku literackiego w ogóle nie znam. Znajduje się kilka jego przekładów w dwutomowej antologii poetów języka angielskiego opracowanej przez Żuławskiego, ale to za mało, aby powiedzieć, że znam jego dorobek poetycki.
Na usprawiedliwienie swoje i "Literatury na świecie" mogę zacytować fragment ostatniego paragrafu tej notki: "Przez wiele ostatnich lat nieraz podejmowano próby przywrócenia poety (i nazwiska) świadomości kulturalnej zwykłego człowieka. Próby te na ogół zawodziły. Nie miejsce tu, by odpowiadać na pytanie dlaczego tak się działo. A na pytanie to odpowiedzieć trzeba".
No cóż komentarza nie potrzeba, ale dobrze się stało, że "zwykły człowiek" czyli ja, będzie mógł nareszcie dowiedzieć się, dlaczego przez tyle lat nie mogł czytać wierszy Miłosza. Przepraszam cię mój pamiętniku, żartuję, wygłupiam się przecież wiem, każde dziecko wie, dlaczego Miłosza i tylu innych poetów, działaczy politycznych, ludzi sumienia nie można było spotkać na niwie naszej kultury.
12 stycznia 1981
Koniec okresu świątecznego i koniec nastroju świątecznego powracamy do codziennej normalności, czyli spraw dnia codziennego. Następne 12 miesięcy będzie rządzić nami tak jak tylko będzie chciało, plus przypadek, plus to co zostało zapisane w gwiazdach, plus sama wiara i nadzieja dyktować będą swoje warunki, na które w wielu przypadkach zgodzimy się, bo nie będzie innego wyjścia. Życie - szkoła kompromisów - pokaże wszystko co tylko potrafi i jeszcze więcej. Bibilijny Samson czy David to alegoria nas samych, słabych ludzi, którzy biorą się za bary z życiem, które rzuca nimi o ziemię, ale czasem człowiek wygrywa.
Siedzę zawinięty w koc w zimnym mieszkaniu, nad kartką papieru, dumam; co tu napisać takiego, czego jeszcze nie było. Czy prowincja Dolny Śląsk, góry Sowie (moja mała ojczyzna) może być atrakcyjna dla tych ze stolicy. Czy opisywanie tego co tutaj przeżywam, jak widzę i odbieram świat może być wydarzeniem literackim? Czymś nowym czego jeszcze nie było? Albo jak połączyć śmierć Lennona z Noblem Miłosza. Nie ma w tym żadnego sensu, rozdział gitarzysty z Liverpoolu definitywnie się zakończył. Natomiast Miłosz ze swoją poezją wszedł w moje życie. Nobel Miłosza otworzył drzwi nie tylko dla mnie, ale dla wielu, którzy potrafią to zauważyć. Mogę powiedzieć - Lennona zastąpił Miłosz. Z jednej wielkiej miłości wpadłem w drugą. Dzięki Lennonowi rozpocząłem naukę angielskiego, dzięki Miłoszowi rozpocznę przygodę z polską literaturą XX wieku.
Początek roku i nowych marzeń - jak sądzę - wiele osób planuje cuda na patyku. Teraz, jak nigdy wcześniej, można pokusić się o snucie planów na cały rok: składanie życzeń, ściskanie, rąk, obejmowanie się, całowanie, a gratulowaniu sobie tego wszystkiego co do tej pory się wydarzyło. Obiecanki cacanki, i tak większość planów nigdy się nie spełni, na nasze szczęście i nieszczęście, i tak jest dobrze, i tak jest pięknie, że możemy żyć z niespełnionymi marzeniami. Tak jest najlepiej dla nas samych, ale my tego nie wiemy. Zamartwiamy się, że coś tam nam w życiu nie wyszło. Stary rok rozdrapujemy na części dni, tygodni i miesięcy, głowimy się, wymądrzamy i tak minie dwanaście miesięcy. Wtedy okaże się, że nie jesteśmy mądrzejsi. A nawet głupsi, więc wszystko pozostawiam dniom, które dopiero nadejdą. Tak będzie najlepiej, najmądrzej, najwygodniej.
A jaki był stary rok 1980? Wspaniały. Narodziny "Solidarności", zwolnie ze służby wojskowej z powodów zdrowotnych, poznanie Haliny, literacki Nobel Miłosza. Umarł Lennon, aby Miłosz mógł się narodzić. Na ołtarzu popiołów jednych marzeń rodzą się inne jeszcze piękniejsze, śmielsze dla tych których serce jest dzwonem obwieszczającym życie, a nie tylko pompą.
26 stycznia 1981
Czytam gazety, jakie tylko wpadną w moje recę. Jest to mi potrzebne jak nigdy dotąd, ponieważ całe społeczeństwo dyskutuje na wszystkie tematy. Pod lupę dyskusji brane są poniedziałkowe teatry telewizji, sport, kolejki za mięsem a skończywszy na królowej dyskusji polityce. Pieszyckie Towarzystwo Przelewania Pustego w Próżne interesuje się prawie wszystkim. Takiego ożywienia i tylu dyskusji dawno nie było. Oczywiście polityka i sprawa dnia codziennego dominują.
Interesującej, na poziomie rozmowie przysłuchiwałem się w zakładzie fryzjerskim pana Zenka, w której udział wzieli jego klienci czekający cierpliwie w kolejce na strzyżenie głowy. Otóż robotnicy, którzy zupełnie niedawno temu pracowali wytrwale przy budowaniu komunizmu, narzekali, ale pracowali i nie zastanawiali się czy są szczęśliwi, czy nie, teraz zaczęli domagać się wolnych sobót. Organizują strajki ostrzegawsze, co oczywiście dobrowadza do wszelkiego rodzaju zakłóceń w życiu gospodarczym państwa, a "Trybuna Ludu" pisze o tym na pierwszej stronie. Ale klienci pana Zenka wcale się tym nie martwią ponieważ jeśli gospodarka zupełnie upadnie to i komunizm upadanie. Czyli im gorzej tym lepiej. A co będzie z fabrykami, w których oni teraz pracują jeśli przestaną w nich pracować albo fabryki przestaną być opłacalne dla państwa? O tym nikt jeszcze nie mówi.
Nie mam żadnych wątpliwości, że strajki to jakieś tymczasowe rozwiązanie, ale czy rzeczywiście musi cała polska komunistyczna gospodarka skonać, aby mogła narodzić się kapilistyczna? Prawdę mówiąc nie wierzę , że w ciągu jednego dnia lub nocy może się to dokonać. Po drugie, robotnicy tak pewnie mówili o swoich racjach, że brzmiało to w moich uszach jak zarozumiałość. To, że byli i są wykorzystywani, że "coś" im się należy wiem już od dawna. Zgoda, należy im się to od 1945 roku, ale w tym momencie jest całkowity bałagan w kraju (jak można nazwać obecne wydarzenie), którego nawet sam Lech Wałęsa nie potrafi kontrować.
Wcale nie byłbym zdziwiony, że 90% wszystkich informacji o tym co dzieje się w Polsce zupełnie do przywódcy "Solidarności" nie dociera. Z jednej strony ciągłe wizyty zagranicznych gości w Polsce, a z drugiej wyjazdy zagraniczne Wałęsy, np. do Francji bardziej wygląda to na czynienie z "Solidarności" gwiazdy sezonu niż poważne traktowanie przeciwnika, który nadal jest bardzo groźny, a Kreml wręcz nie może doczekać się położenia łapy na tym wszystkim co się w Polsce rozgrywa. Poza tym argumenty pieszyckich robotników uświadomiły mi realia w jakich wszyscy teraz żyjemy. Można pogratulować im tak wielkiej roztropność i rozwagi. Ich wypowiedzi do mnie trafiały, szkoda tylko, że z Pieszyc jest tak daleko do władz związkowych w Gdańsku czy w Warszawie.
5 lutego 1981
Robert Czachorowski, kolega poprosił mnie o małą pożyczkę pieniędzy, które ma zamiar przeznaczyć na uszycie sobie garnituru z jeansu. Robert, gdzieś jakimś psim swędem zwęszył materiał przywieziony przez kogoś, kto był w Niemczech. Niestety musiałem mu odmówić, ponieważ chciał pożyczyć więcej niż moja miesięczna wypłata. Nie dosyć, że mu odmówiłem to jeszcze "wygłosiłem kazanie ", aby nie szalał, koszt całego przedsięwzięcia wyniesie około 25 tysięcy złotych, czyli jakieś pięć jego wypłat. Nie wydaje mi się jednak, że przemówiłem mu do rozsądku. Taki garnitur to dopiero byłby szał, nie mówiąc już o wzdychających dziewczynach we Wrocławiu, do którego się obecnie przeprowadza.
18 lutego 1981
Generał Jaruzelski 12 lutego został premierem rządu komunistów. Poprzedni premier Józef Pieńkowski nie wywarł na mnie większego wrażenia. Nawet jego rządów nie zauważyłem. Był i przepadł jak kamień w wodę, jak jakiś bohater dopiero co przeczytanej powieść, o której po odłożeniu książki zapomina się. Wicepremierem został Mieczysław F. Rakowski, były redaktor naczelny tygodnika "Polityka". Słowem - wojsko i dziennikarze zaczynają nami rządzić. Czy taki rząd może być stabilny i wiarygodny? Czyba nie. Czarny kolor dziennikarskiej farby gryzie się z kolorem żołnierskiej czerwonej krwi. Wymieszanie kolorów może przypominać błoto. Co to może oznaczać nie wiem, ale gdybym wybrał się do fryzjera Zenka, na pewno bym się dowiedział. Ludzie w Pieszycach wiedzą wszystko. Jest, to dla wielu tutejszych robotników oczywiste i jasne jak słońce w samo południe. Polska będzie wolna wtedy, gdy Rosja upadnie. Nie może być wolnej Polski bez wolnej Rosji, czyli dwa naczynia połączone. Ale jak wywalczyć nie tylko wolną Polskę, ale wolną Rosję, Ukrainę, Litwę itd. Czy jest to możliwe? Gdy Rosja sama w sobie pęknie, wtedy wszystko będzie możliwe.
2 marca 1981
Zima daje się we znaki, węgiel prawie się kończy i nie mam czym palić w piecu. Palę tylko w soboty i niedziele, bo wtedy przebywam w domu najwięcej. W roboczy dzień jeszcze pół biedy - jestem w pracy, wieczorem u znajonych, u Kazia Wondraszka na telewizji. W nocy jest bardzo zimno. Śpię pod grubą pierzyną, ubrany w ciepłe rzeczy. Najgorsze jest poranne wstawanie. Ubieram się dosłownie w 10 sekund. W tym moim komicznym pośpiechu zapiniania rozporka, koszuli, wiązaniu butów czai się świadomość niemocy. Wysłałem kilka wierszy do warszawskiej "Poezji". Nowy Rok wysypał z rękawa parę nowych utworów. Jest to moje kolejne podejście i chyba nie ostatnie. Niewidzialna konkurencja jest bezwględna i nigdy jej nie drży ręka przy wyrzucaniu wierszy do kosza na śmieci. Niestety, właściwie nigdy nie wiem dlaczego moje wiersze zostają odrzucane. "Poezja ", pismo ogólnopolskie, które czytam od pięciu lat, według mnie bardzo nierówno redagowane, nie zawsze ciekawe i nie zawsze potrafię zrozumieć kryteria redaktorów klasyfikujących wiersze do druku. W sumie nie moja to sprawa oceniać tych, co oceniają czyjąś twórczość, jedyne co mogę zrobić to powołać się na czas, który rozsądzi kto miał rację.
Chociaż wiadomo, najpierw drukuje się wiersze swoich przyjaciół i znajomych, później przyjaciół znajomych, następnie polecane przez znajomych. Wiersze poetów lansowanych przez partię, nie mówiąc już o wierszach bufonów, którzy są tuż przy samym korycie poezji w Warszawie. Są też indywidualiści poetyccy nienasyceni rządzą oglądania swojego nazwiska w gazecie. Słowem, mam pretensję do wszystkich tych, którzy odpowiadają za druk wierszy w Polsce, że nie publikują moich świetnych wierszy, które według mnie prezentują ciekawszą stronę życia, o której oni tam w tych swych zadymionych małych pokojach redakcyjnych warszawsko-krakowskiej kliki poetyckiej nie mają pojęcią. Głowy im ciążą od alkoholu jeszcze nie przefitrowanego przez nerki, serce, mózg. Cha, cha, cha...
25 marca 1981
Partia opowiada się za socjalizmem. Zakończył się kolejny, bo XXVI Zjazd radzieckich komunistów. Leonid Breżniew po raz kolejny przewodniczącym KPZR. Nikogo to w Polsce nie dziwi, w Europie Wschodniej też nie, podejrzewam, że i Reagan nie jest tym zdziwiony. Zdziwienie byłoby wtedy, gdyby wybrano kogoś innego. Wtedy gorączkowo rozważano by; co właściwie się dzieje? Kogo się bać? Gdzie szukać przyjaciół?A tak wszystko jasne - "Radzieccy komuniści nie opuszczą polskich w biedzie".
Kilka dni temu pobito działaczy "Solidarności" w Bydgoszczy. Społeczeństwo zostało zaalarmowane po raz kolejny bezczelnością milicji, która z nikim się nie liczy. Wiadomo, milicjanci na pewno otrzymali rozkaz - przyzwolenie z Komitemu Wojewódzkiego partii. Zanosi się na strajk generalny w całej Polsce. Wałęsa uznał akcję milicji za atak na związek i służnie, tak właśnie było, nie inaczej. Co to wszystko może oznaczać? Tylko jedno - zwycięstwo zawsze jest po stronie silniejszch.
5 kwietnia 1981
Dwa dni temu, w piątek, w Warszawie, ukazał się pierwszy numer tygodnika "Solidarność", niestety jeszcze do Pieszyc (moich rąk) gazeta nie dotarła, ale już teraz o tym piszę, bo jest to bardzo ważne wydarzenie. Można powiedzieć historyczne przynajmniej dla nas, którzy przez całe życie tj. 24 lata w moim przypadku lub trzydzieści pięć lat (od zakończenia wojny) zdani byli tylko na "Głos Ameryki" czy "Radio Wolna Europa". Redaktorem naczelnym został Tadeusz Mazowiecki. Człowiek, o którym w Pieszycach mało kto słyszał, ale prawdopodobnie bardzo prawy skoro został wybrany na tak wysokie stanowisko. Przynajmniej teraz będą wiadomości z pierwszej ręki, prawdziwe bez skreśleń cenzora. (taką mam nadzieję). W przeciwnym razie nie byłoby sensu wydawać jeszcze jednej gazety, która kłamie.
12 kwietnia 1981
Generał Jaruzelski apeluje o zawieszenie na trzy mięsiące akcji strajkowych. Jedni uważają to za sprytny wybieg komunistów, którzy potrzebują czasu, aby się pozbierać. Inni widzą w apelu Jaruzelskiego słabość rządów komunistycznych. Są też tacy, którzy mają już dość strajków i nazywają je bałaganem - tak określają jawne manifestacje, niezadowolenie społeczeństwa. Osobiście jestem za strajkami i za tym, aby komuniści jak najszybciej ustąpili, oddając władzę "Solidarności" i jej zwolennikom. Wszystkim wiadomo, strajki osłabiają naszą gospodarkę, czynią chaos, zamieszanie, ale to i tak mała cena za odzyskaną "wolność tymczasową", trwającą już dziewięć miesięcy, tj. od sierpnia 1980. Polska wpędza się w jeszcze większą biedę, biedni nie mogę pozwolić sobie na walkę fair play. W tym wszystkim za mało jest inteligencji, czyli ludzi, którzy mogliby na zimno, spokojnie, racjonalnie, z boku przyglądać się i podejmować decyzję. Obie strony są tak gorąco zaangażowane w szarpaninę, że nie mają chwili oddechu, aby odsapnąć i spokojnie rozejrzeć się na boki, cóż dopiero mówić o myśleniu.
25 kwietnia 1981
Pierwsi koledzy z Pieszyc grupami po trzech, pięciu wyjeżdżają na Zachód, do Niemiec. Twierdzą, że czuć już lato w powietrzu. Pracy w Polsce będzie coraz mniej, złotówka to nie pieniądz, ale rzecz umowna. Natomiast na Zachodzie z końcem wiosny pracy będzie coraz więcej, więc nie ma po co siedzieć w kraju i głodować. Sam rozmyślam o wyjeździe, może bym i wyjechał, nawet jeśli nie po pieniądze to z ciekawości, aby na własne oczy zobaczyć ten zakazany legendarny zgniły Zachód, powąchąć ten kwiatek bez zrywania go w taki polski romantyczny sposób, z zacisniętymi zębami, oczami pełnymi łez.
4 maja 1981
W tym roku 1 maja wypadł w piątek, czyli cały kraj świętował przez trzy dni, (niektórzy odpracowali sobotę). Komuniści obchodzili swoje święto, ale nie tak hucznie jak zwykle. Brakło dekoracji czyli flag, portretów przywódców i proroków komunistycznych. Ulice nie były tak "pięknie i bogato" udekorowane jak kiedyś. Przyczyn takiego stanu rzeczy, jest wiele począwszy od kryzysu ideologii poprzez brak pieniędzy. Wygląda na to, że komunizm kończy się wraz z brakiem finansów. Sztuka oszukiwania wykreowana przez tyle lat nagle przestaje być sztukę, ale staje się nędzną, głupią farsą. Geniusz trzech filozofów, ojców ludzkości - kończy się w jednym punkcie - pusta kasa. Nie tylko ich, zresztą. Trzeci Maja po raz pierwszy jest nie tylko świętem kościelnym, ale i państwowym, czyli solidarnościowym. Znam takich, którzy byli na pochodzie pierwszomajowym w piątek, a w niedzielę trzeciego maja poszli do kościoła świętować kapitalistyczne święto przedwojennnej Polski. Niestety nie miałem okazji oglądać telewizji i nie wiem czy były (chyba były) pokazywane migawki filmowe z "bratnich stolic".
6 maja 1981
Prezent od władzy ludowej na święto robotników - podwyżka cen mięsa. Jak zwykle tłumaczy się ją dużym popytem i tym, że statystyczny Polak zjada więcej mięsa niż Zachodnio-europejczyk. Podobna sprawa jest z alkoholem: Polacy za dużo piją w porównaniu z innymi cywilizowanymi narodami. To, że państwo na wódce zarabia, o tym się nie mówi. Coraz bardziej krąży nad Polską widmo głodu. Wszyscy będziemy głodować, to nie żaden żart. 30 kwietnia wprowadzono kartki na mięso i jego przetwory, masło, makę, ryż i kaszę. Doszliśmy do tego, że rządy "ludzi pracy" doprowadziły kraj do całkowitego upadku gospodarczego. W życiu bym nie uwierzył, że partia komunistyczna doprowadzi do takiego upodlenia całego narodu. Starsi ludzie mówią, że za Niemca było lepiej niż teraz. Nie chcę w to wierzyć, Niemiec był okupantem, ale żeby cały naród głodzić to naprawdę wygląda jak jakiś surealistyczny film. Te kolejki za wszystkim co tylko można dostać, a nie kupić. Niestety coraz mniej można, a pieniądze tracą na wartości. Obecnie coraz mniej się kupuje a więcej załatwia. Polskie pieniądze nie powinny nazywać się złote, ale z a ł a t w i ć. Powracamy do wspólnoty pierwotnej i handlu wymiennego. Ale w tym było piękno targowania się, teraz bierz chłopie co ci w łapę wpadnie i zmykaj. Nic się nie da kupić wszystko trzeba z a ł a t w i a ć.
12 maja 1981
W niedzielę, tj. dwa dni temu wybrałem się na wycieczkę rowerową z grupą znajonych i przyjaciół do Srebrnej Góry (około 20 kilometrów od Pieszyc najkrócej jest jechać przez Bielawę, Jodłownik, Wiatryczyn, Przegorzały, Jemnę ). Lubię od czasu do czasu wyskoczyć w tzw. teren. Większość przyjaciół to pracownicy Zakładowego Domu Kultury w Pieszycach i w Bielawie oraz młode dziewczyny, tkaczki pracujące na krosnach w zakładach włókienniczych "Bieltex" a mieszkające w hotelu robotniczym w Pieszycach. Srebrna Góra to byłe miasteczko górnicze, obecnie miejscowość wczasowa i wypoczynkowa położona w stromym wąwozie założona w średniowieczu, ośrodek górniczy srebra i ołowiu, których pokłady wyczerpały się w XVI w. W XVIII wieku powstały pierwsze tkalnie, podobnie jak w Pieszycach. Ponad miasteczkiem górują tzw. forty, czyli twierdza, wzniosiona przez króla Prus Fryderyka II. Twierdza jest wielka i różne krążą o niej legendy m.in. że tutaj ukryto bursztynową komnatę, albo że tutaj spoczywają wielkie skarby ukryte przez Niemców na przestrzeni dziejów, a w szególności te po II wojnie światowej. Przepiękne położenie plus interesująca historia niestety nie na wiele pomagają maisteczku w ściąganiu turystów. Jak w całym kraju tak i w Srebrnej Górze wszystko sprzedaje się na kartki, a woda sodowa czy piwo to już prawdziwe rarytasy. Pomijając narzekania na zaopatrzenie w sumie pięknie spędziłem niedzielę. Był to mój pierwszy sportowo turystyczny wypad rowerowy po zimie.
17 maja 1981
Stało się coś strasznego na placu św. Piotra w Rzymie 13 maja dokonano zamachu na naszego papieża. Komu przeszkadza papież? Wiadomo komunistom - taka jest pierwsza odpowiedź, takie są pierwsze przepuszczenia. W mojej pracy nikt nnie ma wątpliwości, że to robota czerwonych. Co dalej? Czy papież przeżyje? Cud, że nie zastrzelono go na miejscu. Na tyle wystrzelonych kul, "tylko" trzy trafiły w Niego.
2 czerwca 1981
Kilka dni temu zmarł prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński. Pogrzeb odbył się 31 maja w Warszawie. O znaczeniu i wybitnej roli tego człowieka, a w chwili obecnej już prawie świętego, w naszym życiu w PRL nie muszę pisać. Znaczenie kardynała było przeogromne i teraz po jego śnierci będzie jeszcze większe. Obecnie nazywa się go prymasem tysiąclecia.
Jedenaście lat temu, 30 maja, umarła moja mama, więc czas ten wykorzystuję na medytacje i zastanawianiu się nad sensem życia i samym sobą. Byłem w kościele, msza za duszę zmarłej zmusiła mnie do reflekcji.
6 czerwca 1981
Były to marzenia zakodowane głęboko w mojej podświadomości, odkąd tylko mogłem sięgnąć pamięcią, one zawsze były. Była to miłość o której mało wiedziałem, ale po której spodziewałem się bardzo wiele. Miłość do Zachodu, zresztą nie tylko moja, ale zbiorowa całego społeczeństwa. Wyjazd na Zachód to dla mnie pomysł na życie tutaj w Pieszycach. Aby żyć TUTAJ w miarę wygodnie muszę wyjechać TAM. Ile w tym logiki nie wiem, ale jest duży sens. Komunistyczna rzeczywistość właśnie jest taka, że nie ma w niej logiki, ale ma sens dla nas żyjących tutaj, po powrocie z Zachodu z pieniędzmi.
Kilka miesięcy temu wyszedłem z wojska, wprawdzie już po 90 dniach służby, przepisy wojskowe wyraźnie mówią, że conajmniej rok, albo dwa muszę odczekać zanim będę mógł ubiegać się o wyjazd za granicę na Zachód. Świadom przepisów złożyłem podanie o paszport, będąc przekonanym, że go nie otrzymam.
14 czerwca 1981
Miłosz przyjechał do Polski 5 czerwca. Oglądam poetę w telewizji, z uwagą przysłuchuję się komentarzom. Komentatorzy podkreślają nieobecność Noblisty przez 30 lat w Polsce, o planowanym przez Wydawnictwo Literackie wydaniu jego dzieł, spotkaniu z Lechem Wałęsą i innymi przywódcami "Solidarności", o honorowym doktoracie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Słowem wielki poeta największym wydarzeniem tego lata. Dobrze się stało, że Miłosz przyjechał do Polski, bo wraz z nim przybył powiew Zachodu, większe poczucie wolności. Ta nić łącząca nas z tą lepszą i bogatszą częścią świata dzięki poecie nabrała symbolicznego znaczenia, jakby powiązała dwa światy ze sobą. A przede wszystkim dopiero teraz będzie można zapoznać się z jego dorobkiem, który przez trzydzieści lat tworzył tylko dla wybranych.
Ciekawy jestem jak krytycy ułożą nową historię literatury polskiej XX wieku? Nobel Miłosza dokonał wielkiego przełomu, komuniści będę musieli liczyć się z jego osobą i dorobkiem. Wiele rzeczy będzie musiało być od nowa rozpatrzonych, omówionych, interpretowanych. Skamadryci według mnie dużo stracą na swojej popularności i wyłączności, Tuwim, czy Iwaszkiewicz nie będę uważani za najwybitniejszych poetów XX wieku, ale właśnie Miłosz. To on teraz będzie tworzył i układał hierarchie wartości literackich. Wydobędzie na światło dzienne ukryte fakty sprzed II wojny światowej, plus II wojnę światową, lata powojenne, okres stalinizmu i tak dalej. Wiadomo nie nastąpi to w jeden miesiąc czy rok, ale co się wydarzyło będzie z każdym tygodniem nabierać większego znaczenia. Młodzi poeci rzucą się na Miłosza, będą wczytywać się w ją w jej moc mającą obalić państwo przez ostatnie 40 lat i dlatego jego poezja była ukrywana. Zmieni się punkt wyjścia całej polskiej literatury po II wojnie światowej. Takich ciekawych czasów doczekaliśmy się; najpierw nasz papież, poźniej "Solidarność" teraz Miłosz. Kto następny? Czy Wałęsa?
20 czerwca 1981
Rozpoczynają się wakacje. Pieszyce pustoszeją. Nic się nie dzieje nuda wygląda z każdego kąta. Atrakcją tego lata są grupowe wyjazdy za granicę. Większość kolegów już gdzieś wyjechała. Niektórzy wyruszyli w Polskę z plecakiem i gitarą nad jeziora mazurskie lub nad morze. Są też tacy, co wyjechali za ocean. W moich oczach bezustannie tasują się obrazy nieznanych mi stolic Europy Zachodniej. Nigdy tam nie byłem, ale wystarczy film, jego kawałek, najmniejszy urywek, wycinek, a moje oczy już zapamiętały wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Resztę dopełnia sen i marzenia senne oraz wyobraźnia.
Myśli moje nie są uporządkowane, ponieważ biję się z nimi, walczę sam ze sobą. Też chciałbym gdzieś wyjechać. Stąd narastający niepokój. Jak go opisać, nie wiem, ale wiem, że nie daje mi spokoju. Nagle zaczeło mi brakować czegoś co nie było moją własnością, pewności siebie i chęci założenia rodziny. Nie mogę usiedzieć w jednym miejscu nawet przez chwilę. Myślę o tym, aby podjąć jakieś decyzje, zacząc coś robić, ale co?
21 czerwca 1981
Wczoraj minął odkładnie rok od mojego ogólnopolskiego debiutu poetyckiego w warszawskim "Tygodniku Kulturalnym". Dopomógł mi w tym poeta Tadeusz Nowak. Ten minony rok, ten debiut, to taka moja poetycka ciąża, obnoszę się z nią, w oczy kłuję, mówiąc - popatrzcie na mnie, ja też miałem tę przyjemność obcowania z poezją.
Małe prywatne święto człowieka i poety z prowincji, który zaprosił z tej okazji dziewczynę swojego serca, Halinę na obiad do jadłodalni "Ratuszniak". Dużo rozmawialiśmy (przy kotlecie mielonym) o wspólnej przyszłości, smuliśmy plany o wspólnym życiu i wspólnym wydaniu tomiku wierszy. Halina jest malarką mogłaby zaprojektować okładkę i narysować kilka grafik do moich wierszy.
Po rozmowie z nią o tym, czułem się jakbym przeniósł na własnych plecach góry Sowie w inne miejsce. Niestety nie wierzę w to, abym mógł wydać tomik wierszy mieszkając w Pieszycach. Zielonego nie mam pojęcia jak takie rzeczy się załatwia. Ale jedno wiem na pewno; trzeba mieć znajomości i układy i aby je nawiązać muszę patrzeć w stronę Wrocławia. Jeszcze lepiej byłoby popatrzeć w stronę Warszawy lub Krakowa, bo tak naprawdę tylko te miasta się liczą. Upatrzeć sobie jakiego poetę i "katować" go korespondencją aż do skutku.
29 czerwca 1981
Niedzielna kilkugodzinna wycieczka rowerowa do Zagórza Śląskiego przez Piskorzów, Lutomię, w sumie około 20 kilomerów płaską asfaltową drogą. W Zagórzu Śląskim droga "podchodzi" pod przystanek autobusowy i duży plac, z którego wyboistą krętą dróżką wijącą się przez las idzie się wprost do Zamku Grodno. Zachowały się fragmenty jego gotyckich murów i armata. Pierwsze zapiski o zamku pochodzą z roku 1315 . W części zamkumieści się muzeum i schronisko.
Największe wrażenie na mnie robi dzban na wodę i bochenek chleba oraz przykuty do ściany szkielet córki właściciela zamku, ( księcia z rodu Piastów), która nie chciała wyjść zamąż za Niemca i zabiła go, spychając ze stromej skały. W miejscu, z którego dziewczyna zepchnęła nieszczęsnego kawalera postawiono krzyż. Zamek położony jest bardzo malowniczo na szczycie zalesionego wzgórza porośniętego bukami i sosnami, z którego rozpościera się piękny widok na zalew, sztuczny akwent wodny (zapora wodna na rzece Bystrzycy). Wokół nas dużo ludzi - turystów, wycieczki z Świdnicy, Wałbrzycha nawet z Kłodzka, duży ruch, młodzi ludzie uśmiechnięci i zadowoleni z życia, choć w restauracjach nic nie ma do jedzenia. Ale na terenie zamku można napić się piwa w bardzo stylowej piwiarni.
Historia zamku Grodno to historia księstwa świdnicko - jaworskiego do którego należały także Pieszyce. Teren obdarzony naturalnym pięknem przyrody, stworzony dla turystów, niestety brudny, zaniedbany, pozbawionej bazy turystycznej z prawdziwego zdarzenia. Fatalne zaopatrzenie w jedzenie, jak w całym kraju zresztą.
Wycieczkę rowerową zakończyłem smutnym akcentem, bowiem w pewnym momencie postanowiłem w czasie przerwy na odpoczynek wyprać w jeziorze swoje nowe trampki i skarpety. Jakiś diabeł podkusił mnie, abym położył je na słońcu na widocznym miejscu, licząc, że szybko wyschną. Zajęty czymś innym nie zwracałem na nie uwagi, nikt też z naszej grupy jak i kiedy trampki wraz ze skarpetkami wyparowały.
To ogromna dla mnie strata, bo były nowe (miałem je kilka razy na nogach). Traktowałem je jak moje trofeum osobiste, i sporo mnie kosztowały a kupiła je spod lady Jola Marczuk, moja znajoma, która jest przeszkolanką, od pani pracującej w sklepie obuwniczym i to w Świdnicy. Obecnie za żadne pieniądze trampek już się w Polsce nie kupi. Zakładałem je tylko na specjalne okazje, od święta, gdy wychodziłem do ludzi.
Podobna jest sytuacja ze skarpetkami, nigdzie ich nie ma. Pod koniec XX wieku ludzie latają na księżyc, budują coraz to mądrzejrze komputery, a moim największym zmartwieniem są skarpetki, trampki, obiad w niedzielę, bo w dni robocze jadam w zakładowej stołówce. Oczywiście część kartek na mięso kierowniczka wycina z mojego bloczka żywnościowego. Doszło do tego, że PRL wyhodowała ludzi, dla których za niedługo widok prawdziwej szynki, skórzanego buta, skarpetek będzie kojarzył się z wielkim luksusem i przywilejem dla najlepszych synów narodu.
2 lipca 1981
O wyjeździe na Zachód rozmawiałem z Haliną, ale ją bardziej interesuje data ślubu niż wyjazd. Ślub kościelny mogłaby wziąć ze mną już dzisiaj, lecz śmierć mojego ojca w listopadzie ubiegłego roku, czyli żałoba przez rok powstrzymuje nas od tego kroku. Aby do tej sprawy teraz, w środku lata, nie wracać zgodziłem się na ślub w grudniu. Potrzebuję rozmów o tym czy jechać na Zachód, czy zostać w Pieszycach. Podzieliłem się też z Haliną swoim niepokojem. Ale ona inaczej rozumie mój niepokój, tłumacząc go przepracowaniem albo jak to określiła "chęcią ucieczki przed samym sobą". "Nigdzie bez ciebie nie ucieknę" - odpowiedziałem jej. Halina jest osobą bardzo praktyczną i rozsądną, obdarzoną dużym taktem i poczuciem sprawiedliwości. Naprawdę jestem w niej zakochany po uszy, ale zdaję sobie z tego sprawę, że jestem jeszcze do małżeństwa niedojrzały, tzn. chcę założyć rodzinę, ale bez popędzania. Ona traktuje mnie po matczynemu polega to na tym, że jeśli się ze mną nie zgadza swój tzw. swoje racje kończy w następujący sposób: pamiętaj, ostatnie zdanie należy do ciebie, ale ja jestem najważniejszą osobą w twoim życiu i życzę ci dobrze.
Przeżyła na tym świecie blisko 22 lata bez większych zmartwień i obowiązków. żagodna z natury, obdarza ludzi pięknym uśmiechem. Dla mnie jest aniołem i na pewno najlepszym rozwiązaniem, kocham ją, ale nie potrafię zdecydować się na małżeństwo w jednem dzień. Ona tak.
7 lipca 1981
Rozpocząłem pisanie tego dziennika pół roku temu z nadzieją, że uda mi się poprowadzić go conajmniej przez kilka miesięcy. Jak do tej pory mogę sobie pogratulować. Udaje mi się zmusić samego samego do pisania. Już wielokrotnie rozpoczynałem pisanie pamiętnika, ale kończyło się na kilku zapiskach. Brak systematyczności, a przede wszystkim zawsze po kilkunastu wpisach dochodziłem do wniosku, że tak właściwie nie mam o czym pisać. Bo czy jest to istotne, że kolega mój z Dzierżoniowa Marian Zachoszcz poznał wspaniałą dziewczynę o imieniu Krystyna, (którą widziałem dwa razy) i lada moment wyjadą na wspólne wakacje. Kogo poza nim to interesuje? A mimo wszystko zapisuję ten fakt, bo wierzę, że po wakacjach coś się zmieni, nie tylko w ich życiu, ale i w moim i całego kraju. Zdaję sobie sprawę z tego wszystko co teraz dzieje się w kraju. Jest to bardzo ważne i jakby na to nie patrzeć Polska nigdy nie będzie tym krajem, jakim była przed sierpniem 1980 roku.
Obecnie nie sądzę, aby pisanie było dla mnie najwłaściwszą formą spędzania wolnego czasu. Czuję, jak podzieliłem się na dwoje. Jedna osoba pisze, druga obserwuje. Część mnie jest tutaj, druga gdzieś wędruje po dalekich krajach. To wewnętrzne rozdarcie ma duże znaczenie odnośnie wszystkiego co może jeszcze się wydarzyć w moim życiu. Czy wróży ono coś dobrego - nie wiem. Głębsze przemyślenia, do których próbuję się zmuszać krzyżując nogi, nie są takie głębokie, brakuje mi jakiejś deski, z której mógłbym się odbić, aby pójść głębiej.
15 lipca 1981
Nowym prymasem Polski został biskup ordynariusz warmiński Józef Glemp, bliski współpracownik zmarłego prymasa. Glemb z kardynalską czapeczka na głowie wygląda dość śmiesznie, bo ma duże uszy. Wiem, że ta uwaga jest nie na miejsce, ale takie były moje pierwsze myśli gdy zobaczyłem jego zdjęcie w gazecie. Jednak nie uszy są w tym najważniejsze, tylko to jak nowy prymas "ułoży się z czerwonymi".
Wczoraj w Warszawie rozpoczął się IX Nadzwyczajny Zjazd PZPR. Co z tego nadzyczajnego zjazdu konkretnie wyniknie nikt jeszcze nie wie, ale nie trudno jest się domyśleć. Partia publicznie oświadczy, że martwi się o losy robotników i zapowie następne podwyżki mięsa, wódki, papierosów,etc. Zaniepokoi się losami ojczyzny i przypomni o nierozłączalnym sojuszu przyjaźni z ZSRR i bratnimi krajami rodziny socjalistycznej. Kilku działaczy partii ze względów zdrowotnych zniknie z oczu społeczeństwa. I tyle. Gdyby, któryś z wielkich komunistów PZPR powiedział otwarcie - ludzie jest źle, komunizm się skończył, jesteśmy bankrutami, przepraszamy cały naród za to wszystko co się przez te czterdzieści lat w kraju wydarzyło, nadeszły nowe czasy, siądźmy i porozmawiajmy o naszym wspólnym domu, Polsce, wybaczcie. Wtedy taki zjazd byłbt dla mnie nadzwyczajny.
Gdyby rządzący naszym krajem mogli podsłuchać o czym mówią ludzie u fryzjera Zenka w Pieszycach, jakie mają pomysły na uzdrowienie gospodarki narodowej na pewno tyle rażących błędów by nie robili. Kto to widział, aby w kraju, który karnił kiedyś pół Europy, teraz były kolejki za mlekiem, mięsem, butami, itd. Ludzie wstydzią się za PZPR. Dopuścić do takiego dziadostwa, poniżenia i upodlenia to naprawdę potrzeba talentu. Prawie zapomniałem; w głosowaniu najwięcej głosów otrzymał Stanisław Kania i ponownie będzie I sekretarzem PZPR.
24 lipca 1981
Święto 22 lipca spędziłem u cioci Stefy w Walimiu. Chciałem podzielić się z nią dwoma moimi największymi problemami; żenić się czy nie żenić? i czy wyjeżdżać na Zachód na roboty? Ciocia Stefania jest siostrą mojego ojca, (zmarłego roku temu) a od śmierci matki (w roku 1970) drugą matką. Przed wojną mieszkała Warszawie, pracowała jako gosposia prowadząc dom pewnego wojskowego wysoką rangą. Jak wybuchło Powstanie Warszawskie czynnie w nim uczestniczyła. Po Powstaniu wywieziono ją na roboty do Niemiec, z których trafiła po wojnie na Dolny Śląsk.
Wujek Władek (jej mąż) odpowiedział na pytania bardzo szybko: "Skoro ona jest już z tobą, to po co ci ślub. Jesteście szczęśliwi, to po co ci być jeszcze szczęśliwszym? Zapamiętaj to sobie na całe życie chłopcze: dobro jest wrogiem lepszego. Z tego co powiedziałeś jest ci dobrze, jesteś szcześliwy. Po jakiego diabła masz kusić szczęście. Przed ślubem każda baba jest słodka, ale dopiero po ślubie pokaże rogi. A na Zachód nie masz po co jechać, przeżyliśmy Niemca, to i Ruskich przeżyjemy.
Ciocia Stefa była innego zdania. Dla niej ślub z Haliną to dla mnie nowe, lepsze, wygodniejsze życie. "Ile lat można być samemu?" Zapytała mnie filozoficznie. "Kobieta w domu to już rodzina, wtedy i Pan Bóg przychylniejszym okiem patrzy na człowieka. Kobieta wprowadzi więcej światła i radości w twoje życie".
Natomiast wyjazd na Zachód to żadne rozwiązanie - stwierdziła ciocia, podobnie jak wujek (nigdy nie zarobię tyle, aby na wszystko wystarczyło - umotywowała swoje stwierdzenie). Lepiej by było gdybym skończył jakiś kurs rolniczy i pomógł im na gospodarce (nie mają dzieci). Bez kursu rolniczego nie dostanię gospodarstwa. Oboje z wujkiem są coraz starsi i słabsi, mają trochę pola, jest trochę łaki, można żyć.
Zeń się - powiedziała ciocia i rozpłakała się. Wujek nerwowo zapalił "sporta", zaciągnął się w mieszkaniu, ale dym wypuścią już na zewnątrz, bo wyszedł na dwór. Na pracy na roli zupełnie się nie znam, zielonego pojęcia nie mam o zwierzętach domowych, koszeniu trawy, sadzeniu kartofli, zwożeniu siana, itd. wychowałem się w miasteczku bez psa i kota, a co dopiero mówić o krowie czy koniu.
Była to pierwsza w tym roku moja wizyta u cioci i wyprawa do Walimia, który leży w odległości 15 kilometrów od Pieszyc. Odległość tę pokonywałem na nogach wielokrotnie, drogę na skróty pokazał mi jeszcze ojciec. Najpierw jedzie się autobusem 21 z Pieszyc do Rościszowa do ostatniego przystanku, a następnie na nogach przez góry, malowniczo piękną drogą asfaltową bardzo krętą dlatego nazwaną serpentynami. Przez las i łąki, blisko dwie godziny znagań i jest się w Walimiu. Kosztuje to trochę wysiłku, ale korzyść oglądania lasów, łąk, gór, przełęczy, pastwisk moim zdaniem jest o wiele większa. Są jeszcze zdziczałe sady poniemieckie, cmentarz opuszczony, ruiny domostw wysiedlonych Niemców.
Na przełęczy walimskiej, na samym jej szczycie, są ruiny zajazdu, restaracji niemieckiej, która ponoć jeszcze po wojnie funkcjonowała (tak twierdził ojciec, ilekrość obok niej przechodziliśmy). Powiedział mi, gdyż po wojnie przez kilka lat mieszkał w pobliskiej wiosce Glino, w niej otrzymał gospodarstwo po Niemcach. Przepił je dosłownie w dwa lata i z gospodarstwa pozostały tylko wspomnienia i sąsiedzi ciepło o nim mówiący. Restauracja miała własne zasilanie elektryczne i zapewnie przez wiele lat służyła turystom spragnionym górskich wędrówek. Dlaczego te zabudowania zniszczono, nie wiem. Widok z murów na przełęcz jest oszałamiająco piękny. Z tego miejsca na Wielką Sowę można dojść w godzinę
Miasteczko Walim położone jest w przepięknej dolinie, ale ciocia mieszka prawie 2 kilometry za Walimiem na tzw. Osiedlu królowej Jadwigi. Osiedle składa się z kilkunastu domów znacznie wyżej położonych niż sama miejscowość. Dojść do niego to duży wysiłek, bo droga jest kamienista, cały czas pod górę, ukształtowana przez ulewy zamieniające się wiosną w górski potok, którego wyschniętym korytem wspinać się jest najwygodniej. Obok tej drogi, z prawej strony, na stoku góry znajduje się nowy walimski cmentarz. Piszę o nim, bo nigdy nie widzałem cmentarza na zboczu góry tylko na płaskim terenie.
Bezpośredniego połączenia autobusowego Pieszyc z Walimiem nie ma, ale można jechać autobusem przez Piskorzów, Lutomię, Zagórze Śląskie do Jugowic, tam przesiąść się i autobusem z Wałbrzycha dojechać do Walimia, z którego jest znacznie bliżej na Wielką Sowę (1015 m.), tj. najwyższego szczytu gór Sowich niż z Pieszyc Walim był dawno temu miasteczkiem górniczym. Dzisiaj jest osiedlem o charakterze przemysłowym. Wujek pracuje w zakładach lniarskich przy garbowaniu tkaniny. Ciocia pracuje w stolówce szkolnej tuż przy zakładzie. Ciocię Stefanię Kołodziejską znają wszystkie dzieci w Walimiu z powodu stołówki, bo pracuje w niej prawie 30 lat.
W Miasteczku są piękne stare domy mające po 200 lat czy nawet więcej, o grubych murach ( w Pieszycach domy w 60% mają prawie po sto lat i niewiele się buduje). Walim, jak większość miasteczek w rejonie gór Sowich położone jest pięknie, ma swój specyficzny klimat i urodę, wspaniałe miejsce na turystyczne wypady. Kościół barokowy św. Barbary ma czterysta lat, jest przepiękny, a znajduje się na ulicy F. Dzierżyńskiego. Dla mnie to abstrakcja komunistyczna aby nazwać ulicę nazwiskiem komunisty w miasteczku, które liczy sobie ponad 600 lat, z kościołem liczącym prawie 400 lat, w którym nawet drzewa, lipy średnio mają po 300 - 400 lat i są obecnie pomnikami przyrody.
Najnowsza historia Walimia to tzw. lochy walimskie, czyli sztolnie podziemne, w których były niemieckie fabryki broni i amunicji podczas II wojny światowej. Podobnie jak w Pieszycach, tak i tutaj, pracowali więźniowie w obozach pracy (filie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen). Ile zginęło ludzi trudno powiedzieć, ale na pewno dzisiątki tysięcy. Sztolnie ciągną się kilometrami w stronę miejscowości Jugowice i Rzeczka. Do tej pory nie są zbadane i właściwie nikt nie wie co się w nich jeszcze kryje. Wielokrotnie zaglądałem z wujkiem do wnętrza sztolni, gdy byliśmy na grzybach. Wchodziliśmy do środka czasem nawet i kilkadzesiąt metrów w głąb. Do dzisiaj jeszcze wiele leży worków skamieniałego cementu przy licznych wejściach do tajemniczych cementowo - betonowych lochów.
2 sierpnia 1981
Nie wiem dlaczego przywiązuję uwagę do takich drobiazgów jak daty, może dlatego, że jestem drobiazgowy albo chcę pokazać sobie samemu jak czas szybko płynie. Powołano mnie do wojska, 29 lipca 1980 roku jechałem na lotnisko wojskowe we Wrocławiu z duszą na ramieniu, był wtorek, bardzo upalny dzień, a mnie wydawało się, że świat się kończy. Powołanie i pobyt w wojsku uważałem za wielkie nieszczęście, osobistą tragedię, stratę dwóch lat życia, wykreślenie ich z życiorysu. Coś co mogło spotkać mnie nagorszego.
Uważałem, że państwo okrada mnie z dwóch lat życia w imię jakiś idiotycznych idei, których nie znam, o których nic nie chcę wiedzieć ani słyszeć. Myślenie o tym sprawiało mi ból, nie, nie jestem pacyfistą, ale w obecnych czasach, broni atomowej, całej tej przeklętej techniki po prostu nie widziałem siebie w mundurze, nawet wojsk lotniczych.
A dzisiaj minął rok od tego wydarzenia, siedzę nad kartką papieru i spokojnie zapisuję swoje myśli o wojsku, które jeszcze nie tak dawno temu przedstawiały świat tak jako piekło. Oczywiście teraz tego aż tak strasznie nie widzę, ale wtedy na myśl o wojsku panikowałem.
11 sierpnia 1981
Powrót do "Literatury na świecie" i dalsze studiowanie Miłosza. Strona 53: "Znałem starą kobietę, która w trudnych chwilach życia podnosiła powoli ręce do skroni i mówiła: " Ach, znaleźć się na wyspie bezludnej, nie mieć z ludźmi nic do czynienia, uciec, uciec gdzieś daleko".
Wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy "starą kobietą" wobec własnej bezradności i świata, który nas otacza. Wyspa - legenda , wyspa - pragnienie, że gdzieś indziej może być lepiej. Wyspa - bezpieczeństwo, czyli izolacja od reszty społeczeństwa i świata.
Moja wyspa to Pieszyce, moją wyspą może być Halina. Ja, mieszkaniec wyspy, prostolinijny obywatel, człowiek z uporządkowanym światem (w miarę) mogę przeżyć resztę swoich dni tutaj jak u Pana Boga za piecem. Ale czy o to mi chodzi? Czy tego pragnę? Żyjąc na wyspie, żyję czasem wyspy i sprawami wyspy, a tam gdzieć za daleką i głęboką wodą jest ląd, który rządzi się swoimi prawami. Może tam jest prawdziwe życie, a tutaj Sokratesa "cienie na ścianie".
Życie jest walką o przetrwanie, brutalna walką, w której nie ma miejsca na litość. Zamykam oczy i widzę siebie siedzącego na skraju jaskini z maczugą w ręku. Otwieram oczy - wchodzę do pieszyckiego sklepu z pasmanterią i pytam czy są skarpetki albo majtki. Nie ma - odpowiada sprzedwczyni. Na głowę wali mi się cała rzymska cywilizacja Zachodu z koloseum, Szekspir, Mickiewicz to mgła. Po co tyle użytecznych rzeczy wymyślono, skoro możemy chodzić z kością zabitego dzika w nosie, z ptasim piórem we włosach, wieńcem trawy na szyi.
16 sierpnia 1981
Byłem z Haliną na ślubie kolegi z wojska (wojska lotnicze), Staszka Dudy, któremu został jeszcze rok zasadniczej służby wojskowej. Staszek mieszka w wiosce pod Świdnicą a pracował przed powołaniem w fabryce dywanów w Kowarach.
Polubiliśmy się w wojsku tak bardzo po męsku, obaj najbardziej byliśmy odporni na wojskowe nauki, obaj często szorowaliśmy kible, lub biegali w maskach przeciwgazowych na placu przed koszarami. Wtedy nie było nam tak wesoło jak obecnie. Przed przysięgą byliśmy na szkoleniu sześciotygodniowym w ośrodku wojskowych w górach pod Kudową, tuż przy granicy czeskiej. Przysięga odbyła się we Wrocławiu na lotnisku, przed pomnikiem pierwszego polskiego kosmonauty, pułkownika Mirosława Hermaszewskiego. Sławny lot Sojuza 30 w roku 1978.
Teraz, po roku w wojsku, Staszek nie pozwoli się starszym służbą żołnierzom pomiatać, nawet jako koty, nie dawaliśmy sobie w kaszę dmuchać i mało kto mógł nam w jednostce podskoczyć. Kiedyś podczas nocnego alarmu w pełnym żołnierskim rynsztunku, nienawidzący nas sierżant Marcinek obarczył nas targaniem jakiegoś starego z lat II wojny światowej działa przeciw - lotniczego ważącego ze 300 kilogramów lub więcej. Przysięgneliśmy sobie, że jeśli damy radę wtoczyć działo na szczyt wzgórza właśnie zdobywanego, to tam zaimprowizujemy mój atak serca, działo nam się wymknie i z hukiem wpadnie do górskiego potoku jakieś 50 metrów w dół. Na nasze szczęście w ostatniej chwili sierżant przydzielił nam do pomocy dwóch kolegów. Numer z atakiem serca powtórzyłem kilka tygodni później i komisja wojskowa w Gliwicach składająca się z sześciu lekarzy, po dwóch tygodniach obserwacji szpitalnej orzekła moją niezdolność do służby. Niech żyją lekarze wojskowi!!!
20 sierpnia 1981
W ubiegłym tygodniu przywódcy naszego narodu (przynajmniej oni tak myślą), Kania i Jaruzelski spotkali się z przywódcami radzieckimi w osobie Breżniewa na Kremlu. O czym ci wybitni gnębiciele swoich i nie swoich narodów rozmawiali, ludzie z zakładu fryzjerskiego pana Zenka dobrze wiedzą. "W Polsce wylęgły się siły antysocjalistyczne, próbujące obalić jedyny, świetlany system na świecie." Ludzie za dobrze mają, bo za dużo mają czasu, więc myślą. A o czym myślą, o tym jak obalić jedyna prawdziwą władzę. Co trzeba zrobić? Nie dać im jeść, wydłużyć dzień pracy, postraszyć zgniłym Zachodem i ewentualnie więzieniem.
Państwa Europy Zachodniej deklarują dla Polski bezpłatną pomoc żywnościową, ostatnio uczyniły to Włochy. Komuniści bez zażenowania i wstydu biorą rarytasy i dzielą między swoich kolegów partyjnych. Naród, jak się będzie domagał chleba to dostanie...ale kolbą karabinu po krzyżu.
Ostatnio u pana Zenka ktoś opowiedział dowcip o tym, żeby wypowiedzieć wojnę Niemcom, poddać się, dać się złapać w łapance, niech wywiozą na roboty. Straszne to.
Więc jak to jest z tym komunizmem, dobry czy zły? Dobry chyba tylko dla komunistów i cwaniaków, bo dla ludzi takich jak ja jego okropność jest po prostu nie do zniesienia. Tyle publicznie powiedzianego kłamstwa przez nich, żaden ludzki język by nie powiedział, więc muszą być z piekła rodem. To po pierwsze, a po drugie żaden Polak nie mógłby być komunistą ponieważ komunizm w polskim wydaniu to okradanie Polski, niszczenie narodu i naszych tradycji narodowych, deptanie naszych świętości, za które Polacy przelewali krew.
28 sierpnia 1981
Nareszcie wpadł w moje ręce czerwcowy numer "Literatury na świecie" w całości poświęcony Miłoszowi. Okładka w jasnozielonym kolorze, z kopią ręcznie napisanego wiersza pt. "Dar". Na odwrocie wiersz pt."Godzina". Numer miesięcznika rozpoczyna się wierszem Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (poeta piszący po łacinie w XVII w.) oraz fragmentem noblowskiego przemówienia wygłoszonego 8 grudnia 1980 w Szkokholmie.
Miłosz pisze; dwa atrybuty poety: chciwość oczu i chęć opisu. Ktokolwiek jednak pojmuje poezję jako "wiedzieć i opisywać", musi być świadomy, że wkracza w poważny spór z nowoczesnością, zafascynowaną niezliczonymi teoriami specyficznego poetyckiego języka.
Każdy poeta zależy od pokoleń, które pisały w jego rodzimym języku, dziedziczy style i formy wypracowane przez tych, co żyli przed nim. Równocześnie jednak czuje, że te dawne sposoby wypowiedzi nie są dostosowane do jego własnego doświadczenia".
Co ma na myśl Miłosz pisząc o "chciwości oczu i chęci opisu" i jak to ma się do "niezliczonych teorii specyficznego poetyckiego języka". Muszę się nad tym trochę dłużej zastanowić. Gdy to czytałem miałem wrażenie, że rozumiem, teraz, gdy położyłem książkę na stoliku myśli uciekły jak spłoszone ptaki. Być może powodem tej płochości jest Halina, która właśnie wróciła z pracy nie do siebie do domu w Bielawie, ale do mnie, bo mieszkamy razem przez ostatnie kilkanaście dni w Pieszycach. Rodzice jej wyjechali na wczasy nad morze, więc córka urwała się spod ich skrzydeł i przezwyczaja mnie do małżeństwa. Zachowujemy się jak "prawdziwe małżeństwo", tzn. ona sprząta, gotuje,a ja kosztuję jej pyszności, gorąco dziękując za każdą wspólną chwilę.
5 września 1981
Kilka godzin temu Halina wróciła do swojego domu w Bielawie. W sumie spędziliśmy razem dwa tygodnie, które mineły jak piękny sen. Teraz, siedząc w pustym mieszkaniu jeszcze bardziej doceniam jej obecność w nim. Zaledwie odprowadziłem ją na przystanek, jeszcze zapach jej obecności nie zdążył się ulotnić, jeszcze czuję ciepło jej dłoni na kubku, z którego piję herbatę a już za nią tęsknie i nie mogę się doczekać kiedy znowu tutaj będzie. Natomiast niewiele rozmawialiśmy o wyprawie na Zachód po złote runo. Okazji było wiele, ale ona najwyraźniej unikała tematu. Dlaczego jej nie przycisnąłem do muru i nie zapytałem wprost? Wytłumaczenie jest jedno: jeśli zechce ze mną jechać sama do tematu powróci. Nagle wpadłem na pomysł, aby to ona dała mi do zrozumienia, że chce wyjechać, a nie ja wmawiający jej wyjazd i cały ten Zachód ze wszystkimi korzyściami, które możemy tam osiągnąć.
Zapoznałem ją z moimi znajomymi, z którymi wybraliśmy się na parogodzinną wycieczkę do miasteczka Nowa Ruda, które leży z drugiej strony gór Sowich. Od strony Bielawy dojechaliśmy autobusem do miejscowości Jodłownik następnie zawędrowaliśmy pieszo aż pod miasteczko Wolibórz, do którego podwiózł nas jakiś rolnik wracający z lasu wozem drabiniastym.
Z Nowej Rudy do Bielawy wróciliśmy autostopem, dużym autobusem jądącym aż do Wrocławia. Obserwowałem Halinę, patrzyłem na nią, przebywaliśmy obok siebie, ale więcej rozmawialiśmy sercami niż ustami. Zakochanym taka rozmowa wystarcza. Są obok siebie, świata nie widzą i to jest ich największa tajemnica i największa mądrość. Stworzeni tylko dla siebie, siebie nawzajem tylko tolerują, wszystko inne mają za niezbędną dekorację.
Nie miałem kiedy powrócić do lektury "Literatury na świecie, " choć pobieżnie przejrzałem ją całą, nawet partiami wczytywałem się w tekst. Na stronie 264 znajduje się kilka wierszy Josifa Brodskiego w przekładach Stanisława Barańczaka. Wiersze Rosjanina bardzo mi się spodobały, ale nie przypominam sobie, abym gdzieś trafił na jego nazwisko. Dopiero notka biograficzna wszystko mi wyjaśniła poeta - emigrant od roku 1972 mieszka w Stanach Zjednoczonych.
Są też wiersze amerykańskiego poety zmarłego w 1962 roku Robinsona Jeffersoma w przekładzie Noblisty. Pierwszy z nich na stronie 230, pt. "Kochaj dzikiego łabędzia" jest wspaniały.
|
Wstręt mam do mych wierszy, do każdego słowa Och blade, kruche kredki, zawsze naderemnie Falistą linię trawy chciały narysować I ptaka, jak się stroszy w pierwszym, białym świetle. Och popękane moje zakopcone lustra. Niechbym nie splendor rzeczy, odbłysk jeden chwytał. |
10 września 1981
Tak bardzo przejąłem się polityką i tym wszystkim co dzieje się w kraju, że zapomniałem o gnębiących mnie sprawach. Wyjeżdżać na Zachód czy nie? Ale jak tu o tym myśleć skoro 5 września rozpoczął się Zjazd "Solidarności" w hali "Olivii" w Gdańsku. Bunty w polskich więzieniach, coś co było niedopomyślenia jeszcze kilka miesięcy temu. Kryminaliści domagają się swoich praw. Coraz częściej życie zaskakuje mnie czymś, co jeszcze nie dawno było zupełnie normalnym, obok czego przechodziłem obojętnie. Obecnie dzieją się rzeczy tak ważne i niespolite, chyba po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej oczy świata z dużym zainteresowaniem i życzliwością skierowane są na Polskę.
Można wykorzystać ten fakt dla siebie osobiście. Mam wrażenie, że Zachód zaczął darzyć nas Polaków sympatią. Wielu kolegów już to wykorzystało i wyjechali. Od trzech miesięcy mam już paszport w kieszeni. Najwyższy czas podjąć jakąś decyzję. Wyjadę na roboty do Niemiec, albo do Austrii. Jak to brzmi dziwnie w uszach Polaka "Wyjadę na roboty do Niemiec". Ojczyzna po prawie pół wieku od zakończenia wojny nie potrafi młodemu pokoleniu zapewnić niezbędnych środków do życia; mieszkania, butów, chleba, mięsa, telewizora, kawałka kury na niedzielny obiad. Wstyd pisać o tak prozaicznych sprawach, ale one głównie są przyczyną wyjazdu młodych Polaków na zarobek i poniewierkę u obcych.
Nie ma na co się oglądać, "Solidarność" otworzyła granice. Jest to klucz do wolności, która zapachniała nam marzycielom nadzieją na lepszą przyszłość. Dla wielu z nas jest to chwila, którą trzeba wykorzystać i wyjechać z Polski, bez sekundy zastanawiania się. Odważniejsi koledzy już wyjechali do Niemiec. Marka niemiecka mocna jak zęby tygrysa. Poza tym Niemcy, a raczej organizacje ziomkowskie, tylko czekają na ludzi ze "swoich wschodnich terenów". Chociaż większość z nas nigdy nie miała nic wspólnego z Niemcami ani z niemieckością, to w obliczu zarobienia wielu marek gotowi jesteśmy wymyślać kłamstwa, wyszukiwać wujków i dziadków walczacych w szeregach niemieckiej armii, za marki gotowi jesteśmy zaprzeć się wszystkiego.
12 września 1981
Przyszedł list od Wieśka, a raczej kartka z widokiem na piękne Alpy austriackie. Wiesiek wylądował gdzieś pod szwajcarską granicą, w jakimś pensjonacie. Ěycie sobie chwali, ale narzeka, że pracy nie ma, że trzeba będzie na nią czekać aż do zimy, gdy zacznie się sezon. Jakoś to wszystko dziwnie wygląda. On, który nigdy nie pracował, wystawał pod dyskoteką w Pieszycach albo w Dzierżoniowie pod bankiem dolary sprzedawał, teraz narzeka, że nie ma pracy. On był tym, który szczycił się, że nie musi pracować, jawnie gardził tymi co musieli wstawać o piątej rano do pracy. Martwi się, że nie ma pracy. W komunie uciekał przed nią jak diabeł przed wodą święconą, a teraz płacze, że nie ma pracy. Wystarczyło tylko kilka tygodni oddychania "zgniłym kapitaliznem", a już tak zmienił swój światogląd na życie.
13 września 1981
Chyba jednak pojedziemy do Austrii, do Wiednia. Tam wezmę ślub z Haliną, na Boże Narodzenie, w Katedrze św. Stefana, w najwspanialszej katedrze, w której podziemiach śpią cesarze w złotych trumnach.
Noc Sylwestrową przetańczymy na najstarszym moście wiedeńskim, spinającym brzegi modrego Dunaju. Będziemy tańczyć walce Straussa, pić francuski szampan. Welon ślubny Haliny będzie tak piękny i drogi, że zaraz po ceremonii ślubnej oddamy go do skrytki jednego z banków szwajcarskich, aby strzeżono go jak złotej korony. Teściowej pokażemy tylko korki od butelek po szampanie i może ze dwa, trzy zdjęcia z naszego ślubu, o którym ludzie w Pieszycach będą mówić przez długie lata, nawet po naszej śmierci.
14 września 1981
Halina nie chce słyszeć o żadnym wyjeździe - nigdzie nie wyjeżdżamy, sprzeciwia się, gdy mówię o wyjeździe. Gdy snuję plany o pieniądzach zarobionych na Zachodzie, mówię na co je wydamy, ona jeszcze bardziej się złości, spuszcza głowę, dając mi do zrozumienia co o tym wszystkim myśli.
Do tej pory nie ma paszportu. "Dla mnie Zachód nie istnieje" - mówi. Francuski katolog z meblami z drewna, które tak bardzo się jej podobały jeszcze kilka dni temu, odtrąca. Tłumaczę, zrozum na takie meble tutaj musielibyśmy pracować całe życie i to we dwoje, a ona zbywa mnie swoim " no i co z tego", dodając "ludzie bez pięknych drewnianych mebli są szczęśliwi, żyją, pracują w komunizmie i nic się im takiego nie dzieje."
Zachód przestał ją interesować, dobrobyt zachodni uważa za zbytek bez którego można się obejść. Zobojętniała na opowieści o lepszym życiu twierdząc, że tutaj jest najlepsze życie dla nas, bo tutaj się urodziliśmy. Po co szukać szczęścia po świecie, jeśli nie potrafimy znaleźć go w miejscu, które znamy najlepiej, które jest nasze własne. Gotowa jest nawet dostrzeć piękno w kolejkach ludzi stojących za chlebem i mlekiem. Zobacz - mówi do mnie - jakie to wspaniałe, ludzie stoją w kolejce rozmawiają, czas im mile ucieka. A tak gdyby nie kolejki każdy szybko kupiłby to co potrzebuje, wrócił do swojego mieszkania, zamknął się na siedem spustów, włączył telewizor i umierał z nudów w samotności. A tak w kolejce jest raźniej i przyjemniej, nawet jeśli ludzie się kłócą. Mocnej naciska mnie, aby wziąć ślub już teraz. "Do grudnia długo trzeba czekać" - tłumaczy. Pobierzmy się choćby dzisiaj. Spuszcza głowę dodając: "Ktoś naopowiadał mojej mamie, że żyjemy na kocią łapę. Ponoć cała Bielawa już o tym mówi, a w Pieszycach wszyscy wiedzą, że jesteśmy małżeństwem.
15 września 1981
Atmosfera w Pieszycach robi się coraz smutniejsza. Coraz więcej kolegów i znajomych grupowo wyjeżdża. Ludzie otwarcie mówią o stanie wyjątkowym, nawet wojennym. "Solidarność" zapowiada nowe strajki. Ruscy na pewno dłużej nie będą czekać wyczekują tylko na znak z Moskwy. Co wtedy się wydarzy - lepiej nie myśleć. Jeszcze jest ciepło, jeszcze lato się nie pożegnało, ale już jesień uparcie puka do drzwi, w szczególności wieczorem daje się odczuć chłód. Ludzie niczym wiewiórki krzątają się w swoich domostwach, robią zapasy na zimę. Kiszą ogórki szatkują kapustę. Pan Rysio Marczuk robi wino owocowe i przysięga, że przed Nowym Rokiem to nawet na butlę nie spojrzy. Inni kopią kopce na ziemniaki. Stara Kaczmarkowa sama rąbie drzewo przez ostatnie trzy dni, chociaż ma go tyle, że mogłaby nim spalić całe miasteczko Pieszyce.
Zapach kiszonych ogórków, kapusty miesza się z zapachem smażonych jabłek i śliwek na marmoladę. Wianuszki ususzonych grzybów kołyszą się w oknach niczym amulety, świadczące o wyjątkowym szczęściu ich posiadaczy. Nie czekając na zimę Koszela, sąsiad, z dołu zabija króliki, Mazurek nutrie. Na podwórku, w specjalnie zrobionych z cegieł piecach, wędzą kiełbasę, mięso z zabitych zwierząt. Ludzie podsłuchują nocami Radia Wolna Europa, Głosu Ameryki, kiwają z rezygnacją głowami, myją beczki, ubijają masło, solą słoninę.
Ruscy organizują manewry wojskowe w pobliżu granicy z Polską, na wschodzie. Coś się szykuje, wszyscy wiedzą, że coś niedobrego, ale nikt głośno nie chce "krakać ". "Nasi Ruscy", stacjonujący w pobliskiej Świdnicy, też zrobili się nerwowi; "Polaki przestańcie strajkować, bo od kilku miesięcy śpimy w ubraniu i w butach." Kuriata, co z nimi handluje złotem, tak właśnie mówi: "śpią w ubraniu i butach". Manewry. Jedni twierdzą, że mają one większe znaczenie psychologiczne niż wojskowe, drudzy że Rosjanie chcą przestraszyć "Solidarność". Gdyby doszło co do czego, to Ruscy mogą być w Pieszycach w ciągu pół godziny. Ta myśl nie daje mi spokoju. Bez jednego wystrzału będą mogli zrobić z nami wszystko. Poza siekierami i kosami żadnej innej broni nie mamy. Jest jeszcze nienawiść, ale wola życia jest silniejsza.
18 września 1981
Halina nie chce wyjechać na roboty do Austrii. W ogóle nigdzie nie chce wyjeżdżać. Dopiero teraz, po pół roku mówienia o tym, zdecydowała się na pozostanie u mamy w Bielawie. Zachód nie jest dla niej. Źle się czuje, gdy myśli o podróżach. Ani meble, ani wizja lepszego, wygodniejszego życia nie interesują jej. Twierdzi, że jesteśmy skazani na biedę, i nie ma szans na ucieczkę przed nią. Przed przeznaczeniem nikt nie ucieknie. Jeśli ktoś chce uciekać to nie tylko wpędzi się w jeszcze większą biedę, ale utraci to, co już tutaj osiągnął. Trudno jest mi z nią rozmawiać, tym bardziej przekonywać. Wygłąda na to, że wie swoje, i nikt ani nic nie jest w stanie jej przekonać.
Prawdę mówiąc, rozczarowała mnie swoją postawą a nawet zdenerwowała. Jej upór traktowałem jako chwilowy, jako przekomarzanie się ze mną nic więcej. Jej wyczekująca postawa jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie spodziewałem się tego po niej, byłem pewien, że wyjedziemy razem. Nie mam innego wyjścia jak szukać innych amatorów do wyjazdu. Chętnych nie brakuje, ale Halina jest jedyna w Pieszycach i na całym świecie. Przyzwyczaiłem się do niej i do myśli, że wyjeżdżamy razem. Kochamy się, chcemy być razem, planujemy wspólną przyszłość i chcemy mieć meble w naszym mieszkaniu. Czy to wielkie marzenie?
21 września 1981
Na dyskotece dogadałem się z dwoma kolegami, chłopcy z porządnych domów tzw. inteligencja pieszycka. Znam ich od wielu lat, były takie okresy w naszym życiu, że przyjaźniliśmy się i to dość mocno. Wspólne wypady w góry czy nad jezioro Otmuchowskie, nie wspominając o dyskotekach w klubie Mrowisko. Młodszy z nich, mój imienik, Adam mieszka zaledwie kilka domów ode mnie, w gmachu internatu szkoły rolniczej. Wiele razy grałem z jego ojcem w piłkę na podwórku szkoły rolniczej. Znam go właściwie od zawsze.
Podobnie z Alkiem znamy się już od lat. Wiele tygodni wakacji spędziliśmy razem łapiąc ryby w stawie przy stacji kolejowej. Chodziliśmy do jednej szkoły podstawej numer 4, tzw. tysiąclatki, którą wybudowali więźniowe, a która po dwudziestu latach sypie się jak piaskowa babka. Legendy krążą o tym jak więźniowie za butelkę wina oddawali okolicznym chłopom wapno, cement, cegły. Szkołę postawiono na słowo honoru kierownika budowy, więc nic dziwnego, że się sypie. Ja też dałem słowo honoru chłopakom, że będziemy wyjeżdżać i to w najbliższych dniach. Słowo się rzekło kolegom, tylko jak rozmawiać z Haliną? Ona w tym wszystkim jest najważniejsza, a najmniej ma do powiedzenia, w ogóle nie chce mówić.
Starą Kaczmarkową tak rozbolała głowa po tym rąbaniu drzewa, że żadne zioła nie pomagają. Jedni tłumaczą jej, że przepracowała się tym rąbaniem, starość nie radość, kobieta pod 80-tkę. Ale ona tłumaczy, że tak mocno bolała ją głowa w 1939, na kilka dni przed wybuchem wojny. Ludzie wierzą w takie babskie gadanie ja też, coś się szykuje, coś wisi w powietrzu. Zauważyłem, że sąsiedzi stali się dla siebie jakby milsi, więcej czasu spędzają na wspólnych rozmowach, siedząc na ławce pod jabłońką. Przynajmniej ja tak odczuwam. Niestety, Halina nadal jest wielkę zagadką, coraz mniej ją rozumię, miła, kochana, ale w naszym porozumiewaniu się nastąpiły zakłócenia. Zaczyna boleć mnie głowa gdy o tym myślę.
22 września 1981
Znajomi znajomych kupili mój telewizor a Zbyszek Wójcik dostał ode mnie w prezencie niektóre książki, resztę ich oddam Marianowi Zachoszczowi, aby przechował je do mojego powrotu. Muszę wszystko z domu wysprzedać: stół, fotele, kolekcję znaczków, wypchane ptali, poroża jeleni, poniemieckie obrazy, kolekcję francuskich książek z przełomu XVIII i XIX wieku, które wygrzebałem dawno temu na wysypisku papierowym jednej z fabryk włókienniczych. Książki i inne przedmioty które tak bardzo chciałem mieć, aby być szczęśliwym, aby w ich otoczniu czuć się dobrze, teraz muszę sprzedać w ciągu jednego tygodnia. Muszę pozbyć się tego wszystkiego jak najszybciej, "na łeb na szyję". Nie mam żadnych szans na wykłócanie się o cenę, bo kupujący wiedzą, że zdecydowałem się na wyjazd. Dlatego jeśli im moja cena nie odpowiada, próbują mnie przetrzymywać, na co nie mogę sobie pozwolić. Muszę jak najszybciej otworzyć konto dolarowe, a dolarów mam pięć, aby wyjechać na Zachód muszę mieć ich 150. Jest to tak wielka dla mnie suma, że trudno jest mi sobie ją wyobrazić. Jak to zrobić? Mało kto chce pozbywać się dolarów. Ludzie wierzą w upadek złotówki, a w Polsce dolar zawsze był zabezpieczeniem, poza złotem oczywiście. Cudem udaje mi się kupić na czarnym rynku dwie konserwy turystyczne na drogę.
23 września 1981
Halina coraz smutniejsza, a smutek powoduje, że jest coraz ładniejsza. Mógłbym nawet powiedzieć, że ze smutkiem jest jej do twarzy, ale nie powiem tego, bo mój wewnętrzny świat wali się właśnie przez jej smutek. Serce mi się kraje, gdy na nią patrzę. Nie mogę wyobrazić sobie życia bez niej, ale decyzję o wyjeździe bez niej utrzymuję. Dziewczyna zdziczała, nawet nie chce dać się dotknąć, pocałować. Mówię do niej, ale mam wrażenie, że moje słowa do niej nie docierają. Stara Kaczmarkowa powiedziałaby, że dziewczyna "osowiała". Obecnie nasze rozmowy polegają na przekonywaniu się nawzajem, czyli ona mówi swoje, a ja swoje. Nikt z nas nie chce ustapić. Ona odradza mi wyjazd, straszy głodem, poniewierką, wszystkim, co najgorsze. Ale ja nie mogę się wycofać, chyba nawet nie chcę. Poza tym nie wierzę w jej straszenie głodem. Wydaje mi się, że jej pojęcie o Zachodzie jest zbyt staroświeckie, aby było prawdziwe. Mój ideał Zachódu nie jest taki.
Dużo rzeczy już sprzedałem po tak śmiesznie niskich cenach, że nawet nie powiem co i za ile, bo wstyd dla rodziny, jak ludzie mawiają. Robię wszystko, aby tylko uzyskać upragnione dolary. Bratu oddaję swoje mieszkanie za darmo, choć mogłem je szybko sprzedać. Wolę być zabezpieczony, gdyby coś mi nie wyszło, zawsze mogę powrócić do domu.
Brat ze szczęścia nie może jeść, ale wódeczki sobie nie odmawia. Nie chce wierzyć, że oddaję mu mieszkanie za darmo, tylko pod warunkiem, że będzie palił świeczki na grobie rodziców w moim imieniu, a gdyby co, zawsze będzie musiał mnie pod swój dach wpuścić. W ciągu jednego dnia zostałem dobrodziejem jego rodziny, a jego dzieci patrzą na mnie jak na bohatera. W sumie nie mogą się doczekać kiedy otrzymają klucze do drzwi. I tyle jest warta przyjaźń brata, z którym spałem w jednym łóżku pod jedną kołdrą, wobec możliwośći otrzymania mieszkania.
26 września 1981
Oddałem swoje kartki na mięso jako łapówkę dla Joli w sklepie z galanterią skórzaną. Potrzebuję walizki albo jakiejś torby podróżnej. Nie mam w co zapakować dorobku swojego życia. Pamiętam, że kiedyś były jakieś walizki w domu, ale najwidoczniej tato zanim śmierć zamknęła mu oczy, zdążył sprzedać je na wódkę. Podobnie jak wszystkie najwartościowsze rzeczy. Wyprzedał poniemieckie zegary, poroża, samowary, obrazy, krzesła, komplet od stołu, słowem, na co tylko znalazł się kupiec i było zapotrzebowanie. Resztę spustoszenia dokonałem sam osobiście.
Cena walizki jest równa prawie mojej wypłacie. Gdy mówię o tym Halinie, ona wzrusza ramionami i mówi;
- "co z tego".
- Jak to "co z tego", - dziwię się, przecież to paranoja.
- "Tak, paranoja, powtarza, - ale 36 milionów Polaków żyje w tej paranoi i nie uciekają na Zachód".
- "Ja też nie uciekam - bronię się
- jadę po pieniądze na meble, ubranie i to wszystko. Pieniądze są potrzebne do normalnego życia nawet w tak nienormalnym kraju jak Polska".
- "Zarobisz na meble, ale nie masz już mieszkania, bo oddałeś bratu. Musisz więc zarobić i na meble i na mieszkanie, później będzie samochód i diabli wiedzą co jeszcze, słowem zabraknie ci życia, aby na wszystko zarobić" - mówi Halina.
- "To jedź ze mną, we dwoje szybciej zarobimy" mówię ja, ale ona odwraca się plecami i szlocha.
Przez jej szloch słyszę słowa duszone łkaniem:
- "meble nie są ci potrzebne do szczęścia, ja jestem ci potrzebna do szczęścia, czy ty tego nie rozumiesz?"
Rozumiem - odpowiadam pokornie - ty jesteś mi potrzebna do szczęścia, dlatego błagam cię jedź ze mną, razem przeżyjemy coś wspaniałego, o czym tutaj nawet nie wolno nam marzyć. Półki sklepowe pustoszeją. Znika ocet i musztarda. Trzy sprzedawczynie w pustym sklepie robią na drutach, państwo i tak płaci im pensje. Podobnie jest w całym kraju. Ile jest takich pustych sklepów...?
Jej świat to świat miłości do mnie bez żadnego materializmu. Perspektywa stania w kolejce po mleko dla naszych przyszłych dzieci wcale jej nie przeszkadza, mnie natomiast sama już myśl o kolejkach przeraża. Wstawanie o świcie, aby być pierwszym, a później duma rozpiera mi piersi:
- "popatrz co załatwiłem, mówię wyjmując z torby pół kilograma kaszanki". Nic innego kupić nie można, co za czasy, wracamy do epoki handlu wymiennego - wszystko się załatwia.
27 września 1981
Pojechałem do Bielawy, do dyrekcji zakładu pracy, aby poprosić o zwolnienie. Zwolniłem się z pracy w trybie natychmiastowym. Kierownik zupełnie nie był moją decyzją zdziwiony. "Sam bym uciekał, gdybym był młodszy" powiedział na pożegnanie. "Tutaj będzie niewesoło dodał. Jak już tam będziesz, to wyślij naszym dzieciom kolorowe widokówki, powiesimy je w gablotce przy portierni". Nie wiem czy zanim dojdą do Pieszyc, odpowiedziałem mu, nasz klub utrzyma się. Sufit w sali teatralnej grozi zawaleniem już od kilku lat, poza tym skąd będą pieniądze na kulturę? Solidarność robotnicza w naszym zakładzie rozpoczeła swoje rządy od zwalniania pracowników kultury, czyli od tzw. oszczędności.
28 września 1981
Halina nadal nie wierzy, że wyjadę. Uważa, że się wygłupiam. Moje energiczne działanie, wyprzedaż książek i innych przedmiotów z domu, zwolnienia z pracy dla niej nic nie znaczą. Zupełnie do niej nie dociera, że mógłbym zostawić ją samą. Płacze. Zapewniam ją jak tylko mogę, że ją kocham, że jest w moim życiu najważniejsza, że nikogo poza nią, nigdy już nie pokocham. Czym bardziej ją zapewniam tym mniej wierzy moim zapewnieniom.
Twierdzi, że gdybym ją naprawdę kochał, to nigdy nawet o wyjeździe bez niej bym nie pomyślał, nigdy jej samej nie zostawił. Nie może zrozumieć, że miłość miłością, a życie życiem. Dla niej życie jest miłością, a dla mnie miłość jest życiem. Jak to wszystko rozwiązać? Coraz bardziej daję się jej wciągać w dyskusje filozoficzne, z których nic nie wynika. Nie chcę przecież wyjechać dlatego, że jej nie kocham, ale właśnie dlatego, że ją KOCHAM. Niestety, coś się ze mną stało i życie w komunie przestało mnie interesować, nagle poczułem się nieszczęśliwy, zdałem sobie sprawę z tego, że 300 kilometrów dalej na zachód moje życie mogłoby wygłądać zupełnie inaczej. Dlaczego więc nie skorzystać z okazji i nie spróbować tego zakazanego owocu? Z moich 15 najlepszych kolegów 9 już wyjechało. Świat zobaczą, wrócą z pieniędzmi, pokupują sobie mieszkania, samochody, dzieci poślą na prywatne lekcje języków obcych, tańca lub muzyki. Czy dla tych kilku podstawowych celów życiowych i tak oczywistych trzeba aż zdradzać ojczyznę i miłość?
Ile ja mogę zarobić jako pracownik Domu Kultury? Ile ty możesz zarobić jako projektantka wzorów przemysłowych? Pytam ją, ale ona tylko spuszcza głowę i płacze.
"Pomyśl mówię do niej "Solidarność" już wszystkie sekcje turystyczno - kulturalne w klubie polikwidowała. Został tylko kierownik, bibliotekarka i woźny. Koniec z dotacjami na kulturę. Fotograficy nie mają pieniędzy na materiały, a nawet gdyby je mieli, w sklepach nie ma nic. Podobnie sekcja wysokogórska, żeglarska, plastyczna. Ja sam się zwolniłem. To już koniec, sama czujesz, że coś musi się wydarzyć" "Jeśli ma się wydarzyć niech stanie się to jak najprędziej", odpowiada, patrząc na mnie załzawionymi oczami. Myślisz, że potrafisz stąd ucieć i zapomnieć o mnie i o wszystkim, mylisz się. Nawet gdybyś wyjechał na koniec świata i tak zawsze myślami będziesz powracał tutaj, bo tutaj jest twoje jedyne miejsce na całym świecie. Czy tego nie rozumiesz?
- "Nie, nie rozumiem" odpowiadałem jej jeszcze bardziej wściekły na nią niż zwykle. Jej ten sam argument, że tutaj jest tylko szczęście, tutaj jest najlepiej, itd. dobija mnie. Dlaczego miałby tęsknić do tego miejsca? Dlaczego miałbym powracać myślami tutaj? Za dużo - mówiłem jej - naczytałaś się książek pisanych przez romantyków. Nigdy nie popatrzę w tę stronę ze łzę w oku, bo miejsce to będzie zawsze we mnie. Z nim będę wędrował po świecie, ale bez przesady, Pieszyce można pokochać, ale cierpieć z powody miłości do nich? To chyba za dużo powiedziane.
30 września 1981
Zaczynam oficjalne pożegnania ze znajomymi i przyjaciółmi. Pierwsze kroki skierowałem do pani Koffmanowej, która jest jakby moją rodziną, choć niezupełnie. Otóż, siostra pani Koffmanowej, w 1946 roku wiosną, zaszła w ciążę z moim dalszym kuzynem. Ona była Niemką, którą czekała wywózka do Niemiec, a mój kuzyn wracał stamtąd, z robót, po prawie trzech latach. Zatrzymał się w Pieszycach, a po kilku miesiącach dojechała reszta rodziny ze wschodu.
Kuzyn otrzymał gospodarstwo po jej rodzicach i zakochał się w młodej Kindze. Ona miała 17 lat, on zaś 20. Zanim urodziła dziecko, zastrzelił go rosyjski żołnierz, gdy stanął w obronie starego Niemca, któremu dzielny żołnierz bohaterskiej armii czerwonej chciał zabrać rower. Ostatnia fala wysiedlania Niemców z Pieszyc odbyła się zimą 1947 roku, ale nie wszyscy wyjechali. Zostały siostry zakonne, które prowadzą szpital znajdujący się przy kościele św. Antoniego. Pomiędzy kościołem a szpitalem jest cmentarz pod opieką siostr, na którym chowami są księża i opiekunki cmentarza. Jakimś cudem pozostała ich spora grupa, która nie zasymilowała się, nawet po trzydziestu latach większość z nich nie mówi po polsku.
Pani Koffmanowa utrzymuje kontakty z wysiedlonymi Niemcami z Pieszyc, osiadłymi na północy Niemiec Zachodnich, tuż przy granicy z Belgią. Moja wizyta u niej miała na celu przypomnienie siebie oraz poproszenie o jakieś adresy. W duchu wiedziałem, że nigdy z nich nie skorzystam, ale wolałem je mieć, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo co może człowieka spotkać w życiu.
Koffmanowa nie tylko że dała mi adres Kingi, ale także obiecała do niej napisać. Pokazała mi też zdjęcia dzieci zastrzelonego kuzyna. Po raz pierwszy zobaczyłem swoich krewnych, bliźniaków, blondynów o jasnoniebieskich oczach. Na pożegnanie pocałowałem Koffmanową w rękę, czego nigdy nie lubiła, a ona ściszonym głosem, wyjawiającym największą tajemnicę swojego życia powiedziała: "Na pewno nie wiesz, nikt w waszej rodzinie nigdy o tym nie wiedział, ale Kinga bardzo kocha twojego kuzyna, nigdy też nie wyszła za mąż. Chłopcy dopiero po kilku latach po wojnie dowiedzieli się, że ich ojcem był Polak." Jak na tę wiadomość zaaregowali mieszkając z matką w Niemczech, nie wiem. Czy miało to jakieś znaczenie dla nich, też nie wiem.
4 października 1981
Bierzemy z Haliną "indiański ślub", który jest jednocześnie naszą ostatnią wspólną prywatką, a zarazem pożegnaniem z przyjaciółmi. Akcja rozgrywa się w moim pustym mieszkaniu. Siedzimy na podłodze, niektórzy na kawałkach drewna, pieńkach, które brat spali zimą w piecu. Jest wesoło, świetnie się bawimy, lecz ja jestem już poza tym towarzystwem, moje myśli są w nieznanym mi świecie, do którego podążam. Twarze kolegów roześmiane, oczka zamroczone alkoholem oglądają mnie po raz ostatni. Przynajmniej taką mam nadzieję lub, tu muszę sprostować, jeśli nie ostatni raz, to chyba nie tak szybko się spotkamy.
Halina wręcza mi prezent ślubny, tomik wierszy Mickiewicza oraz dwie konserwy rybne w sosie pomidorowym. Natomiast ja zupełnie zapomniałem o prezencie ślubnym dla niej. W starą koszulę zawijam dwa notatniki akademickie z wierszami. W sumie ponad 400 wierszy. Podarowuję jej też starą pralkę "Franię", na którą bratowa miała ochotę. Po raz pierwszy od kilku tygodni pocałowałem ją przy wręczaniu prezentu. Zapach jej skóry oszołomił mnie, chciałem na sekundę przytulić się, ale jej oczy powiedziały duże NIE. Wyczułem w jej spojrzeniu smutek, i choć tym razem nie płakała, oczy jej łzawiły, a każda spadająca, niewidzialna łza była gorącą iskrą na mych policzkach. Tak bardzo ją kocham, a ona nie potrafi tego zrozumieć. Co robić? Po raz pierwszy w życiu jestem w takiej sytuacji, ani w przód, ani w tył, ani w bok. Sam wpadłem w sidła własnej wyobrażni. Jest mi z tym bardzo ciężko, męczę się, przechodzę przez gorące piekło wewnętrznych niepewności. Po raz tysięczny zadaję sobie pytanie, co robić? Jak żyć w takim stresie?
7 października 1981
Po wyprzedaży całego mieszkania mam raptem 80 dolarów. Potrzebuję jeszcze 70, aby otworzyć konto w banku. Alek, towarzysz podróży, który sprzedał swój dom na Osiedlu Małym deklaruje się pożyczyć mi owe 70 dolarów, ale jako procent bierze jedną konserwę turystyczną. Nie miałem wyjścia, musiałem mu ją oddać. Pieniądze poleżą w banku kilka dni, a później mu je zwrócę. To straszne, trzy lata mojej pracy i wszystko to co najwartościowsze po sprzedaniu osiągnęło wartość osiemdziesięciu dolarów czyli tyle, ile kosztuje przeciętny flakonik wody kolońskiej w Paryżu. Czysta abstrakcja, surealizm, paranoja, słowem raj mędrców komunizmu, dla których woda kolońska w ogóle nie ma żadnego znaczenia.
10 października 1981
Halina pogodziła się z myślą o moim wyjedzie, wzięła mnie jak dziecko za rękę i zaprowadziła do kościoła, abym tam raz jeszcze przysiągł, że ją kocham, wrócę, będę o niej myślał, pamiętał, pisał, będę wierny. A ona w zamian obiecała czekać na mnie, być wierną i kochać mnie nadal, pomimo rozłąki. Ze zdjęcia namaluje mój portret, który będzie wisiał u niej w domu, w jej sypialni.
Kościół św. Antoniego, w którym byliśmy, to prywatna historia mojej rodziny. W nim zostaűem ochrzczony, w nim były odprawiane nabożeństwa za zmarłą babkę Władysławę Paulinę, moich rodziców, krewnych. W tym kościele przez kilka lat służyłem do mszy świętej. Znam w nim każdy kąt, kolor farby z obrazów drogi krzyżowej Chrystusa, trzy ołtarze. Nawet wiem gdzie ksiądz trzyma dekoracje do bożonarodzeniowej szopki.
Czy ci tutaj źle?- zapytała się mnie niespodziewanie Halina po wyjściu z kościoła. Czy myślisz, że powinieneś wyjechać? Czy masz prawo domagać się czegoś więcej od życia niż inni?
- Mam takie samo prawo do życia jak ci szczęśliwcy urodzeni trzysta, pięćset kilometrów stąd na zachód- odpowiedziałem jej sucho.
- Zrozum - spojrzałem jej prosto w twarz - jesteśmy młodzi, niczym nie ryzykujemy, jest szansa wyjazdu, wykorzystajmy ją. Posmakujmy czegoś innego, czego tutaj nam nie dano nawet skosztować. Ěle czy dobrze, jakie to ma znaczenie, jeśli sami nawet nie wiemy co znaczy źle a co dobrze. Czy chcesz do końca życia chować cukier przed rodziną, znajomymi, wreszcie sobą samą.
- Jest mi to obojętne czy jest cukier, czy go nie ma? On mi życia nie osłodzi. Najważniejszy jesteś ty, nie cukier, słodki idioto.
Mówiła długo, a łzy płynęły jej po policzkach. Staliśmy naprzeciw siebie pod kościołem, ponad naszymi głowami jesienny wiatr gnał chmury po wieczornym niebie. Nie wiedziałem jak nam jej odpowiadać, jakiś nieopisany ból i rozpacz ściskały mnie za gardło, z trudem sam wstrzymywałem się od łez. Nie wszystko to, co do mnie mówiła rozumiałem, nie wszystko do mnie docierało, byłem pod wrażeniem jej słów, emocjonalnie wzburzony, cierpiący tak jak ona.
- Próbowałam cię zatrzymać, ale nie udało mi się. Liczyłam na jakiś cud, na moment, w którym wszystko się wyjaśni i ty zmienisz zdanie, nie doczekałam się. Stoję przed tobą bezsilna, z mokrą twarzą od łez. Zamilkła. Patrzyła na mnie w milczeniu, które zdało mi się gorsze od potoku jej słów.
- Wiem, że o mnie walczysz, wiem, że mnie kochasz - wypowiedziałem, te słowa, a łzy wbrew mojej woli, wypłyneły mi same spod powiek. Objąłem ją mocno przytulając do siebie, bo nie chciałem, aby zobaczyła, że płaczę. Trzymałem ją w uścisku przez chwilę, całując po włosach, twarzy, czole, tuląc się do niej. Poczułem się jak dziecko, bezbronny, któremu, ktoś dużo silniejszy zabrał zabawki. Nie wiedziałem, w która stronę mam iść, co powiedzieć, byłem ogłuszony biciem własnego serca.
13 października 1981
Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać co wűaściwie robię. Nie chcę się cofnąć, choć czuję, że Halina będzie stracona na zawsze. To ona, nie wyrażając zgody na wyjazd, jednocześnie podjęła decyzję zerwania ze mną na zawsze. Miłość słodsza niż meble własnej roboty, wspólna przyszłość zawisła nad przepaścią zawieszona naszymi rękami. Czy można jednak postawić pomiędzy nią a meblami znak równości? Rosnący niepokój, lęk przed utratą Jedynej - przesłodkiego anioła o rudych włosach, zielonych oczach, ustach słodszych niż sułtański krem, podchodzi do samego gardła. Powoli posuwa się naprzód paraliżując mnie zupełnie.
Nie boję się wyjazdu, ale gdy o nim myślę dostaję gęsiej skórki. Nie uciekam przed swoją miłością. Nie myślę co będzie, ale ogarnia mnie lęk przed czymś, o czym nawet teraz nie mogę myśleć, bo po prostu nie wiem co to może być. Jestem wewnętrznie rozdarty, decydując się na wyjazd bez Haliny, do końca życia będę tego żałował. A może okażę się sprytny i przebiegły, zarobię i wrócę i będziemy dalej ze sobą, i wszystko dobrze się zakończy, jak w pięknej bajce.
Czy jest to lęk przed nieznanym? Jak go opisać? Chyba nigdy wcześniej tak się nie czułem. W chwili obecniej jest to dla mnie coś nowego, coś czego nie rozumiem i nie potrafię opisać. Na pewno będzie dobrze. Tylko dlaczego dzisiaj pada deszcz? Czyżby wody wyobraźni wzbierały po to, aby statek mój mógł swobodnie wypłynąć na szersze wody? Zostając tutaj do końca życia skazany byłbym na mieliznę, na życie w stawie, a ja tak bardzo pragnę wielkiej wody, głębokiej wody.
19 października 1981
W ciągu ostatnich kilku dni zaszły przeogromne zmiany w moim widzeniu świata. A mój świat to Pieszyce. Ale czy jest to cały świat? Na pewno nie. Świadomość wyjazdu otworzyła me oczy szeroko i rozbudziła chęć przyjrzenia się bliżej światu, w którym żyłem. To na co patrzyłem przez tyle lat, codziennie, w chwili podjęcia całkowitej i nieodwracalnej decyzji nabrało innych kształtów. Jeszcze nie wyjechałem, a już TO nie było tym samym co kilka godzin nawet, kilka minut, wcześniej. Decyzja wyjazdu spowodowała, że zdałem sobie sprawę z tego, że naprawdę nie wiem, kiedy będę mógł raz jeszcze spojrzeć na Pieszyce. Myśl ta przestraszyła mnie: Jak to, nigdy mam już do mojego miasteczka nie wrócić i nigdy więcej mam nie oglądać ulic, drzew, ludzi, nie rozmawiać z nimi. Wyjeżdżam, klamka zapadła. Jednak moja dzisiejsza świadomość wyjazdu jest zupełnie inna od tej sprzed paru godzin. Zanim wyjadę, muszę nasycić swoje oczy obrazami Pieszyc i okolic.
Od sąsiada, Ryśka Marczuka, pożyczyłem rower i na nim objechałem całą gminę pieszycką. Co za rozkosz, uśmiechałem się sam do siebie, gdy z pagórków w Rościszowie oglądałem Pieszyce, Bielawę i Dzierżoniów. Wiał rześki wiatr, październik, jeden z najpiękniejszych miesięcy, w szczególności w górach. Złoto, czerwień i purpura to kolory liści. Młodsze klasy szkoły podstawowej wybrały się do lasu po żołędzie i kasztany. Praktyczny nauczyciel, niczym Stwórca rozkaże swym podopiecznym, aby na lekcjach prac ręcznych, przy pomocy zapałek, żołędzi, kasztanów, zrobić leśne ludki.
Jesienne niebo, krajobrazy dzieciństwa, patrzę na nie po raz ostatni i gdybym powiedział, że po raz pierwszy dopiero teraz je widzę, też bym nie skłamał. Strach, że mógłbym coś zgubić, gdzieś po drodze nie daje mi spokoju. Buki, brzozy, sosny, lipy, kasztany, ziemia, po której biegałem, a która nigdy nie parzyłaś mnie w stopy bez żalu i rozrzewnienia żegnam się z wami. Wy moi mistrzowie, nauczyciele moich klęsk i triumfów, zostawiam was. Gdziekolwiek będę, zawsze zdam wam raport z tego, jak żyję. Wy opiekuńcze bóstwa gór i lasów, wy życiodajne źródła mam wasze oddechy pod swoją skórą.
Zabieram was w podróż na drugi koniec świata, nie będzie to podróż łatwa, ale będzie to podróż do marzeń i nadziei na lepsze życie. Jak za każdą, tak i za tą, trzeba będzie zapłacić swoją cenę i ponieść jakieś ofiary. Pierwszą z nich jest ofiara miłości, najwyższa cena, jaką człowiek, poza życiem, może zapłacić. Podejrzewam, że na tym tylko się nie skończy ponieważ do końca swoich dni będę płacił cenę swoich już podjętych decyzji. Czy kiedykolwiek się wypłacę? Czy kiedykolwiek wyjdę na swoje? Dzisiaj mogę powiedzieć, że nie. Straciłem bliską mi osobę, która wciąż po cichu liczy na moją zmianę decyzji. Czy odzyskam jej miłość? Tego się dowiem w swoim czasie. Ostatecznie i Halina może zmienić swoje zdanie. Nawet gdybym wyjechał na koniec świata są koperty, znaczki pocztowe, telefony; zawsze mogę się z nią skontaktować, a nawet połączyć osobiście. Bardzo mocno wierzę w taką możliwość.
20 października 1981
Coś zaczeło się dziać, coś złego, wojsko sięga po władzę. Stanisław Kania zostaje odsunięty a jego miejsce zajmuje generał Wojciech Jaruzelski. Mało tego, że jest obecnie I sekretarzem PZPR to nadal pozostaje premierem i ministrem obrony narodowej. Połowa Polski strajkuje mam wrażenie, że w chwili obecnej nawet "Solidarność" nie wie, co naprawdę jest grane.
Kolega z liceum, Rysiek Koziar z Bielawy, miał wyjść z wojska w tym tygodniu. Niestety Rada Ministrów przedłużyła służbę o dwa miesiące. PZPR usuwa członków ze swoich szeregów i to publicznie. Stefan Bratkowski prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich usunięty z partii. Co to wszystko może oznaczać?
24 października 1981
Wszystko już mam spakowane, za kilka dni wyruszamy w drogę. To "wszystko" to kilka starych koszul, swetrów, skarpet, ręczników, etc. Pozostało mi nawet kilkanaście tysięcy złotych, które mogę wydać na cokolwiek, ale w sklepach niczego nie ma. Sejm nawołuje do spokoju społecznego. "Solidarność" wezwała do rozwagi w podejmowaniu decyzji o strajkach. Jeśli podobna sytuacja potrwa dłużej, zwykli ludzie stracą całkowicie rozeznanie w sytuacji. Pomijając fakt, że nie będą mieli w czym chodzić, przykładem niech będą moje buty, dosłownie spadające z nóg. Kupić nowych nie jestem w stanie, ponieważ po prostu nie ma butów. Próbowałem nawet coś załatwić, ale przyniesiono mi o trzy numery za duże i zrezygnowałem. Gdy bym pozostawał w Polsce na pewno wziąłbym je na wymianę, pieniądze jeszcze więcej stracą na wartości.
Pisać o tym, że jestem umęczony, że mam zszarpane nerwy przez Halinę i wyjazd, z trudem mogę znaleźć sobie miejsce, nie ma potrzeby. Jestem skonany, czym bliżej wyjazdu tym bardziej czuję jak serce mnie kuje. Wzrok mam na zegarku, z niecierpliwością śledzę ruchy wskazówek, nie śpię, ale czuwam, budząc się co kilkadziesiąt minut. Pozostałem sam ze spakowanymi torbami. Halina już się zupełnie ode mnie odsunęła, wycofała się z mojego życia, bo ono jest już z drugiej strony granicy - myślę o tym z wielkim żalem, jest mi ciężko. Dochodzi czwarta nad ranem, sen przymyka mi powieki, chcę usnąć, ale prześcieradło parzy w plecy.
Kierowcą będzie szwagier Alka, jeden z najsprytniejszych chłopaków w Pieszycach, który kilka razy w roku wyjeżdża za granicę na zakupy, dlatego uważany jest za mądrego. Małym fiatem, we czterech, jedziemy prosto ku naszej lepszej przyszłości. Mały fiat, to nie mercedes, ale historia zna wielu takich, co wyruszali w podróż, mając w garści tylko sękaty kij.
29 października 1981
O godzinie drugiej po południu wyruszyliśmy. Akurat ludzie wyszli z pracy, z pierwszej zmiany. Halina nawet nie płakała. Sztywna, a może drętwa, półprzytomnym wzrokiem żegnała mnie. Przytuliłem ją do siebie, ale nie czułem bicia jej serca. Zagadkowa jak Sfinks, milczała, żegnała się ze mną tak, jak żegna się z umarłym.W ostatniej chwili wręczyła mi cztery kanapki z kiełbasą, mówiąc: "Urwałam się z pracy, aby kupić tę kiełbasę i o mało nie spóżniłam się na pożegnanie z tobą. Pozdrawienia masz od mojego kierownika, który uważa, że dobrze postąpiłeś. Jedź i szybko wracaj, będzie mi ciebie bardzo brakowało. Na twoich pieniądzach, których jeszcze nie zarobiłeś wcale mi nie zależy, potrzebuję tylko ciebie. Zostań, proszę cię, kiełbasa, buty to nie wszystko. Kocham cię".
Na chodniku pojawili się ludzie których znałem od urodzenia, bliscy dalsi znajomi, ulica warczała silnikami samochodów, miasteczko na moment ożywiło się, poczułem się zakłopotany. Wzrok mijanych przechodniów parzył mą twarz, chciałem jak najszybciej odjechać.
- "Jedź już, jedź" - poganiałem kierowcę. "Jedź i nie zatrzymuj się nigdzie po drodze". Końcem szalika ukradkiem ocierałem łzy, wściekły na siebie samego, na Halinę, na cały świat. Pragnąłem tylko jednego, aby jak najszybciej przekroczyć granicę polsko - czechosłowacką, aby być jak najdalej od Pieszyc.
