Kalifornijskie czekoladki

Andrzej Badura

Wigilia

 Dzisiaj jest 24 grudnia. Dzień wigilijny, tak uroczyście obchodzony w polskim domu. Dochodzi prawie 3-cia po południu a mojej żoneczki jeszcze niema z pracy. Gdzież ona mogła się zawieruszyć. Od mego syna Maćka wiem ze z pracy wyszla zaraz po jedenastej.

 Napewno robi jeszcże końcowe zakupy, tylko co? Ta niewiadoma denerwuje mnie a jednocześnie i niepokoi. A może się coś stało, może się posliznęła, albo nie daj Boże miała jakiś wypadek. Nerwowo szwędam się po kuchni. Wreszcie około wpół do czwartej obarczona plastikowymi siatkami zjawia się w domu. Nie wiem czy mam się cieszyć czy złościć. Dla pewności wyjezdżam z pretensjami. I chyba słusznie, bo Calgary to nie jakaś wiocha. Telefon jest na każdym rogu i mogła zadzwonić. Niestety nie pomyślała o tym że ja się mogę denerwować. No nie powinienem, pewnie w innej sytuacji, w innym dniu, bym się nie denerwował. Ale dzisiaj zaraz po kolacji wigilijnej idę prosto do łóżka. Kilka godzin snu i wyruszamy po nowa przygodę. Jedziemy poznać Kalifornię. Jedziemy poznać nowych ludzi. Jedziemy na spotkanie z Banią, Ośką i Rachą.

 Ale chyba najbardziej intrygują nas najmici, Iwona i Piotr.

Uspokojony że Kruszynka jest cała i zdrowa idę kończyć pakować się. Wszystko do podróży jest już przygotowane, tylko włożyc to do samochodu. Sprzęt biwakowy przejrzany i uzupełniony. On też pierwszy ląduje w aucie. Na końcu, już przed samym wyjazdem włoży się lodówki z jedzeniem i nasze rzeczy. Teraz mogę się wykąpać i przebrać. Kruszynka w tym czasie smaży rybę na kolację. Niestety w tym roku nie mamy karpia. Kupiłem filety z halibuta i one mają zastapić naszą polską wigilijną rybę.

 Nie czekając na pierwszą gwiazdkę, zresztą i tak zasłoniętą przez śnieżne chmury zasiadamy do kolacji. Jak co roku składanie sobie życzeń i dzielenie się opłatkiem przypomina mi moje dawne dziecięce wigilie w dalekiej Polsce w gronie rodzinnym.

 Smutne są to wspomnienia bo nikt już z tych ludzi nie żyje, ja pozostałem jako najstarszy z tego gniazda.

 Jak co roku razem z nami do stołu zasiada mój kanadyjski kuzyn Rick. Nie ma wigilii u siebie w domu. Tradycyjnym angielskim zwyczajem, świeta u niego zaczynają się 25 grudnia. Dzisiaj nie ma u nas dwunastu potraw jak nakazuje tradycja. Nie mniej od stołu wstajemy najedzeni do syta. Wszystko było pyszne, ale chyba najbardziej smakowaly nam grzyby przysłane w "myszach" przez Ulę z Warszawy. Grzybki były w pierogach z kapustą i w przesmacznej zupie grzybowej. Jeszcze chwila rozmowy i Lajkonik idzie pod prysznic a za chwilę już jest w łóżku. Reszta zostaje jeszcze na dole w salonie i wspomina dawne lata. Maćiek i Michał bardzo lubią słuchać o tym jak to było dawniej.

 Ja nastawiam budzik na godzinę drugą i wślizguję się do łóżeczka. Jakoś sen nie może mnie zmożyć. Ale wyćwiczona silna wola pozwala mi zamknąć szufladkę ze wspomnieniami i usnąć.

 Sen jednak nie trwa długo. Około 23:30 budzi mnie otwieranie drzwi, to Kruszynka przyszła po swoje rzeczy aby znieść je na dół. Torba jest jednak dla niej za duża i za ciężka. To duża wojskowa torba, taka jakż uzywajż żołnierze kanadyjskiej armii.

 Wypełniona do granic możliwości, nic więc dziwnego że nie daje jej rady. Przewracam się jeszcze przez jakieś 20 minut z boku na bok ale sen już nie przychodzi. Podniecenie wyprawą nie pozwala na ponowne uśnięcie. Na kilka minut przed dwunastą wstaję więc i autorytawnie zarządzam wyjazd o godzinie drugjej w nocy, czyli o dwie godziny wcześniej niż wcześniej było ustalone. Chłopaki chyba na to liczyli bo na ich łobuziarskich buziach pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Spot, nasz ukochany mieszaniec czuje że na coś wielkiego się zanosi bo nie odstępuje mnie nawet na krok.

 Suczy syn boi się abym go nie zostawił. Głuptas nie wie że my go kochamy wcale nie mniejszą miłością niż on nas.

Droga

Ładujemy ostatnie rzeczy do samochodu. Gdy wychodzę wraz z Maćkiem niosąc dużą lodowkę, nasz czarny jak smoła Kevin korzystając z okazji wyrywa się na wolność. Głupie kocisko nie zdaje sobie sprawy że w tej temperaturze za godzinę zamarźnie na kość. Na termometrze jest właśnie 27 stopni poniżej zera w skali Celsjusza. Kruszynka jednak, jak przystało na wzorową kocią mamę wyrusza w pościg za nim. Żadne kici, kici nie odnoszą jednak skutku. Wręcz przeciwnie, Kevin wyraźnie znudzony zeskakuje z wysokiego płotu do ogrodu sąsiadów. I oto w nasza mala Kruszynke wstepuje jakis demon. Swoimi malymi raczkami w poteznym wyskoku lapie się za gore plotu. Za sekundę jest już po drugjej stronie a Kevin najwyraźniej nie mniej od nas zadziwiony daje się złapac bez oporu. Powrót na naszą stronę jest już jednak dużo trudniejszy. Widocznie adrenaliny starczyło Kruszynce tylko na jedną stronę płotu. Maćiek pomaga jej dzielnie, najpierw odbiera kota, a potem po jego zamknięciu w domu pomaga mamie przejść na drugą stronę. Cała akcja trwała około 2/3 minut a ja cały czas stałem zaszokowany z otwartą japą.

Wreszcie o 2:15 wyruszamy. Rozpoczynamy rozdział nowej przygody. Przygody która jak wszystkie inne zrodziła się nagle i na dzikich papierach.

A było to tak.

Pewnego razu, jakoś chyba w październiku Iwona wysłała na podworko informację że jak co roku w Czekoladowych skałkach, "niedaleko" Los Ageles, organizuje wraz ze swoim mężem Piotrem kolejnego Sylwestra. Ten Sylwester jest jubileuszowy, czyli dziesiąty. No a ja, dusza traperska, pomyślałem sobie, a może by tak tam pojechać? Cynk poszedł na podwórko i podchwycił go Racha. Ten człenio omotał w sobie tylko znany sposób naszą Banieczkę i przekonał ją że samoloty to najbezpieczniejszy środek lokomocji. O samym Sylwku nie musiał wiele mówić. Takie wyprawy to dla naszej Banieczki raj dla duszy i ciała. Gdyby nie te samoloty. No właśnie, ale Racha to człeni warsiawski a więc na bałachu się zna. A bałach to potęga i tym właśnie sposobem zbajerował Banieczkę i wykupili bilety. Ba żeby to tylko zbajerował Ja na L.A. On potrafił ją przekonać na lot na Florydę do Ośki a dopiero potem do L.A. Mało mu było jednak tego wszystkiego bo jeszcze przekonał Banieczkę na lot do New York. Jednym słowem dokonał czynu jakiego bym ja nie potrafił dokonać.

No a teraz jest już 2:15 i my właśnie wyruszmy, licznik w naszym vehikule wskazuje dokładnie 100675 km. Zbiornik pełny, a więc w drogę. No i poszły konie po betonie.

Calgary o tej godzinie jest puste i wymarłe. Od czasu do czasu spotkać można tylko taksowkę albo policyjne auto. Śnieg pruszy stale a mrozik pokazuje na co go stać.

Jezdnie są oblodzone a o piaskarkach należy zapomnieć az do 26 grudnia. Tylko że wtedy to my już będziemy w miejscu gdzie jest ciepełko. Po około 25 minutach oświetlone miasto pozostaje za nami. Rozpoczyna się walka z ciemnością, śniegiem i mrozem.

Jednak nie jest zupełnie ciemno, każda farma jest udekorowana setkami kolorowych lampek. Mnóstwo przydrożnych choinek jest też ozdobionych i oświetlonych. Wszystko to razem wygląda wspaniale i dodaje nam jakiegoś świetlnego "rauszu".

W samochodzie jest ciepło i nastrojowo. Kolędy śpiewane przez dzieci (CD przesłany przez Mieczyka) nie pozwalają zapomnieć o tym że właśnie rozpoczęły się kolejne Święta Bożego Narodzenia. A kilometry umykają, wraz z nimi przychodzi jednak powstrzymywane podnieceniem wyprawy zmęczenie. Ja po kilku godzinach snu czyję się rześki, ale reszta towarzycha zaczyna podsypiać. Pierwszy chyba padł Spot. Potem Michał, a potem Kruszynka i Maćiek. Pozostałem sam że swoimi myślami, pustką na drodze i śniegiem. A on wcale nie ma zamiaru przestać padać. Wycieraczki pracuja monotonnie, za każdym razem z tafli szkła zbierają spore jego naręcze, które za którymś tam ich obrotem spada w czarną otchłań drogi. Kolędy dawno się już skończyły, teraz idzie John Lee Huker, to mój ulubiony czarny piosenkarz. Chyba tylko Luis Armstrong może mi go zastąpić.

Na krótko przed Ledbridge Kruszynka nagle łapie mnie za rekę, i na cały regulator woła, Lajkonik, TY SPISZ. Na całe szczęście trzymałem wtedy fajerę dwoma rękami. Gdybym tak trzymał jak to lubię robić, t.z. tylko jednym palcem, jak nic bylibyśmy w rowie.

Biedactwo miało zły sen, własnie się jej sniło że prowadze auto i zasnąłem. To było tak silne wrażenie że aż ją "postawiło" na nogi. Na całe szczęście zaraz zasnęła spowrotem.

Kocham prowadzić auto w nocy w zimie. Szczególnie tutaj w Kanadzie, gdzie drzewa są przybrane w przepiękną srebrną szrań, gdy światła reflektorów co jakiś czas łapją w swe macki umykające białe króliki. Gdy płatki śniegu spadające na szybę są za każdym razem inne, a po sekundzie spływają jak niewinne łzy po jej śliskiej gładzi.

Do granicy już niewiele, zaledwie pięć kilometrów. Podkręcam gałke w radio, akurat z CD player'a lecą moje ulubjone "majty w kratę". To taka piosenka, a śpiewają ją Elektryczne Gitary.

Ta płytę dostałem od Banieczki gdy przyjechała do nas po raz pierwszy tego lata. Ta kobieta ma chyba siódmy zmysł. No bo skąd Ona mogła wiedzieć że mnie to oczaruje.

To chyba jest prawdą że kobieta to istota jeszcze nie zbadana.

Budynki kanadyskiej straży granicznej mijamy o jakieś 30 metrów. Z tej strony drogi nawet trudno się do nich dostać. A o jakiś celnikach czy kanadyjskich wopistach nawet nie ma co marzyć. Dopiero za jakieś 75 metrów dalej zatrzymujemy się przed okienkiem celnika amerykanskiego. Padają rutynowe pytania, co wieziemy, dokąd jedziemy, ile osob jest w aucie i czy byliśmy aresztowani lub sądzeni na terenie USA.

Widocznie moje odpowiedzi nie budzą wątpliwości bo pan "custop" życzy nam good luck oraz życzy miłego pobytu na terenie USA i każe jechać dalej.

To jest już Montana, chyba drugi stan po Alasce pod względem wielkości. Tutaj jednak zaczunają się poteżne góry, strome kilumetrowe podjazdy i karkołomne zjazdy. Ale nie to jest straszne, straszna jest pustka i świdomość że nie ma się kontaktu z cywilizacją. "Komórkowiec" tutaj nie działa, my nie mamy radia CB, a więc uwaga naprężona do granic możliwości. A oczy muszą być przy takiej pogodzie wywalone jak u żaby. Kto nigdy tutaj nie był ten tego nie zna. Mnie tutaj już raz śnieg w sierpniu odciął na trzy dni, a z opowiadań wiem że tutaj nigdy nic nie wiadomo. I rzeczywiście po jakiś 150 milach pojawia się "black ice" to znaczy czarny lód. Nie sposób go wcześniej wypatrzyć, do złudzenia przypomina czarny asfalt. O jego istnieniu człowiek dowiaduje się kiedy na łuku drogi wylatuje z jej toru i ląduje na drzewach. W tej srebrnej czerni, bo tylko tak to mogę określić, odnajduję rest area, to taki parking, czynny 24 godziny na dobę. Coprawda nie ma tam ludzi ani obsługi ale decyduję się tam zatrzymać do świtu. A pozostało nam już do niego nie wiele. Mamy za sobą przejechane około 350 km. Po Kanadzie i około 200 mil po USA. To nie zły dystans jak na tę porę roku w nocy.

Gaszę silnik i pogrążam się w śnie.

Budzi mnie przenikliwe zimno, jest już widno, ale wszystko co szklanne jest zaparowane.

W związku z tym nie wiem która jest godzina dokąd nie przetrę szkiełka od zegara samochodowego z pary, a na zegarze dochodzi już 8 rano, a więc spałem ponad połtorej godziny. Odnajduję termos z kawą i nalewam sobie sporą porcję do kubka. Kawa jest szatańsko mocna, czuję że moje szare komórki zaczynają pracować na wysokich obrotach, od razu też poprawia mi się humor. Głośno więc krzyczę, stacja odlej, wysiadka. I sam robiąc dobry przykład walę do cichej wygódki. Ba tylko ona wcale nie jest cicha, z głośników zainstalowanych w suficie słyszę głosy, tak nie mylę się, to jest komunikat o stanie dróg w Montanie. No takiego czegoś to i w Kanadzie nie ma.

Wiadomości się kończą pomyślną wiadomością że temperatura ma wynosić 38°F. to jest OK. Bo to już pwyżej zera, a więc da się jechać. Oczywiście w pomieszczeniu jest ciepło i pachnąco. Wszystko wypucowane na glanc, i wszędzie napisy mniej więcej tej treści:

"lubisz czystość to pomóż nam w jej zachowaniu" ależ pewnie. Papierosa zapalam już na zewnątrz, aby nie zasmrodzić tego miejsca co zykle się zwie wychodkiem.

Za chwilę ruszamy w dalszą drogę, droga z kilometra na kilometr jest coraz lepsza. A że w Montanie w dzień nie ma ograniczenia prędkości, a pokazała się już sucha i czarna nawierzchnia, to i moje autko mknie jak rakieta. Gaz wciśnięty do dechy, 299 koni ma możliwość pokazania co potrafia. Wskazówka dawno już "weszła" w licznik i stanęła daleko za cyfrą 160. Mój licznik jest wyskalowany tylko do 160 km/h. Powyżej tej prędkości jezdżą tylko stuknięci. Ale ja właśnie taki jestem, znaczy się stuknięty. Bo kto inny pchałby się w zimie przez ponad 2600 km. Tylko po to aby poznać Najmitów i zaliczyć Sylwestra w czekoladowych skałkach. Ale z tego co wiem to takich stukniętych w poprzednich latach było wielu więc dlaczego ma ich nie być wiecej???

Z baku ubywa bezyny a na liczniku przybywa kilometrów. Wreszcie czas coś zjeść.

Na jednej że stacji benzynowych natrafiamy na miłą trakową restauracyjkę. Zamawiamy więc udka kurze z rożna, do tego tradycyjne frytki, salatę i coś do picia. Dla mnie oczywiście kawa, nawet niech to będzie amerykańska lura ale zawsze ciepła.

Jeszcze tylko 200 mil i mamy Ogden. Tam jest nasz hotel, tam mamy nocleg. Za nami pozostało już po przeliczeniu 1397 km. Jak ja kocham spać. To był dzień pierwszy w drodze do Kalifornii. Jeszcze tylko nastawiam budzik na szóstą i za chwilę zasypiam kamiennym snem. Nawet nie zdążyłem nikomu powiedzieć dobranoc. I chyba nie dziwota, w 14 godzin przejechałem 1397 km. A odliczając te wszystkie postoje to średnia wychodzi około 140 na godzinę, w mrozie, śniegu i po lodzie.
Dobranoc.

Podróży dzień drugi

Budzik ryczy jak głupi. Jest szósta rano. Czy naprawdę musimy juz wstawać. Jeszcze minutkę myślę sobie. Nawet ręką nie chce mi się sięgnąć do stolika stojącego pomiędzy dwoma wielkimi łóżkami. Kątem oka jednak zauważam podnoszącego się Michała z poduszką w ręce, bierze potężny zamach, ale ja jestem pierwszy. Porywam w ostatniej chwili piękny ale niemiły zegarek a poduszka z impetem wali w szfkę. Obydwaj wybuchamy śmiechem. To budzi pozostałych, czyli Kruszynkę i Maćka. Naszemu śmiechowi dzielnie toważyszy Spot ujadając przeraźliwie. Muszę go uciszyć bo zaraz będę miał conajmniej pół hotelu gości pod drzwiami. Oczywiście sen odleciał już w inną krainę. A my chociaż niechętnie zwlekamy się z łóżek. Po kilku minutach pijemy aromantyczną kolumbijską kawę. A swoją drogą to dziwne że w mormońskim hotelu zaopatrują gości w kawę. To chyba dlatego aby nie stracić klienteli. Ustalamy kolejkę do łazienki pod prysznic. Z racji swoich obowiązków udaje mi się przeforsować opinię że to ja muszę iść pierwszy, druga ma iść Kruszynka a potem to niech już chłopaki ustalą między sobą. Gdy wychodzę spod prysznica zażarta dyskusja jeszcze trwa. Dopiero film w telewizji pozwala na ustalenie kolejności. Maćiek zostaje i ogląda a Michał się kąpie. Potem następuje zmiana. A ja już ubrany wychodzę ze Spotem na spacer. Psisko dostaje szału, co krzaczek ma tysiące nowych zapachów, ani mu w głowie aby zrobił to co ma i wracał do hotelu. A czas ucieka, wreszcie zniecierpliwiony ciągnę go na siłę na smyczy za sobą. Widocznie to przywróciło mu poczucie rzeczywistości bo załatwia swoją potrzebę. Na moje nieszczęście na środku chodnika. Rad nie rad idę do auta po łopatę i sprzątam te skarby mojego pupilka. Gdy wracam do pokoju wszyscy są już po kąpieli.

Torby popakowane i tylko ruszać w drogę. Trzeba jednak coś zjeść, śniadanie mamy wliczone w cenę. Suczy syn ląduje więc w samochodzie a my kierujemy się do pawilonu restauracyjnego. Wystrój restauracji przypomina mi restaurację z Alaski, tam jednak były wypchane całe zwierzaki a tutaj tylko ich łby wiszą na ścianach.

Przeglądamy jadłospis i jakoś nikomu nie podchodzi ochota na śniadanko firmowane serwowane przez hotel. Wybiaramy więc własne dania z całkowitą świadomością że będziemy musieli dopłacic różnicę. Ja zamawiam sobie tradycyjne amerykańsko-kowbojskie jedzenie, czyli jajka na bekonie i szynce, do tego ziemniaki pokrajane w kostkę i zasmażane, do tego sałatkę z pomidorów i cebulki. Nie powiem ale ten objad na śniadanie jest wcale wcale, dostaję jeszcze zapiekanego tosta którego polewam obficie syropem klonowym. Taka słodko-tłusta kompozycja bardzo mi smakuje. Zresztą wszyscy z mojego otoczenia wiedzą że syrop klonowy mogę jeść ze wszystkim, nawet z rosołem. Maćiek ma podobne danie tyle że ziemniaki są tarte na takie strąki, coś ala frytki ale nie to samo. Kruszynka jednak jak przystało na damę, zamawia sobie parówki. Na nieszczęście zaraz po drugim kęsie patrzy na tę apetyczną parowkę i widzi że ona w środku jest jakaś szara. Sama też się robi szara i szeptem na pół sali mowi, "Laj, ona jest zepsuta". Dobrze że chociaż powiedziała to po Polsku. Przy innych stolikach też jedli parówki, groziło to więc okropnym ściskiem w toalecie. Palcem zawołana kelnerka młoda dziewczyna nie wie co ma powiedzieć. Duka jak chiński premier że to nie możliwe aby kucharz widział co jest w środku w parówce.

Pewnie że nie możliwe, za to za karę musi smażyć dla Kruszynki szyneczkę. Maćiek zdziwiony zaczyna mamie tłumaczyć że nie powinna tak odrazu oddawać. Powinna sprawdzić tę drugą parówkę i jeżeli była dobra to ją zjeść, zjeść też ž reszty produktów, a dopiero potem zrobić awanturę i zażadać drugą porcję. Coś mi się widzi że ten chłopak daleko zajdzie. No a teraz kochani deserek. Tym deserkiem jest nasze "maleństwo" znaczy się Michałek. Bidulek ma taki charakterek że rano zawsze jest "krapi" czyli do niczego. Dopiero jak się naje to można z nim pogadać. Ale teraz właśnie jest głodny a więc "krapi". Najpierw marudzi że nic niema do jedzenia, potem wreszcie wybiera sobie z karty "byczy omlet" i jajko po kowbojsku. Kelnerka przyjmując zamówienie popatrzyła na niego ale wiadomo, klient nasz pan. Chce kowbojskie jajo i byka naleśnik to to mu poda. Jest z "jareckimi" to wiadomo że zapłacą. Cyrk się zaczął gdy podjechała z wózkiem i zaczęła wykładać to wszystko przed Michałem. My z trudem powstrzymywaliśmy śmiech a biedny Michałek był taki zaszokowany że przez dobrą chwilę nic nie mówił tylko patrzył na tę stertę żarcia podstawioną mu pod nos. Wreszcie płaczącym głosikiem powiedział.

"Dad ja tego wszystkiego nie zjem". No a ja wreszcie miałem szansę się odegrania i udowodnić że 12 lat to nie wszystko. Żal mi się go jednak zrobiło i zacząłem go pocieszać. Mowiąc że my przecież jesteśmy na urlopie, a więc nigdzie nam się nie spieszy, że poczekamy na niego. Ostatecznie weźmiemy ten pokój na następną noc. Co to jest byczy omlet? Jak nic przypomina to wielkością wielkiego Buffalo placek, tyle że tych placków było aż dwa, każdy na grubość około ž cala ( na oko 19 mm.). A jajko po kowbojsku to omlet z chyba tuzina jaj dorodnych kur. Do tego biały toast, czarny toast, masło, dżem i masa szynki. Biedny Misio starał się jak mógł ale i tak zjadł tylko odrobinkę z tego wszystkiego. Wreszcie posileni możemy ruszać w drogę. Już na parkingu całuję moją Kruszynkę i składam jej życzenia. Własnie w tym dniu, 26 grudnia, 18 lat wcześniej pobraliśmy się. Jakoś prawie wszystkim wyleciało to z głowy. No ale nie dziwota, kto by pamiętał o takich drobnostakach po 18 latach. Kruszynka jest wyraźnie zadowolona ale i speszona. Oczywiście zaraz po życzeniach stwierdza autoratywnie że ona pamiętała tylko nic nie mówiła aby się przekonać czy ja pamiętam. Akurat, z takim bałachem do Lajkonika, myślał by kto że się przejmę. Ale niech tam, niech ma swoją radość. Zasłużyła na to stokrotnie przez te 18 lat. Tyle czasu wytrzymać z takim chłopem jak ja to istny cud.

A na autostradzie ruch jak chyba nigdy. Jest dzień obniżki w sklepach, wszystko "taniej". A więc farmerzy i mieszkańcy małych miastek walą do Salt Lake City na zakupy. Dobrze że to blisko, że nie musimy w tym potoku aut jechać parę godzin. Miasto nad słonym jeziorem, bo tak brzmi po polsku jego nazwa przeskoczyliśmy dośyć szbko. Jedziemy piękną autostradą, przygotowaną na olompiadę zimową w 2002 roku. Prace drogowe trwają jeszcze w mieście, ale to już za nami. Góry są bardzo blisko, prawie w zasięgu ręki z obu stron. Są przepiękne aż dech zapiera. Ogromne i aż błękitne a czasami złotawe w porannym słońcu i w swej skalnej strukturze. W miarę jak się do nich przybliżamy, robją się granatowe u swych wierzchołków, a nad nimi wiszą ciężkie kotary śnieżnych kołderek. Droga też stopniowo się zmienia. Jest coraz bardziej zaśnieżona a pod warstwą śniegu pojawia się lód. Prędkość gwałtownie spada, już tylko momentami da się jechać powyżej stówy. Przy takiej prędkości i na takiej drodze moja uwaga skupia się tylko na prowadzeniu. Spajam się z moim aucikiem które tak bardzo lubię i tak rozumię. Wiem wszystko o jego zaletach, wiem że wszystkie cztery koła są napędzane, że wszystkie maja t.z. traction kontrol i ABS. Ale wiem też że na lodzie to i najlepiej podkuty koń może się przewrócić. Na całe szczęście w aucie jest spokój, wszyscy już złapali drzemkę, nawet kochane Spocisko popiskuje cichutko przez sen. Jest tak ślisko że muszę zwolnić do 80 km/h. Juz kilka razy czułem jak na zakrętach tył samochodu lekko się ślizgał i zbaczał z toru jazdy. Jak na zawołanie przed nami pojawia się truck z wielką chyba 60 tonową naczepą. Widzę jak ona co chwile odchodzi od osi swego kursu. Strach jechać za takim czymś, jak to się odchyli o jakieś 15 stopni od lini po której posuwa się ciągnik to już nie ma wyjścia. Wtedy tylko jest jedno, ratuj się kto może. Na dłuższym prostym odcinku decyduję się ją wyprzedzić. Gaz do dechy i 299 koni porwało do przodu. Przeszliśmy, nic się nie stało. Teraz tylko odskoczyć od tego potwora na bezpieczną odległość. To jest konieczne, gdyż w sytuacji gdy naczepa dostanie t.z. "jack knife" czyli złamany scyzoryk zmiata wszystko z sąsiednich pasów. A kierowca "traka" aby ją wyprowadzić ma tylko jedno do zrobienia, gaz do dechy. Kto nie widział takiego rozpędzonego do 160-200 km/h "traka" temu jest sobie to ciężko wyobrazić. Ja jednak uciekłem, myślę że i trakowiec sobie poradził.

Nagle zaczyna padać śnieg, wycieraczki pracują na największej prędkości jednak warstwa śniegu pozostaje na przedniej szybie. Włączam więc całe ogrzewanie na szybę. Niewiele to jednak pomaga, lód na szybie się powiększa. Takie coś spotkało mnie dopiero po raz pierwszy w życiu. Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Włączam więc spryskiwacze, ale to tylko jeszcze pogarsza sprawę. To tak jak by do glinnego piasku dolać wody. Nie da rady, muszę stanąć, wyjść i skrobać szyby. To istny szok dla mnie, cały samochód pokryty jest jedną warstwą lodu. Wygląda to tak jak by go ktoś polał wodą na silnym mrozie. Ale przecież jest tylko minus 17 stopni. Proceder skrobania szyb powtarza się z czestoliwością 8-10 mil. Wdoczność maleje, teraz to już nie jest śnieg, to coś mniejszego od grysiku, malutkie odrobinki wody zamarzające natychmiast gdy dotkną szyby, metalu, czy mojego ubrania. Jak to wytłumaczyć, przecież wychodzę z rozgrzanego samochodu a mimo wszystko nim skończę skrobać szybę i lusterka to jestem pokryty warstewką lodu. Teraz zaczynam rozumieć dlaczego piloci tak strasznie boją się oblodzenia. Teraz juz wiem że lód to śmierć, i tak sobie ją właśnie wyobrażam.

Nagle widzę dwóch mężczyzn którzy dają nam znaki do zatrzymania. W rękach trzymają kurtki i machają nimi nad głową. Natychmiast przed oczyma staje mi obraz mojego kumpla. Jego też zatrzymywał człowiek w podobny sposób. Jednak potężny truck nie miał szans się zatrzymać. Biedaki zgineli w płomieniach nie ze swojej winy. Moja noga wciska hamulec do dechy. System ABS pulsuje pedalem z ogromną częstotliwością, moja stopa na nim drga w jakimś koszmarnym pulsowaniu. Wytrzymać, nie puścić i nie wylecieć z drogi, utrzymać kierunek. Dłonie mam mokre od potu, ale stanąłem. Ten bliżej mnie podbiega i prosi o jazdę bo przed chwilą zdarzył się przed nami wypadek. Samochód jadący z przeciwnej strony wpadł w poślizg. Przeleciał nad dzielącym rowem i walnął w traka. Po czem został odrzucony i zepchnięty do rowu. Pytam czy zawezwali pomoc. Tak, maja celluar. Ruszamy bardzo pomału, oczywiście w aucie nikt już nie śpi. Jest cicho i jakoś smutno. Za chwilę widzimy ten wypadek. Na środku stoi truck z rozbitą kompletnie kabiną, a w rowie, w krzakach porozrywane i pogięte w przeokropny spsób stoi auto osobowe. Kilkoro mężczyzn stara się czymś podważyć coś co kiedyś było drzwiami. Nagle z tyłu słyszę Michała,

- "Dad, pomóż im, przecież jesteś mechanikiem, przecież tyle lat jezdziłeś w pogotowiu".

Jak temu 12-to letniemu chłopcu mogę wytłumaczyć że tutaj mieśnie i znajomość budowy samochodu nic nie pomoga. Jak mu powiedzieć że moja wiedza wyniesiona z pracy w pogotowiu i z kursów na nic się nie przyda. Ze tutaj jest potrzebny specjalistyczny sprzęt który tą sprasowaną karoserię otworzy jak puszkę z sardynkami. Gdy jestem juz w połowie tematu tlumaczenia zawiłości udzielania pomocy widzę nadjezdżające z przeciwka auta na sygnale. Widać wyraźnie że auta policyjne zjezdżają na pobocze aby przepuścić poteżne strażacke dwa auta i dwie karetki reanimacyjne. To pomaga mi przekonać Michała. Zrozumiał że nie mieliśmy żadnych szans aby wyciągnąć tych ludzi. Że przy nieumiejętnym ich wyciąganiu przez jakąś szczelinę moglibyśmy im tylko więcej zaszkodzić. Ci policyjni kierowcy też to wiedzieli. A ja im dziękuje że ich postępowanie pozwoliło mi zachować szacunek w oczach mojego syna.

Stopniowo ale bardzo pomału zaczyna się zmieniać sytuacja na drodze. Najpierw nie trzeba skrobać już szyb. Potem nie widać już śniegu i pokazuje się czarna nawierzchnia. Wreszcie śnieg wogóle znika końcówka stanu Idaho się kończy a my wjezdżamy do Arizony. Mamy już za sobą trzy stany USA, a są nimi w kolejnoąci od granicy z Kanadą, Stan Montana, stan Utah, (czyt. Juta) a teraz skończył się stan Idaho, (czt. Ajdacho).

Jak za machnięciem czarodziejskiej rużczki zmienia się krajobraz za szybami. Pojawiają się miedziano-złote góry, pojawiają się kaktusy. Brak tylko wielbłądów. Ale za to jest karawana Lajkonika. Która teraz może już mknąć prawie bez ograniczeń. No nie zupełnie, ograniczeniem jest szybkość 75 mil na godzinę, to prawie 120 km/h. Ale my i tak jedziemy szbciej. Reguła jest że żaden policjant Cię nie zatrzyma gdy prędkość jest przekraczana o nie więcej jak 10% a więc w tym wypadku o 7.5 mili.

Nagle z za zakrętu pojawiają się znaki nakazujące zmniejszenie prędkości do 65 mil, za chwilę do 55 mil a potem do 45 mil. Czyż oni zgłupieli, droga prawie prosta jak drut a oni dają takie restrykcje. Ale nie, oni wiedzieli dlaczego to robią. Otóż nagle następuje stromy zjazd a zaraz potem seria zakrętów. Takie zakręty w jezyku rajdowców nazywają się agrawkami. Jest ich niezliczona ilość. Zresztą kto ma czas je liczyć. Chyba tylko ten co zmniejszył prędkość, Lajkonik nim jednak nie był. Pisk opon i przeraźliwy pisk hamulców dorównuje "kwileniu" Kruszynki i chłopaków. Moje dłonie znów są mokre. Ale tym razem wiem że to moja wina, jednak aucik mi pomaga, trzyma się swojej nitki jak pająk. Ani raz nie zarzucił, ani raz nie wypadł ze swojej trajektorni kursu. Myślę że jest tak samo mądry jak aucik naszego Rachy. No można obetrzeć pot z dłoni o spodnie. Sytuacja opanowana, ale już są znaki że przed nami jest podejście na wysokość 3,900 stop. A na dokładkę tablice głoszą że jest to jakiś kanion. Nazwa hiszpańska więc za boga nie wchodzi do głowy. Aucik pnie się do góry sprawnie i szybko. Następne tablice informują, wręcz proszą, aby wyłączyć klimatyzacje bo grozi to przegrzaniem silnika. I rzeczewiście to nie są żarty. Podejście jest bardzo strome i bardzo kręte. Ale jakie widoki! Kamera niestety jest daleko i głęboko w bagażach. Jedynie migawka z aparatu, raz za razem. No nie nawet gdybym miał jeszcze raz jechać po metrowym śniegu to bym pojechał aby to zobaczyć. Takie cuda tylko natura może stworzyć. Wreszcie jest zajzd, ale jaki zjazd. Kontrolka od hamulców na desce pali się cały czas na czerwono. To znak że temperatura klocków przekroczyła swoją normę. Jakim cudem, przecież to są najlepsze carbo-metalic klocki, a jednak. A jednak muszę odpuścić hamulec bo za chwilę z moich drogich klocków pozostanie zwęglony piasek. Samochód nabiera prędkości, już jest 70, 80, 100, 120, a wskazówka cały czas wali do przodu. 100 mil to 160 km/h a do tego jeszcze dochodzą zakręty. Na szczęście kontrolka zgasła, próbuje depnąć i przyhamować, pisku nie słyszę a więc wszystko OK.

Po kilku milach pojawia się równina a zaraz potem napis Nevada. A za oknami skały, piasek i kaktusy, czyli jesteśmy na pustyni. Za chwilę dowiadujemy się z tablicy że do Las Vegas mamy już tylko 125 mil. Okey, ale gdzie tu może być jakieś miasto. Przecież tu nawet kojot zdechnie z pragnienia. A jednak, jednak w tej surowej okolicy, pomiędzy wielkimi kaktusami i spalonym piaskiem wyrosło miasto. Miasto słynne na cały świat. Miasto wielkich pieniędzy, pięknych kobiet i wielu nieszczęść. To miasto stać na wszystko, jest w nim przepiękny hotel o imieniu Palac Cezara, za jedyne 35 dolców za pokój (4 osoby), z darmowym śniadaniem i kolacją. Z darmowymi drinkami. Ba z darmową taksówką na zwiedzanie miasta. Jest przepiękna piramida Heopsa, o wiele bardziej funkcjonalna niż ta prawdziwa, bo w niej można zostać milionerem. Ale przeważnie zostaje się biedakiem. Jest tutaj miniatura Nowego Jorku, w którym podobno mieści się wszystko. W tym mieście mieszka nasz rodak, Ryszard Zambrzycki. Facio który przeszedł wiele imigracyjnych dróg. Był człowiekiem od rozwalania murów, był chyba nielicznym z wilu białych co w centrum N.Y. dał murzynowi w mordę i murzyn miał duży problem by wstać ponownie na nogi. Ba, to jest moja bratnia dusza, to jest driver. Driver wielkiego traka. Rysiu jeżeli kiedyś to przeczytasz to wybacz że Cię nie odwiedziłem. Przyrzekam Ci że się spotkamy i wychylimy jeszcze poteżnego zimnego browca. Jakiem Lajkonik.

No i proszę szanownej wycieczki już mamy Kalifornię. Już jest i bramka której nie wolno przekroczyć nawet z jednym jabłkiem, nawet z połówką cytryny. Przed bramką stoją poteżne kosze gdzie należy wrzucić wszystkie owoce, nasiona, rośliny, ba nawet drzewka. Kogo złapią za koszami na wwożeniu czegokolwiek co jest zabronione to najniższa kara jest 500 dolców. Ale my nie mamy nic takiego. No mamy ziarenka żyta, tyle że one są w płynie, w dobrym mocnym i gatunkowym płynie. Pan inspektor chyba też to wiedział bo tylko machnął ręką i pognaliśmy. A potem, potem to już był tylko nos w mapę, droga I-15, potem 58, potem 405, potem 14, a potem???

A potem to było miasteczko Santa Clarita. A w nim nasza podwórkowa Marzena i jej mąż Paweł, to z polskiego, bo tak naprawdę jest on Paul. Boże co to z fajni ludzie.

Ach żeby nasz Bobuliński wiedział ile stracił nie jadąc z nami. A żebyście widzieli pewną Małolatę jak strasznie wzdychała z rozpaczy że Paul to nie wolny men. Ale Paul i Marzena tworzą doskonałą parę. A ja naprawdę bardzo ich polubiłem. Czy tylko ja???? O tym już niedługo. A na razie koniec. Do jutra kochani.

Santa Clarita

Satelitarne miasteczko w bardzo bliskiej odległości od Los Angeles. Zbudowane w górzystym terenie. Bardzo się rozwijające a co za tym idzie rosnące w nowe ładne domy. Dom Marzeny i Paula pachnie świeżością. Jest duży i bardzo funkcjonalny. Zostajemy ulokowani w dwóch pokojach. Ale nim poszliśmy spać długo trwają nasze rozmowy. Tak zwane "Polaków nocne rozmowy". Paul uśmiecha się co chwilę pod nosem gdy rozmowa zachacza co chwilę o Podwórko i ich uczestników. Ponieważ rozmawiamy po angielsku to rozumie wszystko. Będąca u nich w gościach siostra Paula zadaje mi pytanie jak powstało podwórko. Mam kłopot jej to wytumaczyć. Przecież to nie tylko otwarcie listy i ogłoszenie "naboru". Tu jeszcze dochodzi jakieś wewnętrzne odczucie. Przecież było już tak wielu ludzi na Podwórku co po kilku dniach z niego uciekli. Jakoś jednak ja przekonałem się że to nie tylko pisanie, że to w pewnym rodzaju jest bakcyl i nałóg. Ranek który wstał był przepiękny. Nareszcie jest ciepło i nie ma śniegu.

Po śniadaniu Kruszynka zabiera się z Marzeną do robienia pierogów. Michał który się nudzi doskakuje do nich co chwilę i pomaga wycinać krążki z ciasta. A ja, cóż ja siedzę przed kompem i czytam listy z Podwórka. Wysyłam też widomość gdzie jesteśmy i co robimy. Potem jest smaczny obiad i słodkie lenistwo. Słodkie dla mnie bo nic nie robię.

Za to Paul został naciągnięty przez chłopaków na spacer i pójście do parku aby pograć w kosza. To jednak jest silny mężczyzna i nie dał się zamordować tym dwom urwisom. Podbił ich serca. A Michał jest nim do tej pory zachwycony. Zbliża się wieczór i czas wystartować dalej. Do przejechania mamy tylko około 30 mil, to jest bardzo niedużo w porównaniu z drogą która została za nami. Jadąc do Najmitów rozmawiamy z Kruszynką o wielkiej serdeczności tego domu który dopiero co opuściliśmy. Z dokładną mapą zeskanowaną przez Paula idzie nam znakomicie po tych drogach - mołochach. A jednak, jednak się zgubiliśmy. Zamiast skrecić w prawo na zachód skręciliśmy na wschód. To jednak jest już wina oznaczenia drog. Są naprawdę inaczej znaczone niż w Kanadzie. Mieliśmy wjechać na drogę nr. 101, były dwa wjazdy, jeden oznaczony jako "południe" A drugi jako "północ". Myślę sobie jaka cholera jak ja mam jechać na zachód. Z północy to ja przyjechałem, wjezdżam więc na wjazd południowy, akurat nie w ten w który powinienem. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się że jadę w odwrotną stronę. Ba ale jak tu z tego mołocha zjechać. Tu jest siedem pasów, na każdym pędzą samochody z minimalną prędkością 75 mil na godzinę. Aby zmienić pas musi się ostro przyspieszyć i wcisnąć pomiędzy jakąś lukę między autami na pasie sąsiednim. Na całe szczęście nie są to godziny szczytu. Po zjechaniu na jakąś stację benzynową dzwonię z komórki do Iwony i naświetlam jej sytuację. Jej dokładne informacje pozwalają mi na zorietowanie się w sytuacji i odnalezienie właściwego kierunku. Pomyłka nastąpiła ponieważ jezdnie są oznaczone jako strona północna i południowa. Ja miałem jechać nitą północną która właśnie prowadzi na zachód. Ale skąd mogłem to wiedzieć. Teraz już idzie wszystko fajnie, po następnych 10 minutach jesteśmy na ulicy Iwony. Ba ale jak znaleźć ten dom.

Zatrzymuję auto i razem z Maćkiem idziemy szukać numeracji domów. Okazuje się że numery domów są napisane na krawężnikach. Zdziwiony stoję i patrzę na ten system numeracji i nagle słyszę;

- Andrzej? Tak to ja, a Ty chyba jesteś Iwona.

Padamy sobie w ramiona. Jakim trafem zatrzymaliśmy się o jeden dom dalej od domu Iwony i Piotra.

Zaraz też zawracam i wjezdżam na plac przed garażem. Najpierw jest przywitanie a potem przeniesienie części ładunku do domu. Oprócz nas jest jeszcze jeden gość, też zresztą z Kanady, tyle że z jej wschodniej części. W salonie stoi prawdziwa choinka. Świecą się na niej lampeczki i odbijają się w bombkach. Dom jest duży i przestronny. Iwona z typową polską gościnnością zaraz zastawia stół. Na nic się zdają tłumaczenia że dopiero co jedliśmy u Marzeny, że nie jesteśmy głodni. Mamy siadać i jeść, cóż robić, siadamy i jemy. Potem następują rozmowy i wejście na Podwórko. Z tym ostatnim nie ma problemów, w pokoju obok stoi ich aż cztery. To jest królewstwo Iwony i Piotra. Ale chyba w większości Piotra. On z zawodu jest komputerowcem. Pracuje jako projektant jakiś tam chipów do tego właśnie sprzętu. Niestety dla mnie to ciemna magia i choć tłumaczy mi co i jak to ja i tak nic z tego nie rozumię. Pijąc piwko podziwiam jak sprytnie mu idzie umieszczanie zdjęć z kamery digital w sieci. Zato Maćiek już połapał się w tym wszystkim i zaraz zaofiarował swoją pomoc. Pracują na dwóch kompach i odwalają to z taką prędkością że nie mogę wyjść z podziwu. Wreszcie czas iść spać, drugi dzień świąt już dawno się skończył. Jest już chyba coś koło 2 w nocy gdy udajemy się do swojego pokoju. Nim zasypiam wracam myślami do drogi jaką pokonaliśmy. To naprawdę kawał drogi. Ale najważniejsze że dojechaliśmy. Jutro czekają nas nowe przygody. A może zrobimy sobie dzień wolny, bez jazdy i ruszania się gdziekolwiek. Pomału jednak ogarnia mnie senność i chyba za chwileczkę już chrapałem.

Sylwester

Dzisiaj już jest 30 grudnia. A więc jeszcze jeden dzień i pożegnamy się że starym rokiem, a przywitamy ten rok przejściowy. Ostatni rok tego stulecia. Ale na razie mamy jeszcze dzisiaj, a dzisiaj mamy wiele do dokonania. Najpierw oczywiście śniadanie. Przyrządzone przez Iwonę smakuje wyśmienicie. Aromatyczna gorąca kawa pokrzepia duszę i ciało. Potem następuje moment załadunku.

Rany, ile tego wszystkiego jest! Pomału upychamy cały sprzęt i jedzenie do naszych samochodów. Została jeszcze do "spakowania" choinka i karnistry z benzyną i wodą. Choinkę ładujemy na czterokołowy motocykl Yamaha, jadący na przyczepie. Na tej samej przyczepie upychamy jeszcze karnistry.

No i wreszcie wyruszamy. Piotr swoim Jeepem ciągnie właśnie przyczepę z naszym czterokołowym motorem. Ten pojazd jest niezbędny w miejscu do którego zmierzamy. Przed nami do pokonania ponad 180 mil. Kawał drogi, jak na razie łatwej chociaż w szybkim bardzo tempie. Nie wolno zapominać że ciągle jesteśmy w Los Angeles. Ruch na autostradzie jest bardzo duży, prędkość pojazdów też. Przecież tutaj nikt nie porusza się z prędkością 75 mil na godzinę. Wszyscy prują o wiele szybciej, chciałbym tutaj zobaczyć naszego Maluszka czy nawet Poloneza, nawet sobie to jest ciężko wyobrazić. Pomału mija godzina za godziną, wreszcie na horyzoncie pokazuje się brązowo-ceglasty łańcuch gór. To jest nasze przeznaczenie, właśnie te skały, które są już na granicy z Meksykiem. Przejezdżamy koło potężnego jeziora, niestety martwego. Iwona opowiada nam jego historię powstania. Otóż woda do Kalifornii jest doprowadzana kanałami. Kiedyś woda przerwała wały takiego kanału i wylała. Przez niedbalstwo służb dozoru powstało właśnie to jezioro. Jest ono naprawdę wielkie ale również i martwe. Przez lata spływają do niego wszelkie świństwa, łacznie z solą i nawozami z pól pomarańczowych czy lasów palm daktylowych. Całe życie w tym jeziorze przestało już dawno istnieć, i właściwie to nie wiadomo po co to jezioro istnieje. Niestety jest już za późno aby to cofnąć. Ono po prostu jest za duże.

Po pewnym czasie wjezdżamy w twardy skalisty teren górski. Kamienista i pełna wybojów droga kończy się za chwilę. Teraz już poruszamy się po terenie gdzie drogi nie było, nie ma i chyba nigdy nie będzie. Tutaj już nie każdym autem można wjechać. Potrzebne jest wysokie zawieszenie i wskazany napęd na cztery koła. Wreszcie Piotr się zatrzymuje, Iwonka informuje nas że jesteśmy na miejscu.

- Cholewcia! - myślę sobie, wszystko OK, tylko jak odnajdą nas tutaj inni uczestnicy sylwestrowego balu. Późniejsze fakty pokazały że wcale, a wcale nie musiałem się o to martwić.

Narazie jednak przystępujemy jak najszybciej do rozpakowywania naszych pojazdów. Szczególnie mój musi być szybko rozładowany i przejżany. Zaraz czeka mnie powrót do Los Angeles na lotnisko i z powrotem. To jest ładny kawałek drogi, w jedną stronę ponad 200 mil, czyli ponad 320 kilometrów, no i drugie tyle samo z powrotem. A przecież już mam za sobą ponad 180 mil. Z różnego rodzaju pakunków powstaje wcale nie mała piramida. Jutro będzie co robić!

Kilka minut po szóstej razem z Iwoną startujemy w drogę na lotnisko w L.A. Jest to naprawdę dla nas wielka chwila. Otóż do naszej paczki dołącza podwórkowa banda pod wezwaniem "TWA" z Poski i Florydy. Dokładnie mają wylądować o 10:50 pm. Tutejszego czasu. W skład "TWA" wchodzą: Bania P. z Polski, Racha - życie jest krótkie a pić się chce, też z Polski. Oraz Ośka, czyli światowej sławy kelnerka z najpożądniejszej knajpy na świecie "Ziuta". Jestem tak podniecony poznaniem tych, co prawda znanych mi z kompa osób że zapominam co chwilę o limicie prędkości. Dobrze że Iwona co chwilę przywraca mi świadomość swoim głosem, "ej Lajkonik zwolnij nieco." No i rzeczywiście jest z czego zwolnić. Prędkość dozwolona została przekroczona o ponad 20 mil. Na całe szczęście Iwona mnie opamietała, ale jakiś inny "zamyśleniec" się nie opamiętał i za sekundę, nie wiadomo z kąd wyskoczyła dyskoteka. Tak właśnie można okreslić policyjne auto patrolowe na autostradzie. Niezliczona gama kolorów świateł czerwonych, niebieskich, pomarańczowych, a do tego te przeraźliwe syreny o wielu tonacjach. No ale na szczęście to nie o mnie chodziło.

Wreszcie jesteśmy na lotnisku. Boże cóż to za mołoch. Już ponad 20 minut jeździmy w koło i nie możemy znaleść ani miejsca na parkingu ani właściwego terminalu.

Wreszcie parkujemy na terminalu odlotów a my musimy iść przecież na przyloty. A do przylotu "TWA" czyli już zdradzę ten skrót, Towazystwa Wzajemnej Adoracji, mamy już nie wiele minut. Iwona jakimś siódmym zmysłem odnajduje właściwe korytaże i piętra. Wreszcie przechodzimy przez ostatnią kontrolę, i możemy czekać przy drzwiach od rękawa prosto z samolotu.

Wreszcie są, moja Banieczka przechodzi koło mnie nawet mnie nie poznając. A przecież od naszego ostatniego pożegnania minęło dopiero pięć miesięcy i trochę. Ale nie, Ona jest tylko zaszokowana tym lotniskiem, tym tłumem, no i pewnie bardzo zmęczona.

Poznaje mnie jadnak, wpadamy sobie w objęcia. Jejku jak to strasznie miło przytulić się do kogoś z kim przejechało się kilkanaście tysięcy kilometrów, spało się na ziemi, jadło czasami podsuszony chleb. To moja bratnia dusza, a za chwilę poznaję następne dwie takie dusze. Pierwszy jest Racha, potężne chłopisko. Od razu widać że ten to może wypić, i też może, oj może. No i jest Ośka, jejku ona naprawdę jest taka ładna, chyba ładniejsza niż na wszystkich zdjęciach. Wcale się nie dziwię że co drugi chłop głupieje na jej wygląd. Sam bym chyba zgłupiał gdyby nie to że mam jeszcze tej nocy pokonać następne 200 mil. A Iwona stoi i się nam przygląda. Ona jeszcze chyba nigdy nie widziała jak się witają podwórkowicze. Ale komu w drogę temu czas. Jeszcze tylko odebrać bagaże i wyruszamy. Niestety nie tak szybko. Najpierw ja dostaję piękny prezent od Rachy. Jest nim przepiękna szabla polska, t.z. batorówka z XVII wieku. Jak ten Żul to przeszwarcował przez te wszystkie granice, to pozostanie chyba jego słodką tajemnicą.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie i wyruszamy w powrotną drogę. Minęło trzy godziny, 200 mil pozostało za nami. Nasi serdeczni przyjaciele są razem z nami pod granicą z Meksykiem. Wokół nas tylko skały i pustynia. Księżyc który świeci stwarza niesamowite wrażenie. Całkowitą ciszę przerywają tyko stęknięcia pękającego drewna w ognisku.

I nagle pojawia się Piotr i Kruszynka, a razem z nimi przychodzi potężna ponad litrowa flacha doskonałej pieprzówki przyrządzonej przez Piotra. Zmęczenie ucieka gdzieś w zapomnienie a w nas wstępuje nowe życie. Czy nie za wcześnie??? Przecież nowy rok ma przyjść dopiero za kila godzin, no za kilkanaście, ale i tak już mamy 31 grudnia 1998 roku 3:30 nad ranem. Dla nas sylwester się już zaczął.

Był rok, niech żyje nowy rok

Jest już prawie rano gdy zmęczona podwórkowa banda podejmuje decyzję udania się na zasłużony spoczynek. Oczywiście miejsca do spania zostały już wcześniej uzgodnione. I tak Bania P. wraz z Ośka udają się na poranny nocleg do mojego aucika. Na dużych kanapach powinny się wyspać w miarę wygodnie. Bania P. nie ma się co przejmować. Przecież spała w tym aucie przez czałe trzy tygodnie wojażu po Alasce. Nie wiem tylko jak zniesie te warunki Ośka. Kruszynka otwiera pochód drugiej grupy. W jej skład wchodzą, właśnie Kruszynka, przewodniczka, Racha, przerówny gościo z Polski, za nim człapie Lajkonik, czyli karawany driver, a pochód zamykają juniorzy Lajkonika, Maćiek i Michał. Razem cała piątka. Idziemy dusić komara do namiotu. A namiot jest potężny. Niby wyprodukowany na sześć osób ale o rozmiarach naszej podworkowej Mańki. Będziemy więc spać wygodnie. Przynajmniej Racha i ja. Nam chrapanie nasze po prostu nie bedzie przeszkadzać. Kruszynce pewnie też, ale to za sprawą przyzwyczajenia a także i Piotrowej pieprzówki. A chłopaki, cóż oni na pieprzówkę jeszcze za młodzi. Ale dzięki temu są bardziej zmęczeni od nas więc i spać będą jak susły. Leżąc już w ciepłych i przyjemnych spiworkach wymieniamy jeszcze ostatnie grzecznościowe dobranoc, a chyba powinno być "dobre rano".

Rano, jest rzeczywiście rano, dochodzi prawie ósma. Cholera że ten moj francowaty budzik zawsze musi chodzić prawie punktualnie. Czuję że powieki mam ołowiane, głowa o wymiarze 6 na 9, kaczor na 102, jak czołg z czterech pancernych, ale o spaniu już mowy nie ma. Wiem doskonale że nic teraz już nie pomoże przewracanie się z boku na bok, liczenie baranów czy inne zaklęcia. Trzeba wstawać i już. Zazdroszczę moim sasiadom z prawa i lewa zbieram się z kupką moich ciuchów na zewnątrz. Tam ubierając się z radością stwierdzam że nie tylko ja nie mogłem dłużej spać. Otóż przy stole krzata się już bratnia ranna dusza, czyli Iwona we własnej osobie. Przywitanie idzie w parze z kubkiem gorącej kawy. Rany jak to smakuje, jest gorąca i bardzo mocna. Wypijam ja jednym duszkiem i zaraz nalewam sobie następny kubek. Jeszcze tylko papierosek i czuję jak wraca we mnie życie. Iwona smieje się że mnie i mowi tradycyjne:

- "a nie mowiłam że bedzie kac"
- No co Ty Iwonko, jaki kac?
- czuję się znakomicie, tylko wiesz pić się chce.

Jej odpowiedzia jest śmiech, śmiech który biegnie chen daleko w czekoladowe góry i czekoladową kamienno-piaskową pustynię. Jesteśmy w zasadzie tylko we dwójkę, przecież reszta jest spowita marą senną. Iwona opowiada mi jak z Piotrem trfili w to miejsce. Jej opowieść uświadamia mi już po raz któryś z rzędu że jesteśmy z tej samej gliny ulepieni. To naprawdę duże szczęście że są tacy ludzie którzy kochają przyrodę, którzy szczęście widzą w odpoczynku w dziczy, daleko od zgiełku, wrzaskliwej dyskotekowej muzyki turystów w stylu "wypoczynek w Sopocie, w Zakopanym czy w Banff".

Dzisiaj czeka nas jeszcze masa roboty a potem cała noc zabawy. Należy więc stać się swinią i zarządzić pobudkę dla reszty podwórkowej bandy. Ten nieprzyjemny a i niebezpieczny obowiązek spada na moje barki. Jako wytrawny traper wiem że najłatwiej budzą się organizmy nie zmęczone procentami. Zaczynam więc od moich chłopaków, potem wielki buziak dla Kruszynki a także oszukaństwo z czasem pomaga mi w "get up" mojej małżonki. Przychodzi kolej na Rachę, ale z nim nie idzie tak łatwo. Od razu widać że to twardy zawodnik, najpierw słyszę, "tak, tak, juz wstaje". Gdy jednak ja nie daję za wygraną i dalej go namawiam do wstania ripsota jest naprawdę warszawska, "Lajkonik, idz w pi…du". Che, che, panie Racha, nie ze mną te numery, wstawaj i bierz się za robotę. Mamy jej bardzo dużo więc nie truj d…y tylko zrywaj się z wyrka. O dziwo to skutkuje i Racha wstaje w namiocie w swej całej wielkiej okazałości. Ja walę dalej, delikatne pukanie w okno naszego autobusiku stawia najpierw Ośkę na nogi, a zaraz za nią i Banieczka się podnosi. A więc najważniejsze mam już za sobą. Teraz szybko zjeść śniadanko i brać się za robotę. A jest jej naprawdę dużo. Wreszcie robota skończona, na szczycie wysokiej góry wisi polska flaga. Druga taka sama rospięta jest na skale na przeciwko. Nad pustynną salą balową wisi na specjalnych linkach masę kolorowych balonów nadmuchanych płucami dziewczyn i Rachy. Pomiędzy nie zostało porzeplatanych masę kolorowych lampek. Takich samych jakie używa się do ozdoby choinek. Przed miejscem gdzie będzie się paliło ognisko jest potężna kupa gałęzi i konarów. Stoliki i krzesła roztawione w części restauracyjnej.

Jednym słowem wszystko jest na swoim miejscu. Zaczynają się zjazdżać pierwsi goście. Jeden z pierwszych przybyszy gubi drogę i zakopuje się jeepem po same osie. Wyruszam wiec z Iwona z odsieczą ratunkową. Z trudem wyciągamy go z tego paskudnego piasku. A swoją drogą nie mogę pojąć jak można się tak zakopać samochodem z napędem na cztery koła. Ludzi jest coraz więcej, jest już Marzena z Paulem i córeczką Magdusią. Są ludzie z Chicago, z Nowego Jorku, z Seatle, i jeszcze z kądeś tam. Zjechało się masę rodaków i nie tylko. Wreszcie zaczyna się sciemniać, czas na włączenie agregatu. Zapali, nie zapali. Zapalił, a nad naszą piaskową salą balową rozbłyska masa kolorowych światełek. Potężnej mocy reflektor oświetla naszą narodową flagę na szczycie czekoladowej góry w Kalifornii. Co tu dużo mówić, każdemu z nas w tamtej chwili zakręciła się łezka w oku.

To już dziesiąty sylwester Wolnych Najmitów w Czekoladowych górach. Zawsze organizowany przez Iwonę i Piotra. Chwała i dzięki im za to. Około dziesiątej wieczór tradycyjnie już przyjezdżają do nas tutejsi amerykańscy goście. Przyjezdżają przedziwnymi pustynnymi pojazdami żywcem wyjętymi z sensacyjnych amerykańskich filmów. Są bardzo serdecznie witani i odrazu dostają tradycyjnego karniaka. A polewać jest naprawdę czym. To co stoi na stole to doskonała porcja na otwrcie dobrego sklepu monopolowego. Wyżerka też jest znakomita i nie jedna doskonała restauracja by się tego nie powstydziła. Jest dosłownie wszystko, od doskonałej szynki, poprzez polskie kabanosy, różnego rodzaju sery, ryby w galarecie po grecku, żydowsku. Jest barszcz czerwony i pierogi. No i masa ciast różnego rodzaju. Jest też potężna waza znakomitego ponczu. Wszystko to przywieźli uczestnicy tego spotkania.

Z głośnikow płynie muzyka wszyskich krajów i wszystkich rodzajów. A humor dopisuje wszystkim. Rozmowy toczą się w wielu jezykach. Oczywiście dominuje język polski. Ale ludzie rozmawiają i po rosyjsku, i po niemiecku no i po angielsku. Na parkiecie panuje wielki ruch, no i jest wielki kurz. No bo przecież nasz parkiet jest piaskowy. Niewiadomo kiedy zaczęła się zbliżać dwunasta. Zaczyna się odliczanie, dziecięć, dziewięć, osiem... Wreszcie potężne hura wyrywa się z wielu gardeł.

Teraz zaczynają się toasty, korki od szampanów strzelają w górę i zaczyna się składanie życzeń. Jest naprawdę serdecznie, miło i radośnie. My Podwórkowicze stoimy w grupce i nie wierzymy własnym oczom. Jeszcze nikt z nas nigdy nie przeżywał czegoś takiego.

Składamy sobie serdeczne życzenia i przyżekamy dozgonną przyjaźń. Nad wielką kalifornijską pustynia rozlega się wielki krzyk:

- Niech żyje Polskie Podwórko!

Wsród dorosłych niezmordowana młodzież uwija się z butelkami szampana i napełnia wypite wcześniej kubki. Właśnie kubki a nie kielichy. Tak tutaj jest, pije się w kubkach, a bawi się w dzinsach i adidasach. Tutaj nikt w smokingu nie czuł by się swobodnie i naturalnie.

Jest chyba 20 minut po północy jak zaczyna nagle wiać potężny wiatr. Z każdą minutą jego prędkość i siła się wzmaga. Tak radośni uczestnicy nagle zaczynają się rozbiegać do swoich namiotów. U jednych zadziałał instykt, u drugich wyobraźnia. Ale u większości doświadczenie. Już wszyscy wiedzą że to nie zwykły wicherek, wiedzą że właśnie zerwała się pustynna burza piaskowa. Ja rozglądam się za chłopcami, wreszcie ich odnajduję skulonych przy aucie. Jest Racha, jest Ośka, gdzie jest Bania i Kruszynka. Ale nie mam czasu za nimi się rozglądać. Dobrze że agregat stoi za górką, która osłania go od wiatru. Cała paczka, (Ośka, Racha, ja i chłopaki) ruszamy do namiotu. Wiatr jest tak silny że aby posuwać się do przodu musimy się zgarbić prawie do ziemi. Piasek wciska się wszędzie, wreszcie docieramy do namiotu. Jego elastyczna konstrukcja z trudem utrzmuje się w całości. Gdy łapiemy za maszty i szpilki następuje chyba kulminacyjne udeżenie.

Siła wiatru jest tak duża że uderza nas razem z namiotem o ziemię. A przecież aby go utrzymać wkładamy w to wszystkie swoje siły. Kątem oka widzę jak Ośka co chwilę jest przewracana przez wiatr, widzę Rachę który w wielkim rozkroku stara się przycisnąć maszt namiotu do ziemi, widzę chłopców którzy uczepieni do następnego pałąka fruwają jak chorągiewki na wiatrze. I ja, wcale nie byk, zaledwie około 70 kg. jednak coś tam ważący, czuję jak wiatr rwie mnie do góry, moje stopy tracą przyczepność z podłożem. Wysiłek jaki wkładam w to aby uczymać swoją część namiotu przyprawia mnie o zawrót głowy i wystapienie t.z. siódmych potów. Gdy wydaje mi się że wreszcie wiatr ucicha, gruba aluminiowa rurka gnie się jak miedziany drucik. Zabrakło kogoś kto by ją zabezpieczał. Wiatr najpierw ja zgiął a potem porwał płótno namiotowe na kawałki. A w namiocie są przecież nasze bagaże, a w nich nasze paszporty, pieniądze, karty kredytowe. Jeżeli nie zdołamy się oprzeć temu wiatrowi to poniesiemy duże straty. Jak Racha dostanie się do Polski, jak my powrócimy do Kanady. Jedyne wyjście to złamać namiot tak jak odcina się żagle. Krzyczę więc do Rachy, przewracamy się z namiotem na zimię i tak go trzymamy, nie możemy dopuścić do tego aby nas z nim porwało. Czy mnie zrozumiał???

Nie wiem, ale czasu na nastepną instrukcję już nie ma. Wiatr jest coraz silniejszy dmuchający mi prosto w plecy. Walę się całym ciałem na maszt, on utraciwszy moją pomoc w utrzymywaniu się w pione, łamie się jak sucha zapałka. Widze że Racha robi to samo, a więc usłyszał mnie, zrozumiał o co teraz walczymy. Ośka i chłopcy nie mieli wyjścia, zrobili to samo. Teraz już wicher nie ma na swojej drodze tego wielkiego czerwonego ekranu, hula i gwizdże po całej pustyni. Wreszcie przycicha, odchodzi gdzieś dalej. Podnosimy się wszyscy, widok jaki się przed nami rostacza jest tragiczny. Powywracane i połamane namioty. Ludzie plujący i smarkający aby się pozbyć piaskowj mąki jaka wcisnęła się dosłownie wszędzie. My sciskamy sobie ręce i gratulujemy sobie. Co prawda namiot szlag trafił ale ocalały nasze bagaże. Wyruszamy na szukanie innych uczestników naszego sylwestrowego balu. Wszyscy są zdrowi i cali, całe szczęście burza piaskowa to nie śnieżna lawina.

Straty sa jednak duże, wielu ludzi ma zniszczone namioty. Kilka osób straciło je wogóle. Porwał je wiatr i pociągnął za sobą. Ale humory dopisują wszystkim, ważne że nikomu nic się nie stało. Coprawda stół został zdemolowany, wiele talerzy i szklanych naczyń szlag trafił ale butelki ocalały, agregat pracuje a więc zabawa trwa nadal. A co, a jak, albo jest sylwester, albo go nie ma. Prawdę powiedziawszy wszyscy plują piaskiem przed wypitką i po niej. Ale wiadomo że alkohol nawet piasek zdezynfekuje. Ważne że nerki i wątroba są na starym miejscu. Wreszcie około czwartej trzydzieści zmęczenie, wyżerka, no i ten "mały" wiaterek zaczyna powalać ludzi z nóg. Kruszynka wciska się pod zwaloną płachtę namiotu że słowami, - "życie jest piękne, kochać się chce, ale spać się musi".

Racha z niedopitą butelką w ręce szoruje do aucika karawany, a za nim biedne dziewczyny które myślą cały czas jak tu się poukładać żeby i miejsca dla "gościa" trochę zostało.

A ja przełmuję buławę głównodowodzącego. Iwona i Piotr powiedzieli mi tylko.

- Lajkonik ty jesteś teraz panem na śmieciach.

Łatwo powiedzieć, trudniej to zrealizować. Młodzież która wcześniej trunków nie nadużywała teraz zaczyna brać się za nie bardzo poważnie. A młodzież jest młoda (20-24) i strasznie spragniona. Wreszcie Lajkonik wpada na pomysł. Prosty pomysł, chowa benzynkę do agregata, gasi maszynę, a potem lekko luzuje świece aby go nie można ponownie zapalić. Watpliwe jest że "małolaci" zetną się co jest grane.

Nie scieli się, zresztą to bardzo grzeczna młodzież. Wystarczyło że stwierdziłem że się skonczyło paliwo a w ziązku z tym należy iść spać. Jedynymi oponentami byli moi synowie. Wiadomo, mieli czas aby poznać metody starego. Ale spać i tak poszli tyle że do znajomych, a ja grzecznie wczołgałem się pod płachtę połamanego namiotu i za chwilę głośno chrapałem.

I tak powitaliśmy nowy 1999 rok, jeszcze nigdy nie przeżyłem takiego sylwestra a przecież mam już ich za sobą dość dużo.

Być może następny już 2000 sylwester też tam spędzę. Ale bez względu na moją obecność polecam go wszystkim, bo jest to naprawdę coś wspaniałego i niepowtarzalnego.

A stworzyło to zaledwie dwoje ludzi, Iwona i Piotr. Dzięki Wam za to moi wielcy Przyjaciele.

Ameryka