
Nasz kolejny krajoznawczy wyjazd to BIG BEND wiekszy z dwoch parkow narodowych polozonych na terenie Teksasu (ten drugi to Guadalupe Mountains State Park lezacy 55 mil na poludnie od jaskin Carlsbadu, o ktorych pisalismy poprzednio). Nazwa Big Bend pochodzi od wielkiego "zakola" (przynajmniej na mapie), jakie koryto rzeki Rio Grande wycielo w dwuwymiarowym przestworzu poludniowo-zachodniej Ameryki. Rio Grande jest tutaj prawnym podmiotem, gdyz nie tylko stanowi poludniowa granice Parku, ale jednoczesnie oddziela Stany Zjednoczone od Meksyku. Poniewaz "big bend" to wygiecie na strone meksykanska (czy kogos to dziwi - biednemu zawsze wiatr w oczy...), nic wiec dziwnego, ze krajobraz oraz flora i fauna wystepujace w Big Bend sa bardziej meksykanskie niz amerykanskie. Jesli rzuci sie okiem na mape (albo w mape, co kto potrafi), to ktos mniej spostrzegawczy od razu zauwazy, ze juz poczawszy od El Paso ta rzeka jest rownoczesnie granica teksansko-meksykanska na calej przestrzeni az do Zatoki Meksykanskiej. Ten bardziej spostrzegawczy wychwyci maly drobiazg, ze choc rzeka sie zwie Rio Grande (niby z hiszpanska), to... tylko na amerykanskim brzegu. Po meksykanskiej stronie zwa ja nie mniej dumnie - Rio Bravo.
Historia Parku jest banalna i typowa dla bogacacej sie Ameryki zblizajacej sie do polmetka dwudziestego wieku. Stojac przed ryzykiem industrializacji wszystkiego za wyjatkiem pastwisk i widzac setki hektarow ziemi zamienianej w pola naftowe, w latach 30-tych rzad Teksasu kupuje tereny polozone nad rzeka Rio Grande, zwane z dawien dawna Big Bend i ustanawia je parkiem stanowym (oczywiscie, ropy tu NIE MA). W pozniejszych latach przekazuje je rzadowi federalnemu i 12 czerwca 1944 Big Bend otrzymuje oficjalnie, slusznie zreszta nalezacy mu sie, tytul Parku Narodowego.
Pierwsi podroznicy krecacy sie tu dlugo przed ta data nazywali te ziemie "el despoblado" czyli bezludny kraj, ale w rzeczywistosci od tysiecy lat (od okolo 8000 pne.) tereny Big Bendu byly zamieszkiwane przez czlowieka (i misie, pumy, "grzesie-ochotniki" i biedronki, oczywiscie). Najpierw przez "starozytnych" Indian, pozniej przez Meksykanow i Indian (amerykanskich i pozno-meksykanskiego pochodzenia) - Chisos, Jumano, Apaczow i Komanczow.
A teraz w skrocie o naszej podrozy. Do Big Bend wyruszamy 23 maja. Jest to ostatni dzien zajec szkolnych, jak wszedzie poswiecony wlasciwie tylko rozdaniu swistkow papieru szumnie zwanych swiadectwami (w odroznieniu od Polski, gdzie swiadectwami zwaly sie cenzurki, wygladajace i traktowane z szacunkiem i majace pelna powage urzedu). Chlopcy oczywiscie sa w domu wczesniej niz zwykle. Zjadamy obiad i pomiedzy kolejnymi falami deszczu pakujemy manatki do "starej Madzi". Acha, tak, deszcz... Deszcz w Teksasie jest rzecza naturalna i nieprzewidywalna, przynajmniej w czasie naszej tu obecnosci. To deszcz wlasnie zawsze niespodziewanie stawal nam na przeszkodzie dowolnego, nawet poldniowego wyjazdu, nie mowiac juz o krzyzowaniu naszych planow na biwakowanie. Co ciekawsze, tutejsze deszcze moga padac w nieskonczonosc, ale nawet i te krotsze, ale nie mniej obfite moga wyrzadzic mase szkod co mniej odpornym na powodzie. Jedno z bogactw Teksasu, ropa naftowa, jest tu tylko dlatego, ze ziemia jest malo przepuszczalna skorupa, twarda, przerosnieta skala i glina. Wystarczy kilka godzin deszczu i wszedzie zbieraja sie kaluze wielkosci slusznego stawu.
No wiec juz dawno minelo poludnie, Tomek uciekl z pracy i w strugach ulewnego deszczu, w ktory w koncu przerodzila sie mzawka, opuszczamy Austin. Jedyna zaleta takiej pogody jest to, ze slonce oszczedza nasze oczy i nie jest goraco. Do Big Bend mamy prawie 500 mil. Im dalej na zachod tym mniej deszczu. Mijamy Gillespie, gdzie woda jeszce stoi na polach po zeszlotygodniowych opadach, przejezdzamy Fridericksburg, gdzie ciagle glowna ulica, Main Street, ma druga oficjalna nazwe - HauptStrasse i wyskakujemy na miedzystanowa autostrade. Pamietam jak jechalismy tedy na poczatku pazdziernika zeszlego roku, przeprowadzajac sie do Austin. Bezbrzezna zielen pastwisk i bujne krzako-drzewa zastepuja teraz to, co wtedy bylo tylko zolto-brazowym krajobrazem wyschnietego stepu. Zolte, niebieskie i biale kobierce kwiatow ciagna sie wzdluz drogi kilometrami. Kiedy wjezdzamy na bardziej otwarte i suche obszary, czujemy jakis dziwny zapach. Niezupelnie przyjemny, ale skads znajomy. Mdly zapach roztworu, w ktorym dziadek moczyl zardzewialy lancuch od roweru. Dopiero po chwili kojarzymy to z nafta i uswiadamiamy sobie, ze jestesmy przeciez na roponosnych terenach przegnilego przed milionami lat Teksasu!
Jedziemy dalej i w Stockton, ostatniej rozsadnej miescinie do przenocowania decydujemy, ze spimy juz w gorach, pod namiotem. Na ostatnim odcinku trasy (od Marathonu do Parku) lapie nas zachod slonca i z daleka, wraz ze zblizajacym sie pasmem gor wita nas kolejna teksanska burza. W coraz bardziej ciemniejacym otoczeniu mozemy podziwiac potezne, przerozne w ksztaltach i formie wyladowania atmosferyczne. Tak naprawde to nigdy i nigdzie nie widzielismy takich blyskawic jak w Teksasie. Pioruny potrafia bic bez ustanku przez piec-szesc godzin, jakby to tu wlasnie, w Teksasie, po ciezkiej pracy na Olimpie, Zeus w koncu osiadl na emeryturze. Blyskawice tutejsze sa o wiele bardziej "wszechksztaltne" i "wszechstronne", przyjmujac ksztalty korzeni, grzybow, kalafiorow, czy nawet wieloramiennych swiecznikow. Wiele z nich zdaje sie propagowac poziomo, wbrew ogolnie przyjetym oczekiwaniom. Efekty sa wspaniale, niebo nagle wybucha, kiedy taki piorun znienacka zdecyduje sie gnac z zachodu na wschod i z powrotem, zanim zatopi swoje kly w ziemi. Takie to widoki obserwowalismy zblizajac sie w zapadajacych ciemnosciach do pasma gor, ktore zwiastowaly nam gorzyste wyzyny Big Bend. Na szczescie burza nie dociera do nas i spokojnie wjezdzamy na teren Parku. W sposob podzwrotnikowy zaczyna sie blyskawicznie sciemniac i jak na zlosc okazuje sie, ze najblizszy kamping jest zapchany i musimy jechac 20 mil dalej. Kilka minut po 10-tej wieczorem jestesmy na miejscu. Rozbijamy namiot i mozemy podziwiac rozgwiezdzone niebo. Burza przesuwa sie na wschod i blyskawice przestaja razic oczy. Zapada mily chlodek, stanowiacy cudowny kontrast do naszych oczekiwan. Po szybkiej kolacji wypatrujemy Wielkiej i Malej Niedzwiedzicy (nielatwe to wcale na tej szerokosci geograficznej), ale oto pojawia sie Pan Nieba Nocnego w pelnej krasie, lysy jak nieboskie stworzenie, podobny do zlosliwej zarowy posterunkowego i konczy sie ogladanie gwiazd. Jest tak jasno, ze mozna czytac ksiazke. Dla nas, zasiedzialych juz mieszczuchow jest to kolejne przypomnienie, ze mozemy sie obyc bez elektrowni i zaoszczedzic na rachunkach. Wstajemy rano troche opoznieni, to zreszta tradycja w naszej rodzinie. Okazuje sie, ze miejsce na kampingu wybralismy calkiem niezle, ocienia nas duze drzewo i uparcie atakuja czerwone mrowy. Sa male, dwa, trzy razy mniejsze niz te zapamietane z polskich lasow, ale nadrabiaja gorliwoscia. W Teksasie nazywaja je "fire-ants". Nigdy nie rozumialem etymologii. Facetow, ktorzy gasza tu pozary nazywaja "fire-men". Ale nie ma sie co dziwic narodowi, ktory potrafi nazwac futbolem gre, w ktorej rzuca sie pilke rekami...
Poranek jest rzeski, mimo, ze slonce jest juz dosc wysoko w swojej upojnej wedrowce przez niebo. Nasza uwage przyciagaja czarne ptaki sredniej wielkosci, podobne do duzych krukow, z jednym wyjatkiem - maja wstretne czerwone lby. Tutejsze sepy - brakuje im krolewskiej wielkosci kondorow i wdziecznego boa wokol nagich szyj. Z dawien dawna sepy kojarzyly mi sie z kardynalem Richellieu (a moze to odwrotnie), teraz zdalem sobie sprawe, ze obrazalem kardynala. Jeden z sepow siadl na poreczy mostka, jakies dziesiec metrow od naszego namiotu. Odwrocil sie twarza (tfu, morda) do slonca i rozlozyl skrzydla jak nasz orzelek na pieciozlotowce. Tak jakby chcial nalapac ciepla na zime. Wydawalo mi sie, ze sepy, jak wszystkie ptaki, sa cieplokrwiste, ale kto to wie.
W poszukiwaniu noclegowiska przejechalismy wczoraj caly Park i dojechalismy do Rio Grande Village, poludniowo-wschodniego kranca Parku, tuz nad rzeka i przy samej granicy z Meksykiem. Teraz slonce stoi juz ponad masywem Sierra del Carmen, kilkunastokilometrowej bryle "litego" piaskowca, wydzwigajacego sie po stronie meksykanskiej i zamykajacego doline. Jestesmy na wysokosci nieco ponad 500 metrow, 50 metrow od namiotu plynie Rio Grande. Nie slyszymy jednak jej szumu. Ide na wysoki brzeg i wiem juz dlaczego. Szeroka na 15 metrow rzeka konsystencja przypomina zupe-krem, tylko jej kolor jest malo zachecajacy "do spozycia", jakis kokaopodobny. Kojarzy nam sie z mulem i blotem oblepiajacym polskie furmanki w pazdzierniku.
Az sie wierzyc nie chce, ze sa chetni do zanurzenia sie w blotnistych odmetach rzeki. Ale gdy sie bardzo chce dostac do "raju".... nawet tego urojonego, na ziemi, niejeden gotow jest na wszystko.
Determinacji uciekinierow z Meksyku zaczyna towarzyszyc takze wzrastajaca determinacja sluzb granicznych. Centrum Badania Imigracji Uniwersytetu Houstonskiego opublikowalo w tych dniach raport mowiacy, ze w latach 1993-96 na "frontierze" meksykansko-amerykanskiej ponioslo smierc 1185 Meksykanow. Az 851 utonelo, przeplywajac przez graniczna Rio Grande. Na rozgrzewke wybieramy sie na spacer niespelna milowa sciezka prowadzaca do kanionu Boquillas. Podjezdzamy na nagrzany parking, od ktorego zaczyna sie sciezka. Tuz przy wejsciu na schody, prowadzace na pierwsza gorke leza swiecidelka, bransoletki, polerowane kamyczki, porozkladane na deskach wspartych o kamienie. Z poczatku nie widze wlasciciela, slonce zmusza do przymruzenia oczu i skrycia ich za ciemnymi okularami. Acha, sa. Pod wysokimi krzakami, oslaniajacymi skrawek ziemi, przykucnelo dwoch Meksykanow. Pala papierosy i leniwie obserwuja niewielki ruch turystow. Mijamy bez specjalnego zainteresowania ich ubogi kramik i wspinamy sie na gorke. Po chwili otwiera sie przed nami panorama Rio Grande, leniwie przesuwajacej sie - bo to wiadomo w ktora strone? W tym miejscu rzeka plynie na polnocny- wschod, wlasnie w okolicach Boquillas podrzynajac masyw Sierra del Carmen. Z gorki widokowej widac tylko jak rzeka ginie w gardzieli, ktora wyciela sobie w miekkich warstwach piaskowca i wapienia przez miliony lat. Jakies sto milionow lat temu bylo tu morze, ktore cofajac sie pozostawilo po sobie miekkie dno. Zerodowane warstwy tworza teraz wapienne nawisy nad wschodnia strona Kanionu Boquillas. Mulista woda plyna wyladowane sprzetem turystycznym kajaki-canoe, prowadzone zrecznymi ruchami wioslarzy. Wlasnie zbliza sie jakas wyprawa, chyba z dziesiec kajakow wylania sie jeden za drugim zza zakretu i zgrabnie przybijaja do brzegu. Splyw kajakami zakolami Rio Grande w Big Bendzie nalezy chyba do najwiekszych tutejszych atrakcji. Mozna spuscic kajaki na wode jeszcze przed Parkiem, w Lajitas i wyciagnac w La Linda, ponad 300 kilometrow dalej, juz na terenie parku stanowego. Oplywa sie w ten sposob caly Park od poludnia, pokonujac kanion za kanionem, caly czas wzdluz granicy meksykanskiej. My niestety nie mamy nic do plywania, nawet malej miski.
Po piaszczystej lasze wdrapujemy sie do niewielkiej groty polozonej kilkadziesiat metrow powyzej rzeki. Uf, z dolu wygladalo to na latwy spacerek. Na gorze dowiadujemy sie, ze "Gorace Zrodla" - nasz nastepny cel, zalane sa przez kakaowate wody Rio Grande. Zmieniamy wiec plany i udajemy sie w centralne tereny Parku. Wybieramy pieciomilowa trase (tam i z powrotem) na szczyt Lost Mine. Legenda glosi, ze na gorze tej istniala kiedys kopalnia serbra i zlota. "Gornikami" w tej kopalni byli wiezniowie sprowadzani przez Hiszpanow z fortu San Vicente (jego ruiny znajduja sie w Meksyku, 20 mil w linii prostej stad). Wiezniowie prowadzeni byli z zawiazanymi oczami, aby nie poznali drogi do kopalni. Wedlug legendy, Indianie rozwscieczeni eksploatacja ich ziem, wymordowali wszystkich bialych poczym zasypali wejscie do kopalni. Dzis nikt nie wie czy kopalnia istniala rzeczywiscie, czy jest to tylko legenda. Podobno gdy obserwuje sie gore stojac w drzwiach kaplicy w forcie w San Vicente w Wielkanocny poranek, to pierwsze promienie slonca oswietlaja gore w miejscu, gdzie znajdowalo sie wejscie do kopalni. Nie wiadomo czy znalezli sie pozniej smialkowie, probujacy odnalezc zasypana kopalnie. Na pewno tak (ale nie my). Wdrapujac sie po malowniczej sciezynie w gore bynajmniej nie myslimy o zlocie tylko podziwiamy wspaniale widoki i przechodzimy przyspieszony kurs botaniki (dzieki mini przewodniczkowi z opisem spotykanych po drodze roslin ). I tak dowiedzielismy sie, ze rosna tutaj trzy gatunki jalowca: "aligatorowy", ktorego kora przypomina skore tego gada wygrzewajacego sie w sloncu; "spragniony", ktorego galazki ponuro zwisaja w dol jak gdyby od miesiecy nie widzialy kropli wody (przewodnik zapewnia jednak, ze to normalne dla tego drzewa, ktore poza Meksykiem rosnie tylko w Big Bend); "jedno-nasienny", poniewaz kazda szyszka ma tylko jedno nasionko w sobie (taka oszczedna! Mozna to propagowac wsrod Szkotow!). Jest tu tez kilka roznych gatunkow sosen, jesionow i debow. Te ostatnie trudno jednak zidentyfikowac, poniewaz dla niepoznaki na jednym drzewie moze rosnac kilka ich typow. Duzo jest kaktusow i niekaktusow takich jak okotillo, ktore dla laika wygladaja jak najbardziej kaktusowato. Sa tez agawy i agawopodobne 'lechuguilla' (wyglada prawie jak "Lechu, gila!", ale wymawia sie jak "lajhugija"), ktore mialy i podobno dalej maja szerokie zastosowanie, zwlaszcza tam gdzie nie ma sklepu pod bokiem. Mozna spozywac ich pieczone lodygi, z korzeni wyrabiac mydlo, a z lisci sznury. No i oczywiscie zwierzaki tez cos sobie wydlubia z lechuguilli! Z klujacych, dlugich i waskich lisci 'sotolu' wyrabia sie napoj alkoholowy znany pod ta sama nazwa. Komanczowie suszonymi liscmi 'sumacu' wzbogacali aromat tytoniu. Liscie te wykorzystywali takze jako lek przeciw astmie a z owocow robili napoje orzezwiajace. Indianie umieli wykorzystywac niemal kazda rosnaca tytaj rosline. Jesli nie mozna jej bylo zjesc to przynajmniej mozna bylo z niej cos pozytecznego zrobic: koszyk, mate czy sandaly. Ogromnie roznorodna jest takze fauna Big Bendu. Oprocz wspomnianych juz sepow mozna tu spotkac niebieskie sojki, sokoly z czerwonymi ogonami (a jelenie z bialymi), orly, dzikie swinie, lisy, kuguary, kangurowate szczury, pedziwiatry (road-runnery), kojoty, myszy... Ze szczytu Lost Mine Peak rozlega sie piekny widok, szczegolnie na poludniowo-zachodnia strone, z masywem Casa Grande i gorujacej nad Parkiem Emory Peak. Droga na dol zajmuje mniej czasu i nawet Krzys nie marudzi. Zbocze utkane jest tyczkami agawy, ktora spotkac tu mozna na kazdym kroku. Sa ich tu tysiace (chyba), tak zywych, jak i martwych. Agawa zyje 10-20 lat, kumulujac w sobie soki zycia, po to, aby przed smiercia wystrzelic w gore piekna "dziecieliny pala". Pionowo rosnacy slup przybiera na wzroscie okolo 30 cm na dobe, osiagajac w koncowym stadium wysokosc do 5-6 metrow. Potem roslina umiera i zostaje tylko sterczacy, wyschniety pal i lezace na ziemi zwiedle liscie.
Wracamy na poludnie Parku, gdzie czeka na nas namiot. Wieczorem obserwujemy jak u sasiadow stado sepow czeka na kolacje. Jest ich chyba z pietnascie, prawie wlaza do namiotu, probuja otworzyc skrzynie z jedzeniem, grzebia w smieciach i spalonym weglu paleniska. Po chwili nadjezdzaja sasiedzi i zanim przegonia natretow, wyciagaja aparaty i cicho skradajac sie robia zdjecia.
Switkiem-rankiem zwijamy obozowisko i przenosimy sie na kamping w Basin, w centralnej czesci Parku. Postanawiamy zdobyc najwyzsza gore Big Bendu - Emory Peak o wysokosci 7835 stop (2384, prawie jak nasze Rysy). Dokladnie nie wiemy czy pod gore trzeba sie wspinac 4.5 mili czy wiecej, poniewaz po przejsciu wiecej niz pol mili od pierwszego znaku z ta odlegloscia natknelismy sie na druga, identyczna tablice informacyjna (generalnie oznaczenia tras byly nie- po-amerykansku do bani. Wplyw Meksyku?). Droga poczatkowo wznosila sie lagodnie po stoku, wsrod sosen poprzetykanych kwitnacymi opuncjami. Z biegiem czasu stawala sie coraz bardziej stroma i wymagala coraz wiecej wysilku. Nie zdziwilismy sie wiec, gdy Krzys zaczal swoja stala spiewke o "braku sily". Jak zwykle szedl dalej odzyskujac sily kiedy wyszlismy sposrod drzew i ukazaly sie dwa "gole" szczyty Emory Peak. Ostatni odcinek trasy, tak jak i same szczyty byl prawie bezdrzewny i czasem trzeba bylo pokonywac rumowiska skalne. Sam szczyt jet trudno dostepny i wymaga niezlych skalnych wdrapek, nie dla nas z dziecmi. Wdrapalismy sie wiec na skalna sterte "malego szczytu" tuz pod skalnymi blokami wierchu. Na szczycie powitala nas niezliczona ilosc biedronek, ktore przeszkadzaly w kontemplacji widokow i konsumpcji malego conieco. Ktos moze mi wierzyc albo nie, ale tysiac biedronek jest bardziej upierdliwych niz tysiac komarow (szczegolnie jak nie ma komarow!). Biedronki chyba sa slepe i nie wiedza gdzie leca, w zwiazku z czym zawsze laduja na Twoim czole! Zadne kalkulacje nie odpowiedza jednak na pytanie skad biora sie tysiace biedronek na niewielkim wierzcholku dwu-i polkilometrowej gory, skoro nie ma ich nigdzie ponizej?!!! Powietrze jest tu oczywiscie swiezsze, podmuch wiatru mily i doskonale miejsce do drzemki. Zdejmujemy buty (ale biedronki nie odlatuja!?) i probujemy odpoczac chwile siedzac w cieniu na poskrecanych konarach drzewa. Biedronki jednak wypedzaja nas z Emory Peak, nie pozwalajac cieszyc sie dluzej widokiem na wszystkie cztery strony swiata. Jak zwykle droga w dol jest latwiejsza i szybsza niz pod gore. Chlopcom nogi biegna chwilami szybciej niz reszta ciala i na efekty nie trzeba dlugo czekac, najpierw Krzys lapie zajaca, potem Kamil potyka sie na jakims korzeniu i laduje na brzuchu, potem znowu Krzys wyciaga sie jak dlugi. Jeszcze jeden poslizg Krzysia na zakrecie ponad kilkudziesieciometrowa sciana i Ela wzdycha glosno: "Doprowadzisz mnie do ataku serca!". "Mnie tez" odpowiada Krzysio bez zastanowienia.
Wbrew oczekiwaniom zejscie jest wolniejsze niz poprzedniego dnia, kiedy powrot byl szybka fraszka. Wracamy z powrotem na 2500 stop, gdzie powietrze jest goretsze o 10oC, ale ciagle nie ma problemow z oddychaniem i wieje dosc mocny wiaterek. Ale nie zanim porzucimy zarosniete zbocze doliny i wyjdziemy na otwarta przestrzen. Zmeczeni wracamy do namiotu i mimo nalegan Tomka nie dajemy sie skusic na maly spacer i zachod slonca widziany z Window View Trail. Nastepnego poranka zwijamy obozowisko i ruszamy na poludniowo-zachodnia czesc Parku. W drodze nad Rio Grande podziwiamy z gory Tuff Canyon, wyschniete koryto okresowej rzeki, a pozniej schodzimy na jego dno. Niestety, cienia niewiele, ale za to pieknie pachna pustynne wierzby. Dalej i dalej gna nas w glab kanionu, odkrywamy szereg "jeziorek", wdrapujemy sie na wulkaniczne glazy; az docieramy do miejsca, gdzie wydaje sie, ze kanion ma swoj kres. Wracamy do samochodu i jedziemy dalej na wschod zobaczyc kanion sw. Heleny, jeden z piekniejszych wycietych przez Rio Grande. Im blizej Castolon (to nawet nie miescina, raczej punkt orientacyjny z kampingiem i sklepem), tym plaskowyz Santa Elena (czesc Sierra Madre) rozciagajacy sie po meksykanskiej stronie Rio Grande zdaje sie byc coraz to potezniejszy. Po drodze zatrzymujemy sie w Castolon, aby obejrzec koszary pozostale po kawalerii, ktorej zadaniem bylo powstrzymanie najazdow bandy Pancho Villi. Szkoda czasu, mimo ze przewodnik poleca to miejsce. Stwierdzamy, ze dobrze zrobilismy rezygnujac z wariantu B, czyli zatrzymania sie na tutejszym kampingu. Poza nielicznymi krzakami rosnacymi tuz przy rzece nie ma tu nic! (prawie jak na kampingu noworocznym w Gorach Czekoladowych, tylko wiele razy cieplej). Siedmiomilowy (akurat dla faceta w odpowiednich butach!) kanion Santa Elena jest pierwszym, liczac od zachodu, kanionem w Parku. Pozniej sa jeszcze kaniony Mariscal i Boquillas. Wszystkie trzy mozna podziwiac splawiajac sie rzeka w kajaku lub lodzi. Prad jest bystry, ale rzeka blotnista, wiec spokojna. Wymaga od wioslarzy uwagi, ale nie grozi rozbiciem o kamienie. Nie czyhaja tu podwodne pulapki, muliste dno pozwoli sie przesliznac kazdemu, kto ma plaskie dno. Najwyzej sie walnie w kilkusetmetrowa sciane piaskowca! My niestety nie mamy calego dnia na taka wyprawe i musimy zadowolic sie "pieszym" ogladaniem. Po pokonaniu mulistego strumyka, wspinamy sie po cementowych schodach wzdluz Rio Grande po to, aby pozniej juz naturalna sciezka zejsc nad sama wode w najwezszym miejscu kanionu. Cala trasa w obie strony liczy niespelna 2 mile ale idziemy caly czas po oslonecznionej stronie rzeki, co daje sie we znaki. Schodzac nad wode trzeba uwazac, aby nie ugrzazc w blotku. Szkoda butow, chyba, ze tak jak Ela i Kamil zamierza sie ktos pozbyc butow po przejsciu tej trasy! Wychodzimy z kanionu i znowu przeskakujemy waskie strumyki doplywajace do Rio Grande. Ciagle wyobrazam sobie Winnetou skaczacego w blotniste odmety rzeki, i Old Shuterhanda, plynacego pod powierzchnia mulistej wody ze slomka w ustach. Jakos mi to nie pasuje. Ale to chyba dlatego, ze May nigdy nie byl w Ameryce.
Wracamy do serca Parku i przejezdzamy ponownie przez kotline schowana wsrod Chisos Mountains. Kolejny zjazd i nagle naszym oczom ukazuje sie znak "Uwaga niedzwiedzie (przechodzace przez jezdnie)". Hamujemy z piskiem opon i dodajemy nastepne zdjecie do kolekcji. Mamy juz jedno z Rainbow Basin w Kaliforni, mowiace "Uwaga- Zolwie (przechodzace przez jezdnie)".
Przed wyjazdem z Parku zawijamy jeszcze do malej wystawy skamielin - wygrzana na pustyni pokazowka kilku kosci dinozauropodobnych (wieksza znajduje sie w Visitor Center w Basin) po czym opuszczamy Park i udajemy sie w droge powrotna.
Tuz za Marathonem mylimy droge (to tez jedna z naszych dolegliwosci rodzinnych) i zamiast do Fort Stockton jedziemy w strone Sanderson. Okazuje sie jednak, ze odleglosc do autostrady nr 10 jest mniej wiecej taka sama a i czasowo niewiele stracilismy (przesunela sie tylko pora kolacji co dotkliwie odczuwaja nasze zoladki). Wypatrujemy jak zbawienia jakiejs jadlodajni i po napelnieniu brzuszkow mkniemy prosto do domu, do cieplych lozek.
Stan licznika: wyjazd-113357 przyjazd-114519
