
Jak blisko? Kiedy i w jakiej sytuacji najbliżej, o ułamek sekundy, o milimetr byłeś od śmierci? "Własnej śmierci. I czy w ogóle byłeś w takiej bliskości? Przypuśćmy, że pomyślisz trochę, coś sobie przypomnisz. Czy wtedy - zastanowisz się - rzeczywiście byłem najbliżej śmierci? Chyba nie. Chyba było to znacznie później, gdy... Krótko mówiąc, chodzi o to, żeby odnaleźć okoliczności, moment oraz miejsce, w których byłeś najbliżej śmierci, ale uniknąłeś jej. Okazuje się, że ma to pewne znaczenie.
"Weźmy na początek mnie, piszącego. Proszę? bardzo, ja dobrze wiem, kiedy to było. Pamiętam, że uwiodłem młodą i śliczną mężatkę, żonę krewkiego oficera z pobliskiego garnizonu. Pewnego dnia - głupia kobieta - w przystępie słabości, a może jakiegoś idiotycznego wyrzutu sumienia czy czegoś tam jeszcze - diabli wiedzą - opowiedziała o wszystkim mężowi. Ten zamknął ją w ciemnej piwnicy, naładował swój oficerski pistolet, zaryglował wszystkie wejścia do domu i wyruszył na spotkanie ze mną. Dobrze wiedział, gdzie mnie znaleźć; niemal każdego wieczoru popijałem w pewnym barze.
A co ja na to? Siadam przy kontuarze, zamawiam wódkę i zaczynam bezczelnie wpatrywać się w oficera, który zaraz płaci i rusza w stronę wyj ścia, ale musi przejść obok. Kiedy jest już blisko, szybkim ruchem chwyta mnie wielką dłonią za połę, marynarki, tuż przy szyi, wydobywa pistolet, przystawia mi luf do czoła i syczy; - No i co teraz zrobisz, śmierdzielu?
Patrząc rnu prosto w oczy, odpowiadam: - Po pierwsze, nie jestem żadnym śmierdzielem. Po drugie, daj sobie udzielić pewnej rady. Oficer zaczyna drżeć i mruży oczy, więc myślę, że to już jest moment, w którym naciśnie na spust, ale nie, on tylko przyciska lufę do mojego biednego czoła, wgapia się we mnie i słucha. A ja ciągną dalej:
- Oczywiście, wiesz, oficerze, że jeśli palniesz mi w łeb - mądrzę się, wytrzeszczając oczy - już nigdy nie będziesz oficerem. Zginiesz za kratami, ale... podejrzewam, że nie dbasz teraz o to? że w tej chwili jest ci to zupełnie obojętne, bo cały zamieniłeś się w jedno wielkie pragnienie. Pragnienie zemsty. Prawda? Jednak zemsta, której zamierzasz dokonać, nie zda się na nic, a to dlatego, że problem nie tkwi we mnie, ale w tobie, oficerze. W tobie, skoro twoja młoda i śliczna żona daje dupy innemu. Ty jesteś winien wszystkiemu, dlatego powinieneś skierować lufę swojego pistoletu w przeciwną stronę. Oto moja rada.
Oficer zaciska oczy i już strzela, jestem tego pewien, rejestruję nawet raptowne usztywnienie jego ręki dzierżącej broń - charakterystyczne w sytuacji, gdy profesjonalnie oddaje się strzał z pistoletu - ale nagle ta ręka opada. Oficer stoi wciąż nade mną jak kat, ale rękę trzymającą pistolet ma opuszczoną, zwalnia też uścisk poły mojej marynarki, za to zaciska z całej siły oczy, po czym otwiera je szeroko i nie patrząc już na mnie, rusza ku wyjściu. Wychodzi!
Naprawdę trzeba mieć dużo zimnej krwi, żeby z lufą przy stawioną do głowy wypowiedzieć takie słowa. Oczywiście, uważałem się za wielkiego twardziela, ale nie aż tak wielkiego. Poczułem się, jakby ktoś za mnie przemawiał, moimi ustami i moim głosem, ale jakbym to nie był ja, przed chwilą, gdy mówiłem gotowemu na wszystko, owładniętemu żądzą zemsty człowiekowi o jego ślicznej i młodej żonie, która "daje dupy innemu". Myślę, że właśnie przy tych słowach byłem w całym swoim życiu najbliżej śmierci. Niemal dostrzegłem ją, byłem tak blisko, że przez chwilę poczułem ją w sobie.
Oficer wychodzi, a barman pyta mnie, czy ma wezwać policję. Zaprzeczam ruchem głowy i zamawiam kolejną wódkę. Gdy mi ją po-daje, nagle ogarnia mnie słabość, jakiej nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem, słabość fizyczna, wręcz wegetatywna, która paraliżuje wszystkie moje mięśnie i nerwy. Muszę wyglądać okropnie, gdyż barman wychodzi zza baru i pomaga mi usiąść na stołku. Ledwo mogę chwycić dech w piersi i łapię się krawędzi blatu, myśląc ostatkiem sił, że gdyby oficer wszedł teraz do baru i ponowił swoją groźbę, pewnie padłbym przed nim na kolana i błagał o litość.
Na szczęście jest już daleko i nic nie wie o mojej słabości. W całej tej historii najważniejsze okazało się doświadczenie owej słabości - wcale nie spotkanie z groźnym oficerem i jego pistoletem - nagłej i bliskiej omdlenia słabości, która, jak sądzę, dosięga każdego trafiającego w bezpośrednią bliskość śmierci. Każdego.
A oto relacja pewnego robotnika rolnego, którego poznałem, gdy wynająłem się do pracy przy robotach ziemnych na terenach depresji, w północnej części kraju. Sam zrelacjonuję jego wspomnienie, gdyż chłopina ledwie potrafił sklecić dwa zdania i musiałem długo wyciągać z niego, jak sprawy się miały.
Pracowaliśmy parami, w ciężkich warunkach, po kolana w wodzie i w błocie, usuwając drzewa i krzewy pod przyszły wał. Robotnik rolny, o którym mówię, był ogromny, stary i bardzo silny, i bez słowa sprzeciwu brał na siebie najcięższe roboty, więc każdy chciał z nim pracować. W ogóle się nie odzywał. Któregoś dnia, gdy pracowaliśmy razem, w przerwie poczęstował mnie zupą, którą mu żona w kance przynosiła z sąsiedniej wsi. Kiedy jedliśmy zupę, zauważyłem, że ma dziwny ślad na czole - prostokątny kawałek odbarwionej i pozbawionej zmarszczek skóry. Spytałem, skąd mu się to wzięło.
Odpowiedział, że dawno temu, gdy był jeszcze młodym robotnikiem rolnym, pracował przy załadunku darni. W nocy była ulewa i grunt zrobił się grząski, wóz osiadł w nim, zapadł się aż do połowy kół. W takiej sytuacji można albo zwalić z powrotem cały ładunek i wtedy ciężarówka może zdoła ruszyć i dojechać do drogi oddalonej kilkanaście metrów, albo czymś ją wyciągnąć wraz z ładunkiem. Kierowca poszedł na poszukiwanie pomocy. Po jakimś czasie nadjechał wojskowy ciągnik na gąsienicach przeznaczony do holowania czołgów. Jego stalową linę, zakończoną kilkukilogramowym hakiem, zaczepiono o stalową linę przymocowaną do ciężarówki i rozpoczęło się wyciąganie. Robotnik rolny stał z boku i przyglądał się. Samochód z darnią nawet nie drgnął. Dopiero po kilku chwilach, gdy ciągnik zaczął pracować na najwyższych obrotach, powoli zaczęło się wydobywanie ciężaru z gruntu, ale wtedy jedna z lin pękła. Olbrzymi, żelazny hak wystrzelił w powietrze z prędkością kuli armatniej i przelatując, musnął robotnika rolnego w czoło. Zdarł mu kawałek skóry i wylądował kilkadziesiąt metrów dalej. Robotnik rolny mówił, że poczuł żelazo we włosach. Dopiero po chwili zorientował się, że krwawi, poszedł więc do domu, by opatrzyć ranę, ale nic mu nie było. Czuł się dobrze. Jakiś czas potem, może godzinę, może pół, całkowicie odebrała mu siły słabość, identyczna z tą, jaką już opisałem wcześniej, rozważając mój przypadek. Identyczna. Robotnik rolny nawet wyrażał się podobnie.
- Jakby na chwilę - mówił - weszła mi kostucha. Byłem blisko niej. Najbliżej.
Słabość robotnika rolnego zakończyła się krótkim omdleniem, jakiego nie doświadczył nigdy wcześniej ani nigdy potem. W istocie robotnik rolny był wtedy najbliżej śmierci i sądzę, że śmierć wniknęła w niego. Jest w nim do dzisiaj, o ile oczywiście człowiek ten żyje jeszcze.
A oto ostatnia relacja. Wspomina młody człowiek, który cierpiał na przypadek amnezji dziecięcej. Tak to określił. Jego dolegliwość objawiała się zupełnym brakiem pamięci wcześniejszego dzieciństwa. Człowiek ten przebudził się dopiero w wieku jedenastu czy dwunastu lat. Wcześniej nie rejestrował swojego istnienia. Podejrzewam, że mógł być dzieckiem autystycznym, ale jego autyzm - wówczas jeszcze medycynie nieznany - jakimś cudownym sposobem minął. Człowiek ten jest dzisiaj wybitnym i cenionym poetą. Znam go nieźle, często popijamy razem i oto, co kiedyś mi wyznał, gdy opowiedziałem mu o swoich podejrzeniach dotyczących śmierci.
Było to podobno niedługo po wojnie - tak zaczyna swoje wspomnienie - gdy w wieku kilkunastu lat pojawiłem się na świecie w Otwocku, podwarszawskim miasteczku sanatoriów i szpitali dla gruźlików. Moje życie zaczęło się od następującego momentu: jest po deszczu, zmierzcha, a ja, patrząc w niebo, w rozsuwające się formacje chmur, brukowaną drogą wiodącą między dwiema ścianami sosnowego lasu, z tekturową walizą pod pachą, dochodzę do wysokiego domu, który stoi samotnie wśród drzew. Niektóre drzewa rosną tak blisko domu, że pniami dotykają jego ścian i okien. Tylko w dwóch oknach pali się światło. Wiem, że to tutaj. Zupełnie nie wiem natomiast, gdzie byłem wcześniej, skąd, a także po co teraz do miasta Otwock przybywam.
Zatrzymałem się u starej kobiety, która podawała się za moją babkę. Przywitała mnie ciepło. Miałem u niej wikt i dach, a w zamian usługiwałem od czasu do czasu.
Cieszyłem się dużą swobodą, nie chodziłem do szkoły, matka pojawiała się rzadko, ojciec w ogóle, a babka przymykała oko na moje przedłużone zniknięcia z domu, z którego wykradałem się nieraz na dwa dni i dwie noce albo nawet na trzy dni i trzy noce, miałem wiele zajęć i spraw do załatwienia i w lesie, i nad przepływającą nieopodal rzeką, i w kryjących wiele skarbów opuszczonych budynkach sanatoryjnych.
Właśnie którejś nocy, tuż przed świtem, gdy wracam długą brukowaną drogą do domu, objuczony skarbami zdobytymi tu i tam, wygłodniały i wyczerpany - po obu stronach otaczają mnie ściany lasu, jest po deszczu i bruk połyskuje - nagle czuję, że coś dziwnego dzieje się wokół. Po prawej stronie, w ścianie lasu, blisko. Zatrzymuję się i myślę ze strachem, żeby może nie patrzeć, jednak powoli odwracam głowę. Spostrzegam wtedy, że nie ma tuż obok mnie lasu, lecz to, co - idąc i nie patrząc w bok - brałem mylnie za las, jest gigantyczną, spływającą z ciemnego jeszcze fragmentu nieboskłonu otchłanią, uformowaną z powoli rotującej masy o barwie ciała doskonale czarnego.
Myślę zaraz, że jest to pewnie owa ciemna materia, tajemniczy i niezbadany czynnik wszechświata, który zadecyduje ostatecznie o jego przyszłości, i że kosmos, z niezrozumiałych przyczyn, jak monstrualny por otworzył się lokalnie w Otwocku, u pobocza drogi prowadzącej do domu mojej babki, tuż przy mnie, na chwilę ukazując mi cały swój bezmiar i całą swoją osobliwość. Powoli podchodzę do krawędzi otchłani, żeby zajrzeć, ale zaraz z przerażeniem się cofam. Rotujący lej niezwykłej ciemności sięga niemierzalnie daleko, a u końca, do którego mój wzrok długo nie może dotrzeć, jaśnieją seledynowym światłem skupiska wyraźnych i szybko poruszających się gwiazd. Wjednej chwili rozumiem, że gdybym zrobił mały krok, odnalazłbym swoją śmierć i już jako martwy przeszedłbym, być może, do innego wszechświata. Porzucając wszystko, co mi ciąży i przeszkadza, zaczynam uciekać, ale nie dobiegam do domu babki. Powala mnie słabość - nagła, silna, ale jednocześnie przyjemna, dająca wrażenie płynięcia w przestworzu. Zemdlonego odnajdują mnie rano sąsiedzi, kilka metrów od bramy na podwórze. Pozostaję w nieprzytomności wiele godzin i dochodzę do siebie dopiero wieczorem.
Dziwna opowieść. Czy prawdziwa? Trudno ocenić. Być może młody człowiek rzeczywiście dostrzegł coś dziwnego w nocnym lesie, w czym pomogła mu - to niewykluczone - jego niedawna nieświadomość istnienia. Zobaczył coś, czego inni nie widzą. I przede wszystkim będąc blisko śmierci, jak mniemał, doświadczył charakterystycznej słabości, o której mówili inni moi rozmówcy, opisujący własne, podobne doświadczenia. Rozmawiałem z wieloma.
Po wszystkich tych rozmowach i przemyśleniach, dokonałem pewnego odkrycia. Teza jest następująca: otóż śmierć nie atakuje od razu. Podejrzewam, że najpierw wnika w człowieka, co objawia się znamienną słabością, następującą tuż po wydarzeniu bliskim śmierci. Wnika jak wirus do organizmu, po czym w stanie inkubacji egzystuje w nim całymi latami, aż wreszcie w odpowiednim momencie objawia się na nowo pod postacią choroby, wypadku albo zabójstwa. Każdy człowiek, który znalazł się blisko własnej śmierci, ale ocalał - często w ogóle tego nie rejestrując - prędzej czy później musi umrzeć, ponieważ jest poniekąd martwy już za życia. Nosi śmierć w sobie. Ale co dzieje się z ludźmi, którzy uniknęli takiego spotkania? Otóż ludzie ci nie umierają nigdy. Owszem, starzeją się, niszczeją i rozpadają w końcu pod wpływem działania zjawiska entropii, ale nie umierają. Żyją zwykle bardzo długo i być może nawet po zaistnieniu rozpadu. Czyli, śmierć ze starości, jak to się mówi, wynikająca z utraty energii i zmęczenia materii, nie byłaby tak naprawdę śmiercią.
Zresztą podejrzenia te dotyczą nie tylko ludzi, ale też niektórych gatunków zwierząt. Na przykład pewne ptaki z rodziny krukowatych nie umierają prawie nigdy. Podobnie niektóre gatunki rekinów.
Czyli jeszcze raz pytam. Czy miałeś już spotkanie z własną śmiercią? Jeśli tak, jak blisko byłeś? Czy szczęśliwie unikając śmierci, poczułeś znamienną słabość?
