Śladami Steinbecka

Piotr Szymański

 Wyjechaliśmy z Irvine w Południowej Kaliforni, dwudziestego czwartego kwietnia, 1995 roku, pięćdziesiąt pięć lat po wyprawie morskiej Johna Steinbecka i trzydzieści lat po wyprawie Melchiora Wańkowicza do Ensenady. Ten ostatni mimo nieciekawego sprawozdania uświadomił mi co to jest ta "polska wrażliwość". Wszyscy Polacy którzy cokolwiek o Baja pisali nie potrafli oprzeć się pokusie by wspomnieć o "curvie peligro'sie". Ja nie mam nic do dodania. Kierowany byłem głównie wrażeniami Johna Steinbecka z jego jedynej popularno-naukowej ksiazki: "The Log from the Sea of Cortez". W 1940 roku Steinbeck opłynął Półwysep Kalifornijski zwany też Baja California (patrz mapa), ze swoim przyjacielem i pracodawcą, Edem Ricketts'em. Jej celem było łowienie i udokumentowanie żyjątek morskich z Morza Korteza. Wyprawa miała być opłacona dochodami ze sprzedaży szkołom spreparowanych eksponatów. Mnie poza ciekawością połwyspem przyświecał jeszcze inny cel. Udokumentowanie wybrzeża od strony lądu, dla tych których interesują dzikie plaże i nurkowanie w ciepłych wodach. Czytałem dobry przewodnik po Baja, pt. Baja Catch, lecz ten z kolei adresowany był do wędkarzy, dla których obfitość ryb i warunki wędkarskie są istotne, a nie odpoczynek i plaże. Istnieje oczywiście przewodnik drogowy wydawany od lat przez AAA. Ten skupia uwagę na drogach i milach i to tych wyasfaltowanych. Zawiera jednak sporo informacji z niedalekiej przeszłości półwyspu. Mimo wielu starań nie znalazłem locji morza Korteza. Musi ona gdzieś istnieć, lecz nie na www, czy komercyjnych wydawnictwach. Są mapy nawigacyjne, lecz te są zbyt niedokładne do mojego celu. Są też przewodniki kajakarskie, lecz są wyrywkowe. Dużo później trafiłem na locję GPS Baja Kalifornii dzięki Ewie Głowackiej z Ensenady, a w szczególności RESNOM (Red Sismologica de Noroeste de Mexico). No, czas nam w drogę. niżej podpisany

 Jadę ja, czyli niżej podpisany i żona Iwona. Zabieramy się jedno tonową ciężarówką z napędem na wszystkie cztery kopyta. A kopyta są spore, najszersze opony jake dało się kupić. W pace jedzie Zodiak, prowiant i zapasowa benzyna. Zodiak to 13-to stopowy ponton z twardym dnem i 30-to konnym silnikiem. Pierwszy nasz postój wypadł w San Diego. Chcieliśmy się znaleźć na granicy z Meksykiem jak najwcześniej rano, by za dnia przejechać Tijuanę i Ensenadę. Górną część Baja'y znaliśmy już dobrze i chcieli ją przejechać jak najszybciej.

Tijuana to miejsce gdzie krzyżują się drogi zdesperowanych migrantów z południa, zacharowanych robotników "Maquiladora", pewnych siebie przemytników narkotyków i dziennych turystów z północy. Między nimi, świadcząc swe usługi, krecą się szumowiny przeróżnych maści. Począwszy od "farmaceutów" sprzedających Viagrę i nielegalne leki na AIDS'a, po tanich drani, którzy na tegóż pomogą Ci zapaść. granica widziana z Tijuany Po drodze mijamy Ensenadę. Przed wyjazdem mówiono nam, że na dłuższy pobyt trzeba mieć wizę turystyczną, którą załatwia się w biurze w Ensenadzie, tuż obok portu. Zawitaliśmy tam. Bardzo znudzony urzędnik z wielką niechęcią przystapił do obsługi. Długo się ociągał nim raczył do nas podejść. Ze mną obszedł się rutynowo. Klął mnie tylko w duchu za przysparzanie mu bezsensownej pracy. Pewnie myślał sobie:

- te Gringi mają nadmiernie rozwinięty szacunek dla prawa! Żeby oni wiedzieli co ja muszę robić by wyżywić z tej nędznej rządowej pensji czworo dzieci i chorą na astmę żonę. Na domiar złego, szwagra zwolniono z tego maquiladory "General Electric" za to że leniowi zachciało się zakładać związek zawodowy.

 Na widok paszportu mojej żony wyraźnie się ożywił. Wyciągnął zza lady olbrzymią księgę i począł szukać tego kraju deklarowanego na, skąd inąd znanym niebieskim paszporcie z orłem.

- Tak, ten kraj należy do grupy trzeciej - oświadczył
- musi pani załatwiać papiery w Warszawie, lub w San Diego - zawyrokował

Wiedząc dobrze, że to niemożliwe, dodał po chwili

- za małą kwotą przyłożę starań by was z tej niefortunnej sytuacji wyratować.

 Oczy mu się przy tym zaświeciły i niespokojnie rozejżał się dookoła - oby nie musiał się podzielić. Wydał Iwonie papier którym nadał jej amerykańskie obywatelstwo, po czym opatrzył pieczęciami. Następnie pogratulował zaszczytu. Iwona po raz pierwszy w życiu wsuneła mu zwinięty w tutkę $5 banknot. Pewnie spodziewał się więcej, ale my szybko opuściliśmy lokal. Tym prostym, a tanim sposobem Iwona uzyskała obywatelstwo Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

kowboje z rancz San Pedro Martyr  Za Ensenadą droga zbacza nieco na wschód, w stronę podnóża najwyższego łańcucha górskiego meksykańskiej części półwyspu kalifornijskiego. Nazywa się on San Pedro Martyr. Tu góruje Picacho del Diablo, ok. 11000 stóp nad poziomem morza. Jest przy nim obserwatorium astronomiczne. Dalej, w San Vicente trafiamy na coroczne rodeo. Tu spotykają się kowboje z rancz San Pedro Martyr z rybakami Ensenady. Ci ostatni sprzedają kowbojom krewetki z porannego połowu. Przy krawężniku drogi rozpoławiają muszle, polewają sokiem z cytryny i tym samym uzupełniają wołowo-fasolową dietę kowboi. Myślę że ci wysuszeni kowboje połykają to nie dla tego że im smakują twarde jak guma, oślizłe wnętrzności małży, lecz podświadomie wiedzą że brak w ich diecie mikroelementów. Jedni siedzą wierzchem, inni przywiązali swoje konie do przydrożnych drzew. Zagadują nas, proponują małże, pytają skąd i do kąd. Na wiadomość że jesteśmy Polakami mowią nam o ranczu Jachimowicza, Polaka z Litwy. Musiał tu osiąść po powstaniu listopadowym, lub po pierwszej wojnie światowej. Gdzieś w tych górach. Obiecuję sobie odnaleźć go jesienią. Już wyobrażam sobie jak go zagaję:

- "Mr. Jachimowich, I presume".

 Sto kilometrów dalej szosa powraca nad Pacyfik. Pueblo Camalu wrze działalnością gospodarczą. Odwróciło się plecami do bezkresnego oceanu nad którym leży. Życie toczy się tu przy szosie. Zjezdżamy z drogi w stronę oceanu, by na plaży zjeść drugie śniadanie. Boczna żwirowa droga prowadzi nas wpierw przez śmietnik, następnie cmetarz i wreszcie kończy się na plaży. Tu, poza mewami jest kilku rybaków, którzy niesamowicie zardzewiałą ciężarówką, wyciągają na plażę małą, płaskodenną łódkę rybacką zwaną pangą.

 Na pierwszą noc zatrzymaliśmy się na przybrzeżnej skarpie z widokiem na Pacyfik i zachodzące słońce. Kilka mil na zachód od miasteczka El Rosario. Prowadzi tam dobra żwirowa droga. Kończy się na rybackiej osadzie przy Punta Baja. Punta Baja Zatrzymaliśmy się tam już rok wcześniej, w drodze powrotnej z Bahia San Luis Gonzaga. Wówczas planowaliśmy tego samego dnia podziwiać wschód słońca nad morzem Korteza, a zachód nad Pacyfikiem. Wschód słońca był ciepły i wietrzny, zachód mrożący krew w żyłach. Dowiedziałem się od przygodnych surferów jadących na południe, że nad północnym Pacyfikiem szaleje huragan spietrzający fale. Dopiero wówczas zrozumiałem co miał na myśli Joseph Conrad Korzeniowski pisząc o rozszalałym oceanie jak o zwierzu, z którego brzucha wydobywa się groźny pomruk. Jedna monotonna linia melodyczna, chorał gregoriański, punktowany perkusją rozbijających się o skały fal.

 Rano ruszyliśmy dalej. Za miasteczkiem El Rosario droga wspina się na suchy, bezludny płaskowyż. Następna osada, już na płaskowyżu to Catavińa. Tonąca w morzu obłych głazów, wysokich na trzy piętra. Planowaliśmy jak najszybciej dojechać do końca Baja'y i potem, powoli, posuwać się na północ. Gnaliśmy jak się dało najszybciej. Czasami ta szybkość była żółwia, gdyż ta jedyna, asfaltowa droga jest pełna dziur, wąska, bez pobocza i do tego miejscowi kierowcy ciężarówek nie mają szacunku dla życia doczesnego. Mieliśmy wrażenie, że lada moment wylądujemy w przepaści. Dowodów na tę okoliczność nie trzeba daleko szukać. Pobocza przy ostrych zakrętach usłane są krzyżami. Ten kto przespał przejście graniczne może teraz pomyśleć że jedzie przez cmentarz, lub że jest już w czyścu. Ta jedyna asfaltowa droga w południowej Baja została ukończona dopiero w 1973 roku. Do tej pory składała się z fragmentów lokalnych, polnych dróg.

Nową szosę budowały dwie ekipy, jedna z południa, druga z północy. Właśnie tu się spotkały, wcale nie frontalnie, lecz pod ostrym kątem. Aby upamiętnić to wydarzenie postawiono w tym miejscu okazały pomnik i muzeum.

 To były czasy! Elita z Mexico City flirtowała z komunizmem. Edward Stachura w 69r dostał stypendium, by się z Montezumą zapoznać i pokochać całą siłą woli. W Zatoce Meksykańskiej tryskała słodka ropa.

Wspomniany pomnik przedstawia wieloryba wykonującego piruet. Znajduje się przy miasteczku Guerrero Negro, czyli Czarnym Bojowniku. Janosik przychodzi na myśl, ale nic z tych rzeczy. Nazwa wzieła się z wielorybniczego żaglowca który roztrzaskał się w 1850r o liczne tu piaszczyste łachy. Niektórzy uczestnicy akcji ratunkowej, jak i żeglarze pozbawieni środków transportu tu pozostali i tak powstała osada. Miasteczko dziś żyje z odparowywania soli z wody morskiej i turystów przyjezdżających tu zimą by obserwować rodzące wieloryby. W tym też miejscu przebiega granica między Baja California Norte, a Baja California Sur, czyli południową. Tu, obok pomnika przedstawiającego już teraz kontuzjowanego wieloryba z ułamanym ogonem, przy muzeum z którego odpada tynk i budynku z którego powyrywane zostały urządzenia, rozkradzione podzespoły - znajduje się spora kapliczka. Ku czci o ile potrafię czytać; świętego Judasza Tadeo lub świętego Tadeo z Judei? Kościółek jest wypielęgnowany, pełen kwiatów i pieniędzy ofiarnych - tych nikt nie dotknie, a i ząb czasu nie uszczknie. Dla Gringa, jadącego z północy już dwanaście godzin, nowiutkim Winnebago, ciągnącego wypucowanego Bayliner'a, musi to miejsce być niemałą zagadką. Dlaczego ktokolwiek chciałby stawiać pomnik na skrzyżowaniu dwóch dróg, na których o mało nie stracił życia, nie wspominając o dobytku? Jeśli mu to miejsce cokolwiek uświadamia to to, że ma jeszcze raz tyle do Cabo San Lucas.

miejscowość Jesus Maria  Dalsza nasza droga wiodła wpierw na południowy wschód, przez suchy płaskowyż, z którego Witkacy importował halucynogenny kaktus peyotl. Jak się później dowiedziałem, posługiwał się nieaktualną nazwą w języku Nahuatl. Języku spokrewnionym z Azteckim. Dziś już wiem że miejscowi nazywają go peyote (wym. pejote). Mistrz wprowadził mnie, i całą generację pieszczoszków komunizmu w błąd! Nie on jeden. Do dziś Europejczycy posługują się archaiczną nazwą. Przez dwadzieścia lat szukałem tego enigmatycznego kaktusa, by się dowiedzieć, że opis halucynacji Witkacego odpowiada działaniu peyote, dokładniej - alkalojdu meskaliny. Nie mogę mu tego wybaczyć, choć trudno mi sobie dziś przypomnieć co on to takiego istotnego jeszcze napisał, poza tym że ćpał. Rosnie tu takze dużo bardzie pospolite, lecz niemniej narkotyczne "indianskie drzewo tytoniowe" (nicotiana glauca). Na tym że płaskowyżu, poza cenną florą są kopalnie złota i źrodła geotermiczne. Rezultat nie tak dawnej działalności tektonicznej i wulkanicznej. Środkiem Morza Korteza biegnie południowa odnoga lini tektonicznej San Andreas. Dziesięć milionów lat temu, wstrząsana trzęsieniami, polewana lawą, ziemia po której jedziemy, odłączyła się od płyty kontynentalnej, spiętrzyła i pośliznęła na północny zachód. Ubytek ziemi po wschodniej stronie wkrótce został zalany wodą z Oceanu Spokojnego. Tak powstało Morze Korteza. A dokładniej, cytując Ewę Głowacką: golf otworzył się najpierw jako morze (15-8 Ma), a dopiero potem jako ryft (<4 Ma). Jasne?

 To było na początku. Teraz, Amerykanie nie mogą sobie wybaczyć, że po Wojnie Meksykańskiej w 1850-tym, nie zagarnęli tej części kontynentu. Toż na początku drugiej połowy zeszłego wieku żyło tu zaledwie dwadzieścia tysięcy wynędzniałych Indian, i kilkuset zakonników. Im dalej na południe tym wyraźniejsze są wpływy kulturowe Hiszpanów, zwłaszcza misjonarzy. Wpierw Jezuitów, potem Franciszkanów i Dominikanów. Do dziś działa dominikańska misja w San Ignacio. Toż to była ziemia Boga. To ku jego czci misjonarze uprawiali tę spaloną słońcem glebę. Król Hiszpański miał nad nią pieczę, lecz własność była Boża. Widać to nie tylko w nazwach, lecz i architekturze. Domostwa pozbawione są ogrodzeń, bo przed kim się tu odgradzać - przed Panem? Jak tu można nadawać tytuły własności? Czyżby śmiertelnicy mogli uzurpować władzę Bożą? Prawo własności ziemskiej na Baja zaczyna się zmieniać pod presją Amerykańskich inwestorów. Choć nadal ziema jest komunalna, należąca do wsi lub miasta. Wieś może wydzierżawić plac, na 33 lata, lecz nie może go sprzedać. O tym bedzie później, gdy dotrzemy do Cabo.

 Fascynują mnie pierwsi europejscy odkrywcy tej ziemi. Tak nie wiele wiem o tych ludziach którzy w imię Boga tu przypłynęli. Wiedzieli dobrze że już nigdy nie wrócą do Hiszpanii. dominikańska misja w San Ignacio Zwłaszcza tu na Baja, gdzie nie było szczodrej przyrody a tylko śmierć głodowa zbierała obfite plony. Wszystkie 16-to wieczne próby zasiedlenia Baja'y kończyły się fiaskiem, a zaczynały ceremonią przejęcia rzeczywistej i prawnej własności. Dokonywał jej przywódzca wyprawy morskiej. Schodził ze statku na plażę, stawał w rozkroku, kładł dłoń na rękojeści swego miecza i oświadczał kilku zebranym że gdy ktokolwiek zakwestionuje ten akt, on jest gotów go bronić. Następnie sciął szablą kilka drzewek, ułożył kupkę kamieni, nabrał do wiaderka morską wodę i polał nią ziemię. Tym symbolicznym aktem, podobnym psiemu obsikiwaniu drzewek, obejmował on w posiadanie ten obszar. Indianie biorący udział w tej ceremonii musieli się ze śmiechu pokładać. Czegoś tak absurdalnego jeszcze nie widzieli. Dziś już im nie do śmiechu.

 Mijamy kopalnie złota eksploatowane przez potomków Smith'a, dezertera z brytyjskiej fregaty, który w pierwszej połowie zeszłego wieku wybrał wolność i osiedlił się w okolicach San Quintin. trzy dziewice Ożenił z Hiszpanką i dał początek długiej linii genealogicznej. Większość kopalń jest dziś porzucona ze względu na trudne warunki eksploatacji.
Mijamy zjazd do San Francisco de la Sierra, osady wysoko w górach gdzie znajdują sią gigantycznych rozmiarów petroglify indiańskie. Innym razem, poczekam na zimę.

 Za San Ignacio mijamy po lewej trzy dziewice. Z hiszpańska - Tres curvas peligrosas. Jest to rząd wulkanów, u podnórza których jest, lub ma być elektrownia geotermiczna. Tres Virgenes wybuchło ostatni raz ok. 1850 roku. Tu droga wije się urwiskiem, i gwałtownie opada ku Morzu Korteza. Na drugi dzień udało nam się dojechać do miasteczka Santa Rosalia. Założone przez Francuzów celem eksploatacji bogatych pokładów rudy miedzi. Do dziś szczyci się wspanałymi wypiekami w najlepszej francuskiej tradycji. Droga ociera się o nieczynną hutę i prowadzi teraz na południe, prawie nad samym Morzem Korteza.

Po drodze mijamy kolejne miasteczko o dzwięcznej nazwie Mulege (wym. mulahe). Jest to oaza daktylowa. Mieszka tu na stałe sporo Amerykanów. Widać to po sklepach i twarzach dzieci wracających do domu ze szkoły. Łatwo je poznać po mundurkach i tornistrach. Tuż za Mulege zaczyna się najbardziej widowiskowa cześć drogi. najbardziej widowiskowa cześć drogi Wiedzie ona przy Bahia Concepcion. Z drogi widać lazurowe zatoczki. Na wszystkich piaszczystych plażach są prymitywne kurorty, czyli szreg palap, czasami sklepik, restauracyjka. Lepiej lub gorzej zagospodarowane. Ponieważ zbliżał się wieczór, zatrzymaliśmy się na noc po południowej stronie zatoki.

widok wydał się nam tak wspaniały Nad ranem widok wydał się nam tak wspaniały, że postanowiliśmy rozłożyć lódź i zostać tu kilka dni. Spuściliśmy lódź na wodę i popłynęliśmy zwiedzać Zatokę Poczęcia. Lazurowe zatoki są jak z obrazka. Woda o tej porze roku jest już mile ciepła. Rozmaitość odcieni zieleni i niebieskiego bierze się z rodzaju dna. Biały piasek daje turkusowy odcień, natomiast podwodne wodorosty - głęboki błękit.

 Opłynęliśmy całą zatokę. W czasie jednej z wycieczek spotkaliśmy parę starszych Amerykanów. Powiedzieli nam że są już drugim pokoleniem amerykańskich emerytów osiadłych w Mulege. Mężczyzna widać przeszedł na wczesną emeryturę z LAPD. Ich rodzice postawili tam wcześniej dom i tym sposobem dwie generacje emerytów zamieszkało pod jednym dachem. Już w raju, ale jeszcze na ziemi. Opowiedzieli nam też o innym, "byłym patriocie", który mieszka od piętnastu lat przy Bahia Concepcion w miejscu zwanym The Far Side "The Far Side". Ostatni rok samotnie. Twierdzili że bardzo chętnie przyjmuje gości.

Na północno wschodnim brzegu zatoki zawitaliśmy w obejściu Dave'a Nelsona, ex-patrioty z Santa Barbara. Mieszka w pięknej palapie (to rodzaj domu, o drewnianej konstrukcji, z niepełnymi przewiewnymi scianami, z dachem krytym palmowymi liścmi, oczywiście bez szyb. W czasie upału otwiera się całe sciany aby umożliwić przepływ powietrza).

Dave żyje tu z dwoma psami, kotem i kozą o imieniu Kleopatra. Poprzedniego roku rzuciła go żona - Yvonne, mowiąc że ma dość życia w raju z kozą Kleopatrą, po czym wrociła do Stanów. The Far Side

Dave odziedziczył tę palapę po byłym baletmistrzu z LA - Whit'cie, który tam mieszkał, aż do nagłej śmierci. Pękła mu śledziona. Udzielał on przyjezdnym Amerykankom lekcji rock-n-roll'a na plaży. Podczas lekcji, demonstrując karkołomny piruet, uderzył się o plażowy stolik. Nie zaprzątał sobie tym głowy, aż do następnego dnia, gdy dostał wewnętrznego wylewu. Już było za późno. Dave bardzo mnie namawiał bym przejął tę palapę. Tłumaczył że pozostawiona łasce miejscowych rybaków nie przetrwa tygodnia. Widać zastanawiał się nad powrotem na stałe do Stanów. Dzierżawa ziemi, z dostępem do słodkiej wody, którą trzeba przywozić z odległej o pięć mil studni artezyjskiej, kosztuje go $200 rocznie. Ja nie mogę się do tego zobowiazać, choć palapa jest dziełem sztuki i świadectem dobrego gustu. W czasie naszego pobytu nad Bahia Concepcion odwiedziliśmy go dwukrotnie. Opowiadał nam o życiu na Baja, o radościach i kłopotach. O nieustannych szykanach ze strony skorumpowanych miejscowych urzędników. No i o najsłynniejszej, prawie legendarnej wsród miejscowych Amerykanów, Patrycji Renterze. Zmarła ona jakieś cztery lata temu w wieku 75 lat. Była to pierwsza kobieta biorąca udział w rajdach terenowych bezdrożami Meksyku - "Baja 1000". Była kimś w stylu Emilii Erhart. Patrycja wyszła za Meksykańczyka i kupiła piekną działkę z widokiem na zatokę. Jest tam strumyk, i woda przez okragły rok. Sama stroniła od morza.

The Far Side  U Dave'a poznaliśmy Ivan'a, czterdziestoletniego Australijczyka. Upierał się przy tym że jest na emeryturze. Ponieważ nie śmierdzi groszem, zajmuje się budową domów w Jackson Hole, Wyoming. Pół roku temu sprzedał jeden i zafundował sobie i swojej dziewczynie półroczne wakacje. Kupił w Santa Rosalia za $5000 trzydziesto stopową żaglówkę, z silnikiem do remontu. Ogłoszenie znalazł w Boat Trader. Dopłacił $2000 na remont silnika i nowe żagle po czym dał ogłoszenie że ją ma na sprzedaż. Nim wyruszył w rejs po morzu Korteza miał na nią kupca za tyle samo za ile ją kupił. Słyszałem później o nim od innych ex-patriotów że słynął z władania dzidą na ryby. Ponoć nie ma ryby w całym morzu, z którą Ivan by sobie nie poradził. Szkoda że tego nie widziałem, choć planowaliśmy wspólne polowanie. Podczas jednych z odwiedzin Dave dał mi, z dobrze zaopatrzonej biblioteczki książkę Johna Steinbecka, "The Log from the Sea of Cortez", tę którą tak trudno zdobyć w Stanach. Od tego momentu służyła nam ona za przewodnik. Staraliśmy się trafić do miejsc, w których był Steinbeck w 1940-tym roku i sprawdzić co się zmieniło.

usiedliśmy jak zawsze nad brzegiem zatoki  Wszystko się zmieniło, poza kursem pesa. W 1940 roku wynosił on tyle co i dziś - sześć do dolara. Tego czego wyogóle nie doświadczyliśmy to spodkań z Indianami, o których tak wiele pisze Steinbeck. Ale o tym powiem pózniej. Poza wspaniałymi lazurowymi zatokami i spokojną ciepłą wodą Bahia Concepcion zafundowała nam o tej porze roku niezwykle zjawisko. Zaczęła świecić bioluminescencją. Któregoś wieczora usiedliśmy jak zawsze nad brzegiem zatoki i w pewnym momencie zobaczyli, że brzeg jest jakby obramowany zielonym jarzeniowym światłem. Gdy zaczęliśmy wrzucać do wody kamyki, na wodzie pokazywały się fajerwerki swiatła, a gdy popłynęliśmy łodzią, po obu jej stronach poleciały iskry. Niesamowita była też kąpiel. Po wyjsciu z wody przez chwilę całe ciało świeciło, tak jak na Marsjanach. Dave twierdzi że jest kilka pór roku gdy plankton kwitnie i w zależności od gatunku, innym kolorem światła. Trwa to tylko kilka dni. W przeciwieństwie do tego co widziałem na Pacyfiku, przy Channel Islands, to zjawisko jest dużo bardziej intensywne i częstsze.

Na chybił trafił otwieram "The Log from the Sea of Cortez" by skonfrontować doświadczenia noblisty w tej sprawie. A tu, z grubej rury, Steinbeck nadaje:

"...most of the mystical outcrying which is one of the most prized and used and desired reactions of our species, is really the understanding and the attempt to say that man is related to the whole thing, related inextricably to all reality, known and unknowable. This is a simple thing to say, but a profound feeling of it made a Jesus, a St. Augustine, a Roger Bacon, a Charles Darwin, and Einstein. Each of them in his own tempo and with his own voice discovered and reaffirmed with astonishment the knowledge that all things are one thing and that one things is all things - a plankton, a shimmering phosphorescence on the sea and the spinning planets and an expanding universe all bound together by the elastic string of time."

Po kilku dniach załadowaliśmy graty i w dalej w drogę na południe.

misja w Loreto  Następne miasto to Loreto, dawna stolica Południowej Baja'y. Stare miasteczko w stylu kolonialnym z nadmorskim bulwarem z palmami i pensjonatami. Ku naszemu zaskoczeniu było senne i tylko nieliczni turyści błąkali się po kamiennych uliczkach. W miasteczku tym jest najstarsza w całej Kalifornii misja katolicka. Trafiliśmy tam akurat w niedzielę. Odbywała się uroczysta msza

Tuż za Loretem zaczęła nam szwankować ciężarówka. Jedna z opon traciła powietrze. Na szczęscie mieliśmy ze sobą mały kompresor - zdecydowałem pojechać do warsztatu już w La Paz. Dużo groźniejszy był świst wydobywający się z silnika. Słyszałem go wcześniej i nie potrafiłem dojść źródła, zwłaszcza że przestał świstać. Któreś z łożysk, tylko które? W Ciudad Constitucion zaświstało, zazgrzytało... i koniec wysiadać. Okazało się, że zatarła się pompa smogowa. Sama awaria nie jest groźna, ale ten sam pasek, który ją napedza, kręci prądnicą. Bez tego nie sposób daleko jechać. Zbliżała się już noc. Musieliśmy przed zmierzchem znaleźć miejsce na biwak by nie włączać świateł. Chcieliśmy rozbić się gdzieś przy wodzie. Najbliższym miejscem było Puerto Chale nad Pacyfikiem (koło Santa Rita na drodze nr.1).
wiejskie przyjęcie Spieszyliśmy się aby zdążyć przed zmrokiem. Jak zawsze szukaliśmy w ciemno. Dotychczas nam się udawało. Tym razem wpadliśmy w tarapaty. Dosłownie wpadliśmy w mangrowe bagno. Ciężarówka mimo że tak duża i kuta na wszystkie cztery kopyta zaryła się po brzuch i ani rusz. Koła buksowały w śmierdzącej mazi. Trzeba było iść do pobliskiej wioski po pomoc. Mieszkańcy zauważyli co sie z nami dzieje i sami pospieszyli z pomocą. Próbowali nas wyciągać wielokrotnie i za każdym razem polipropylenowe liny rwały się jak nici. Przybyła pomoc z łopatami. Podkopywali i podrzucali mangrowe galęzie. Po tych zabiegach i po przyczepieniu łańcucha w końcu udało się. Wszystko zostało ubabrane i śmierdzące. Ciężarówka miała błoto nawet na dachu. Zaczynało być nie wesoło. Bez świateł (ze względu na prądnicę) w tak nieprzychylnym terenie.

Szukając biwaku natrafiliśmy na wiejskie przyjęcie, była to jakaś impreza dla dzieci. Prawdopodobnie urodziny. Na podwórku między kilkoma chatkami spora grupa dzieciaków przygotowywała się do rozbicia pińady (jest to papierowa kukła wypełniona słodyczami, a zabawa polega na tym, że wiesza się ją na sznurku, zawiązuje się dzieciom oczy i muszą one kijami rozbić papierową zabawkę. Wysypują się wówczas smakołyki a dzieci je z piskiem zbierają). Gdy nas zobaczyły, przerwały zabawę a dorośli podawali Iwonie dzieci do zdjęcia. Była ona jak Święty Mikołaj. Niespodziewana atrakcja, a słońce już dotyka horyzontu. Jedziemy dalej. Znalazłem wreszcie przesiekę w mangrowcach, służącą rybakom do spuszczania łodzi i sortowania ryb i małż. Mała piaszczysta plaża i wyjątkowo, jak na Pacyfik, ciepła woda. Dookoła żywej duszy nie widać. Stajemy tu na noc. A noc była ciężka. O zmroku obudziły się otaczające nas mangrowce. Wiele żyjatek musi w nich mieszkać, bo coś kląskało, chrząkało, świstało i darło dziób - całą noc. Było gorąco, a wilgoć taka, że wszystko co mogło zamokło. Aż dziw, dwadzieścia metrów dalej od oceanu jest sucho jak pieprz. Czuć było gnijącą roślinność.

 O brzasku, ku naszemu wiekiemu zdziwieniu zobaczyliśmy, że zatoki nie ma. Całkiem wyschła. Zamiast wody jest błoto, aż po horyzont. Poszedłem zbadać. Iwona wolała nie oddalać się od ciężarówki. Okazało się, że rozbiliśmy się nie nad zatoką, lecz nad olbrzymim "tidal pool". Podczas odpływu woda znika, a w czasie przypływu napełnia się ponownie. Miejsce naszego biwaku było otoczone mangrowcami (ni to drzewa ni krzewy rosnące w słonej wodzie) tak gestymi, że tworzyły dżunglę nie do przejścia. Gdy ja poszedłem zbadać zawartość "tidal pool" Iwona pakując rzeczy nagle podniosła głowę i na pobliskim wzgórku zobaczyła mężczyznę. Stał i przygladał się jej uważnie. Gdy mnie zobaczył zniknął tak samo nagle jak się pojawił. Tak, to pasuje do opisu Indian przez Steibecka. Wysuszyliśmy co nieco nasze rzeczy, spakowali i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przede wszystkim trzeba było naprawić ciężarówkę. Obawiałem się, że może nie starczyć ładunku w obu akumulatorach na drogę do La Paz.

 Mijamy Ciudad Constitucion, sama nazwa jest świętokractwem wsród świetych miejsc, nie mówiąc już o zawartości. Przejezdżając przez nie myślałem że jestem w Nowej Hucie. Planowane miasto z mniej więcej tego samego okresu. Szerokie ulice, świeckie urzędy, usługi dla ludności pracującej miast i wsi, instytut naukowy rolnictwa, ośrodek badawczy, dom kultury. Jest to centrum gigantycznego kołchozu, który powstał gdy rząd federalny zbudował tu elektrownię i wielką stację pomp. Dzięki irygacji zazieleniła się pustynia. Uprawiana jest tu kukurydza, alfalfa (koniczyna lucernska) i warzywa. Ale tak samo jak w Nowej Hucie widać tu bałagan. Jestem przekonany że brak im sznurka do snopowiązałek. Nie zatrzymaliśmy się w tutejszym GS-ie by sprawdzić co właśnie rzucili na sklep. Gnamy dalej do La Paz. Akurat jest to pierwszy maja i ku naszemu zdziwieniu trafiamy w La Paz na pochód pierwszo majowy. W najbliższym warsztacie jaki znaleźliśmy powitał nas mężczyzna w kitlu z napisem Smog Check - Pass or don't Pay. Spytałem go po angielsku czy jego zawodowa etyka pozwoli mu usunąć z tego tu samochodu urządzenie anty-smogowe. Odpowiedział dumnie my tę zakałę usuwamy we wszystkich samochodach, po czym posłał pomagiera by kupił mu w mieście krótszy pasek klinowy. Sam zaczął nam opowiadać historię swgo życia.
Nazywa się Jesus Sanchez. Mowił że urodził się w biednej dzielnicy wschodniego Los Angeles, opowiadał jak to pracował jako mechanik w warsztacie ARCO w El Monte. Ciagnał dalej o tym jakiego upokorzenia się tam najadł. Jak poznał swoją obecną zonę w La Paz i jak mu się to nowe życie teraz podoba.

- Wieczorem - mowił
- będzie fiesta i tańce na nadmorskim deptaku

pińady  Przejezdżając tamtędy widzieliśmy podium i sprzęt nagłaśniający. Chciałem go spytać o uroczystą akademię, ale jak to po angielsku wyrazić? Szybko i sprawnie załatał zarówno oponę jak i założył nowy pasek i to wszystko za $15. Z dumą oświadczył że cały cywilizowany Meksyk swiętuje 1-szego maja, a ten biedny, w Stanach Zjednoczonych i głuche wioski obchodzą 5-tego maja. Cinco di Mayo, to dzień niepodległości, ale tak naprawdę, mało kto potrafi powiedzieć od kogo. Najpopularniejsza wersja mówi o bitwie puebli. Sto pięćdziesiąt lat temu, tegoż to dnia została pokonana francuska kompania karna, która przybyła do Meksyku, by siłą odebrać zaległy dług pieniężny. W drodze do Mexico City kompania napotkała silny opór mieszkańców puebli. Francuzi doszli do wniosku, że pieniądze nie są warte życia tylu żołnierzy, poza tym nie wygląda by jakiekolwiek bogactwa jeszcze zostały. Zawrócili. Uznane to zostało za zwycięstwo, czego nie mogą powiedzieć o potyczkach z sąsiadem z północy.

 La Paz jest dziś stolicą Południowej Baja'y, i jest nią od czasu gdy huragan zniszczył Loreto w 1829. Jest to 300-tysięczna, ruchliwa, pełna życia metropolia. Jedna część to nadmorski bulwar w stylu kolonialnym z hotelami, restauracjami i sklepikami z pamiątkami, a trochę dalej, na lekkim wzniesieniu jest tętniące życiem miasto, jakby zupełnie niezależne od turystów. La Paz czyli pokój, zasłynęło z pięknych pereł, które były magnesem dla wielu awanturników i piratów z całego świata. Perły z zatoki La Paz zdobią dziś korony wielu króli i papieży. To dla nich Sebastian Vizcaino w 1683 wyrżnał tu wszystkich Indian, którzy nie zdążyli uciec. Ci sami Indianie dwa lata wcześniej wyrżnęli tu białych osadników liczących na perłowe plony. Po tym pokojowym wydarzeniu miasto zostało ochrzcone La Paz. W połowie 18-tego wieku małże perłowe tajemniczo zniknęły, i nastał trwały pokój. Dziś można je zobaczyć tylko w w muzeummuzeum. Bardzo skromnym. Lokalne sklepy jubilerskie zajmują się handlem cubic zircon'ii a na pytanie czy mają może pierścionek z perłą popatrzyli na mnie jak na wariata. Wszystko co po perłach zostało to nazwa hotelu i piekarni. Zwiedziliśmy katedrę, w której Steinbeck świętował mszę wielkanocną. Po zrobieniu niezbędnych zakupów znowu przystąpiliśmy do szukania miejsca na nocleg.

 Pojechaliśmy drogą nr.11 i zatrzymali na plaży Tecolote, na przeciw wyspy Espiritu Santo czyli Swiętego Ducha. Przy niej Steinbeck próbował łapać na harpun wielkie manty. Nikt z osób które poznałem nie widział tej legendarnej ryby. Ja sam widziałem ją tylko w telewizji szybującą z jednego krańca ekranu na drugi, i to z brytyjskim akcentem. Mam nadzieję że nie podzieliły losu pereł. Plaża była wspaniała, piękny piaseczek i cieplutka woda. Znowu miejsce tak nas urzekło, że zostaliśmy tu kilka dni. Robiliśmy sobie częste wyprawy na odległą o 3 mile wyspę Swiętego Ducha. Po południowo wschodniej stronie tej wyspy jest spora zatoka z występami skalnymi i dużymi piaszczystymi plażami. Pławiliśmy się i nurkowali.
na plaży Tecolote Dawno temu czytałem że legendarny Bernard Moitessier posługiwał się wyjątkowo długą i cienką dzidą. Przed wyjazdem zmajstrowałem sobie własną dzidę na małego płocia. Jest to fragment masztu anteny CB z nierdzewnej stali. Bardzo skuteczna. Na kolację więc były "surf fish" czyli rybki ok. 1 kg, z których "mullet snapper" (porgo) jest najsmaczniejsza. Ochrzciliśmy ją rybą stołową (pesca mesa).
Któregoś dnia postanowiliśmy popłynąć lodzią do La Paz. Około 20 mil wodą. Zatęskniło nam się miejskie życie. Odwiedzamy wpierw rynek z katedrą, potem okoliczne sklepy przy wąskich uliczkach. Na przymorskim deptaku trafiliśmy na adwokata, który przyżaglował tu kilka dni wcześniej z San Francisco i czeka teraz na pasażerkę. Nie jest pewien czy go nie wystawiła, ale czas tak mile płynie pod tymi palmami, zawsze może trafić się ktoś inny, kto zechce z nim popływać. Podziwiam człowieka, 40-to stopową łodzią sam płynął 10 dni. Potem trzeba jeszcze wrócić na północ, pod wiatr i prąd. Stawić czoła letnim sztormom na Pacyfiku. Skąd ci adwokaci biorą trzy miesięczne urlopy?
Odcumowaliśmy łódź i zwiedzili redę La Paz, czyli wąski przesmyk między miastem a piaszczystą łachą El Mogote. Są tu tylko pleasure crafts, komercyjne jednoski mają swój port 7 mil na północ, przy rafineri ropy. Trzy czwarte to Północno Amerykańskie łodzie, połowa z nich motorowe. Reszta, ciut skromniejsza ma meksykańską rejestrację.

Zwrotnik Raka  Po kilku dniach wyruszyliśmy dalej na południe. W ciągu następnego dnia dojechaliśmy do końca lądu tj. do Cabo San Lucas. Po drodze przekroczyliśmy Zwrotnik Raka, czyli równoleżnik 23°27'. Byliśmy w tropikach. Ta magiczna linia, gdzie latem słońce pali w pałę z zenitu, zaznaczona jest znakiem drogowym, betonową kulą, i kapliczką. Klimat specjalnie się nie zmienił. Przybyło nieco wyschniętych o tej porze krzewów na wzniesieniach. Nadal otaczała nas pustynia porośnięta kaktusami cardon i sucholubną roślinnością. Dotychczas jechaliśmy nie zagospodarowanymi terenami, przez pustynie i góry, a od San Jose del Cabo aż po Cabo San Lucas mieliśmy wrażenie, że nagle znaleźliśmy się spowrotem w Stanach. Zła droga nr.1 zamieniła się w autostradę, a puste place pokryły luksusowymi hotelami i domami. Samo Cabo jest amerykańskim kurortem. Hotele, restauracje, sklepy z pamiątkami, tłumy amerykańskich turystów zachowujących się głośno i nonszalancko. Oznajmiający całemu światu, że oni tu są. Ceny bardzo wysokie. Małe lody kosztowały dwa razy więcej niż w Stanach.
ostatni kawałek lądu Atrakcją Cabo jest grupa skał. Jest to ostatni kawałek lądu. Dalej już tylko bezmiar oceanu. Jedna ze skał tworzącej zatoczkę Cabo, świeci olbrzymią dziurą.

 Z książki Steinbecka dowiedzieliśmy się o spekulacjach na temat pochodzenia nazwy Kalifornia. Tak tę ziemię nazwał Hernando Cortez. Słowo podyktował swojemu pisarzowi/kartografowi. Ten to naniósł na mapy i tak powstała nazwa. Byli i inni którzy nazywali to miejsce Nowa Caledonia. Jedna z hipotez mówi że nazwa Kalifornia oznacza właśnie zatokę z dziurą, czyli "cale fornix". Nadał ją podobno Cortez wpływając do zatoki Cabo San Lucas. Drugą wersją nazwy California jest "caliga fornax", powiew z pieca, z łaciny (której Cortez nie znał). Pewnie z powodu żaru buchającego z lądu. Gdy Steinbeck odwiedził to miejsce mowił o rybackiej wiosce, w dwiema fabryczkami puszkującymi ryby. Braku światła, dostępu do lądu. Nie warte było kotwiczenia. Wszystko co Steinbeckowi do głowy przychodziło to piracka przeszłość tego miejsca. Caravelle załadowane perłami płynące na północ musiały opłynąć ten półwysep. Zatoka była idealnym miejscem by się ukryć i czychać na tłusty kąsek, potem na osłoniętej plaży można było podzielić się łupem. Wszystko co mi do głowy przyszło to obecna spekulacja dzierżawami.
Dla przyglądających się z boku Meksykanów musi to przypominać wyścigi konne. Sprowadza się ta zabawa do próby nerwów. Trzymać jeszcze dzierżawę ziemi i stojący na niej dom, czy już sprzedać podobnemu sobie o bardziej optymistycznym spojżeniu w przyszłość? Nikt nie wie czy jutro nie zmienią się meksykańskie przepisy i czy nie minie dzisiejszy entuzjazm. Powstanie w Chiapas zachwiało tę wiarę. Dewaluacja pesa, choć nie ma bezpośredniego wpływu na dolarowe tranzakcje, wprowadza element niepewności. Jak poznać czy lęk innych przewyższył ich chciwość? Nad tym zastanawia się każdy spekulant, który włożył w tutejszą posiadłość pół miliona. Im się jest dalej w łańcuchu sprzedający - kupujący tym bardziej posiadanie pali w palce. Poznałem takiego który się sparzył. Ale o tym później. Zabawiliśmy w Cabo tylko dzień i zaczęli wracać na północ. Tym razem jednak staraliśmy się jechać bocznymi żwirowymi drogami wzdłuż oceanu. Kolejną noc spędziliśmy tuż przy San Jose Del Cabo, na plaży oczywiście. Miedzy hotelami a rezydencjami znaleźliśmy niezabudowany kawałek plaży. Biwakowaliśmy prawie w zasięgu wzroku mieszkańców.

 Niektóre z tych rezydencji są okazałe. Większość robi wrażenie pustych. Pewnie są to jedynie wakacyjne domowstwa. Obszar między Cabo, a Los Barriles na północy, nazywa się East Cape i jest w większości zabudowany przez Amerykanów. Dotyczy to tylko wybrzeża. Miejscowi rybacy i farmerzy trafili na złotą żyłę w nowych przepisach dotyczących dzierżaw i praw ich sprzedaży. Nie tylko wynajmują się do pracy przy budowie, lecz czerpią dochody z obsługi mieszkających tu Gringów. Widać to nowe bogactwo w domach jakie sobie lokalna ludność buduje. Z reguły przy samej drodze, z dala od morza. Często są to resztki materiałów budowlanych użytych do budowy domów pracodawców. Jedyną drogą dojazdową jest brutalna tarka. Zaczyna się w San Jose Del Cabo i prowadzi do Los Barriles. Znalazłem na niej nie jedną plombę, która z zęba wypadła. W połowie drogi do Bahia de Palmas, na jednym z zakrętów stoi betonowy pomnik, opiewający jak to został on postawiony dla dobra ogółu "comunidad". Prowadzą nawet do niego, z nikąd, betonowe schodki. Ktoś napisał na nim niebieską farbą preciosa. Pewnie, okoliczny rybak powracający do domu zdezelowaną ciężarówka, w której to dopiero co wymienił resory, nie wytrzymał i przystanął. Wyjął z paki puszkę niebieskiej farby, która mu została z malowania łazienki Gringowi i dał upust swym zmieniającym się poglądom komunalnym.

 Długie równomierne fale Pacyfiku tworza stromy, nieprzyjazny brzeg. Trudno tu znaleźć dostępną z drogi plażę. Wypatrzyłem nikłą dróżkę, dojechałem do wysokiej skarpy, patrze w dól i jest, pusta plaża. Bardzo stromym zboczem zjechałem z 20 metrowej skarpy na plaże koło Cabo Pulmo. Nie wielu śmiałków to próbowało. Zaraz po zjechaniu próbowałem wjechać spowrotem, i nie wyglądało to dobrze. Piaseczek jest tu bardzo sypki. Tutaj też znajduje się jedyna na Baja rafa koralowa. Ciągnie się ona 15 mil na północ od tego miejsca. Tutaj też kończy się Pacyfik i zaczyna Morze Korteza. Plaża jest urocza, zasiana białym koralem, zaciszna i pusta. Tylko czasami z sąsiedniego obozowiska jakiś turysta przejdzie plażą. Z powodu rafy, woda jest tu mętna i wzburzona, a zejście do wody bolesne. Łatwo się pokaleczyć ostrymi koralami. Przy Cabo Pulmo zostaliśmy kilka dni. Mieliśmy ręce pełne roboty. Musieliśmy zbudować teraz drogę wyjazdową. Budulca jest tu sporo. Używaliśmy dużych brył koralu by utwardzić nawierzchnię. Co dzień nosiliśmy korale i mimo to wyjazd okazał się trudny. Spuściłem z opon powietrze do 10 PSI i dopiero po kilku próbach wyjechałem. Ruszyliśmy polną drogą wzdłuż oceanu, do Los Barriles.

głodny Niuniek  Jest to miasteczko nad Bahia de Palmas. Tu żwirowa droga łączy się z asfaltową nr.1. Następnym naszym przystankiem była Punta Pescadero, 13 mil dalej na północ, przy żwirowej drodze prowadzącej do San Jose de las Planes. Jest to jedno z piękniejszych miejsc jakie odwiedziliśmy. Duża piaszczysta plaża, wiele łatwych dojść do wody, a po bokach sterczą skały. Dość szybko opadające dno. Dzięki temu jest to wspaniałe miejsce do nurkowania. Pełne życia podwodnego i naziemnego. Na wysokim zboczu stoi tu hotel. W recepcji poinformowano nas że ceny są tu jedne z niższych tj. $200 od osoby za noc. Długo przyglądałem się tu cennikowi na inne rozrywki. Wynajęcie łodzi (pangi) $150, taksówka do miasteczka $100. Mimo tych cen hotel nie narzeka na brak klienteli. Wszystkie 16-ście pokoi było zajęte.
Punta Pescadero Pracuje w nim Gus, pełni rolę KO-wca czyli przewodnika dla gości hotelowych. Jest to 50-cio letni mężczyzna z Waszyngtonu. Pięć lat temu postanowił on zainwestować w dom na plaży obok. Porzyczył pieniądze w Stanach, dając swój poprzedni dom jako zabezpieczenie. Jak się potem okazało przepłacił, nastąpiła ogólna nerwowość po dewaluacji pesa i został na lodzie. Nie potrafił znaleźć drugiego takiego jak on frajera. Po dwóch latach, ażeby obniżyć straty zbankrutował, stracił swój dom w Waszyngtonie i na stałe osiadł tutaj. Na plaży wrże życie. Któregoś ranka zobaczyliśmy na plaży olbrzymiego żółwia . Własnie skończył, a właściwie skończyła składać jaja. Ten gatunek morskich żółwi zwie się zielonym, nie ze względu na kolor skorupy, lecz na kolor tłuszczu. O tym dowiedzieliśmy się od Bea - badaczki i znawczyni żółwi. John Steinbeck - literat, upolował w tych wodach urodziwy egzemplarz, lecz się nim nie pożywił. Nikt z jego załogi nie potrafił z tej zdobyczy zrobić kolacji. Wywar z tego gada, jak pisze laureat nagrody Nobla, okazał się niejadalny. Nasza żółwica zniosła jaja do jednego z pięciu dołków, 30 metrów od wody, miała teraz ciężką drogę powrotną. Chcieliśmy ją przenieść, ale ważyła ponad 50 kG. Polewaliśmy ją tylko wodą, głaskali po głowie i robili zdjęcia. Wkrótce zjawili się miejscowi rybacy z nadzieją, że my sobie pójdziemy, a oni bedą mogli ją zjeść. Jaja, też są delikatesem, więc wyrównaliśmy wgłębienia w których składała jaja. Poczekaliśmy aż żółwica dotrze do morza. Przez cały nasz pobyt na tej plaży towarzyszył nam kaleki pelikan. Nazwaliśmy go NiuniekNiuniek. Biedak miał złamane skrzydło i nie mogł sam polować. Skazany był na ludzką pomoc. Na meksykańskich rybaków liczyć nie mógł gdyż są okrutni dla nieproduktywnych zwierząt. Zdany był tylko na turystów, a tych bezbłędnie odróżniał. Gdy tylko zobaczył Gringa na plaży, rozpościerając skrzydła dla równowagi, walił wprost na potencjalnego dobroczyńce, kołysząc się przy tym jak kaczka. Przystawał na metr od celu i posykiwał znacząco domagając się ryby. Ponieważ my byliśmy na plaży okragłą dobę, uznał nas za naturalnych karmicieli. Domagał się jedzenia trzy razy dziennie. Dosłownie wyrywał nam ryby z rąk. Zrozumiałem wtedy co to znaczy być żywicielem. W tym wypadku robiłem to chetnie, bo wreszcie miałem wymówkę by wypróbować dzidę. Jednego dnia trafiłem sporą rybę która wyglądała na smaczną. Jeden z mieszkanców hotelu powiedział mi, że zna ją z Hawai, nazywa się surgeon fish i jest ponoć przysmakiem. Smaży się ją owiniętą w palmowe liście na otwartym ogniu. Całą, z wnętrznościami. Ponieważ nie mieliśmy rożna usmażyła ją Iwona tradycyjnie na patelni. Okazała się niejedalna, twarda jak podeszwa. Któregoś dnia gdy zabrakło nam już jedzenia pojechałem do Los Burriles po zakupy, i przy okazji poszukać miejsca gdzie można naładować butlę do nurkowania.

 Nie oparłem się pokusie zbadania El Monumento. Przy jedynce zauważyłem znak z napisem "El Monumento 2 km". Żwirową drogą wspiąłem się na wzniesienie, królujące nad cała zatoką Las Palmas. Na jego szczycie stoi olbrzymia betonowa konstrukcja składająca się dwóch wysokich bloków spiętych przy wierzchołku. Architektonicznie gustowne, poniżej zamykają one prostokąt amfiteatru. Wewnątrz na jego obwodzie są cztery rzędy ławek, a po środku dłuższego boku stoi betonowa mównica. Tak, projektował to zawodowy architekt, pomyślał o wciąganiu narodowej flagi pomiędzy betonowymi blokami. Miało się to odbywać automatycznie, o wschodzie słońca napędzane słonecznymi panelami. O zachodzie flaga była opuszczana silniczkiem napędzanym z akumulatorka. Z tego miejsca widać nie tylko całe miasteczko Los Barriles, lecz sąsiednie pagórki. Na jednym z nich stoi mikrofalowa stacja przekaźnikowa. Postawił ją były "Bell", to dzięki niemu jest teraz na Baja połączenie telefoniczne. Jakkolwiek drogie można się dodzwonić do domu. Czego nie można powiedzieć o El Monumento. Na oczach całego Los Barriles zostało rozkradzione. Wyrwana została nawet tabliczka oznajmiająca jego szlachetny cel. Zostały po niej otwory na śruby. Nie mowiąc o fladze, silniczku czy akumulatorze. Pozostały tylko panele słoneczne tkwiące 25 metrów nad ziemią. Ktoś musiał wcześniej ukraść drabinkę prowadzącą do nich.

 Opuszczamy ten raj na ziemi. Wyjazd okazał się nie łatwy. Spuściłem powietrze i po kilku próbach z trudem wyjechałem. Dalej jechaliśmy widowiskową, żwirową żwirowa droga do Bahia de los Muertosdrogą wiodącą stromym zboczem tuż nad samym morzem. Tak dojechaliśmy do Ensenady de los Muertos położonej nad Bahia de los Muertos. Wybieramy miejsce na plaży na biwak. Przed tem, szybciutko, aby zdążyć przed zmrokiem, pojechaliśmy 40 mil dobraą asfaltową drogą do La Paz - po prowiant. Już kilkaset metrów od morza żar się z nieba lał. Na przełęczy między La Paz i Muertos stoi kapliczka. Mieszkają w niej ciepło ubrane figurynki katolickich świętych. Zastanawia mnie co półnadzy Indianie myśleli o tych ikonach. Ciepły przyodziewek musiał Indianom dawać do zrozumienia że święci na co dzień mieszkają w dalekim, chłodnym klimacie i że wpadli tu do nich niezdążywszy się przebrać. Swiadczyło by to o pośpiechu i poświęceniu z ich strony. Dla tego są świętymi, w przeciwnym wypadku, tak jak oni, rozebrali by się do strojów plażowych.

 O zmierzchu wróciliśmy na upatrzony biwak. Znowu zjechaliśmy na plażę spuszczając powietrze z opon. Następnego dnia zaczęliśmy zwiedzać okolice. Wpierw poszliśmy na spacer wzdłuż plaży by przywitać się z mieszkańcami zatoki. Milę na północ stoi domek na kółkach. Zaczynamy od nich. Ni stąd ni z owąd wyszły nam na przciw dwie spasione świnie. Przechadzały się one plażą, od czasu do czasu wchodząc do wody by zażyć kąpieli. Na nasz widok bardzo się ucieszyły. Olbrzymi knur postanowił się ze mną spoufalić a ja musiałem salwować się ucieczką do głębokiej wody. Tu w Ensenadzie de los Muertos na stałe mieszkają:

- Don Ballantine - emerytowany paramedyk z Oregonu, z żoną, kotem i psem,
- młody Amerykanin Russel Jensen (do niego właśnie należą te dwie świnie o imionach Petunia i Porgi). Russ prowadzi firmę świadczącą usługi dla nurków z północy, specjalność: głębokie podwodne jaskinie. Liczy sobie $75 za dzień. Wliczone w to są dwie butle powietrza. Przywozi on swych gości z lotniska w La Paz. Poza nimi, po południowej stronie zatoki mieszka
- były kucharz z Palm Springs, w towarzystwie pary swoich znajomych z Idaho, dwóch kotów i psa. Prowadzą oni pizzernie pod palapą. Za $12 upiecze każdą pizzę. Mają sporo klientów ponieważ w Bahia de los Muertos kotwiczą na noc jachty płynące z Cabo. Przez radio zamawiają oni pizzę i jeżeli chcą, inne wypieki (chleby, ciasta). Ron, tak nazywa się picerz, dostarcza też swe wyroby, jeśli klijenci wolą je spożywać w zaciszu swoich łodzi. Byliśmy u niego na pizzy dwukrotnie i za każdym razem była wyśmienita. Kolejna mieszkanka tego miejsca to
- Kanadyjka - Patrycja. Mieszka ona z psem basetem w starym szkolnym autobusie. Pisze romanse, ale jak na razie nic nie wydała. To miejsce, jest też uczęszczane przez
- młodzież z La Paz. Przyjezdżają tu oni tłumnie w niedzielę, na przerwy miedzysemestralne i wolne dni w roku szkolnym.

 Z opowiadań wiedzieliśmy że jest to dość ciekawe miejsce. Spuściliśmy łódź i popłynęli zwiedzić zatokę zwaną Punta Arena, na północ od naszego biwaku.

przydżna kapliczka niopodal La Paz  Stoi tam okazały hotel całkiem opuszczony z powodu bankructwa właścicieli i nieporozumień, kto ma tym teraz zarządzać i za ile. Narazie, w przebłysku zdrowego rozsądku, bank postawił tam strażnika, który pilnuje aby nikt tego nie rozkradł. Stoi więc wszystko tak jak zostało opuszczone. Tylko piękne palmy otaczające hotel zaczynają usychać. Widać też, że ząb czasu zaczyna dobierać się do białych ścian. Gdzie niegdzie już tynk zaczyna odpadać.

Podczas jednej z kurtuazyjnych wizyt u mieszkańców zatoki mieliśmy okazję być świadkami interesujacej historii. Przyjechał detektyw z jednej z firm ubezpieczeniowych. Sprawdzał on żądanie klienta o wypłacenie $600,000 odszkodowania za skradzioną łodź. Jej właścicielem jest handlarz samochodami z Fresna. Rok temu ją ubezpieczył na, co się potem okazało dużo więcej niż była warta. W tym samym mniej więcej czasie kupił franchise Mazdy. Punta Candeleros Sprawa śmierdziała na odległość. Jakieś dwa tygodnie wcześniej, niedaleko naszej plaży patrolujący stateczek marynarki meksykańskiej przyholował podziurawioną lódź, płynącą dnem do góry. Była ograbiona ze wszystkiego co się dało odkręcić. Zniknął silnik, bączek, radar, kuchnia mikrofalowa, sprzęt nawigacyjny i stereofoniczny. Kilka dni wcześniej właściciel zgłosił jej zaginięcie z bardzo dobrze strzeżonej przystani w Cabo. Po dociekaniach detektyw wykrył, że alibi właściciela nie jest spójne. Poza tym widziano jego samochód u ludzi (Meksykanów) którzy rozbierali tę łódź. Pewnie mieli oni ją potem zatopić. Nie byłoby wtedy śladu i odszkodowanie byłoby wypłacone bez zająknięcia. Spartaczyli robotę, bo nie potrafili kadłubu posłać na dno. Dla właściciela skończyło się to nie tylko utratą lodzi, ale i potencjalną sprawą sądową za próbę wyłudzenia pieniędzy. Gdyby to zadanie zostało powierzone fachowcowi takiemu jak niżej podpisany, to nie doszło by do wandalizacji mienia. Od lat 60-tych wszystkie łodzie motorowe produkowane w Stanach są niezatapialne. Wymaga tego prawo. Wewnętrzne pawęże budowane są gąbki poliuretanowej laminowanej włóknem szklanym. Nie da się tego porąbać, a nawet jeśli, to szczątki i tak bedą pływać, więc ślad pozostanie. Spalić też nie można, bo czarny dym widać będzie na dziesiątki mil.

Bahia Blanca  Kolejna nasza plaża znajduje się przy rybackiej wiosce Punta Candeleros, na południe od Loreto. Jest ona wciśnięta między górami Sierra de la Giganta a morzem. Milę na południe jest zatoczka Bahia Blanca, do której można dojechać zwykłym samochodem osobowym. Należy zjechać z jedynki na szkolne podwórko w Ligui (wym. Li łi), i polną dróżką dojechać do morza.

 Znowu wyjmujemy łódzi i zwiedzamy okolice. Popłynęliśmy do maleńkiej zatoczki Puerto Escondido. To przy niej zatrzymał się Steinbeck. Nie wpłynął, bo sternik bał się ugrzęść na mieliźnie przy wejściu. Stąd Steinbeck wyruszył na polowanie na kozice górskie w Sierra de la Giganta. Puerto Escondido ma wąskie i dość płytkie wejście i dzięki temu jest całkowicie osłoniete od fal. Jest to bezpieczne kotwicowisko. Stoi tam z sześćdziesiąt łodzi, w większości żaglowe. Niektóre okazałe i prawie wszystkie z rejestracją amerykańską. Tu kolejny kwiatek meksykańskiego komunalizmu. Jakiś urzędas zaplanował tu marinę z hotelem restauracją i przystanią. Za jego kadencji przystąpiono do prac. Zbudowano nieco i przerwano roboty. Odsunięto urzędasa a po nim przyszedł następny, który w czambuł potepił ten głupi pomysł i postanowił wybudować ośrodek wypoczynkowy w innym miejscu, Nopolo, siedem mil dalej na północ. Niedokończoną budowę w Puerto Escondido kupili francuscy inwestorzy, którzy przecie się dobrze znają na budowie śródziemnomorskich przystani. całkowicie osłoniete od fal Lokalne władze tylko na to czekały. Pozwolili Francuzom wybetonować parking, keję, postawić latarnie, kilka budyneczków i zakwestionować prawną podstawę ich działalności. Francuzi podwinęli ogony i odeszli z kwitkiem tam skąd przyszli. To co po nich zostało stoi już dobrych kilka lat. Oczywiście powoli zamieniając się w ruinę. Najbardziej ekscentryczna budowla to olbrzymi betonowy most w kształcie łuku tryumfalnego. Jest on tak wysoki, że nie sposób się na niego wdrapać. Poza tym prowadzi on z nikąd do nikąd, a co najzabawniejsze nie ma pod nim wody.

 Popłynęliśmy na okoliczne wyspy. Isla Danzante, na przeciw Puerto Escondido, ma dobrze osłoniętą zatoczkę o nazwie honeymoon cove. Dalej leży Isla Carmen. bezludne lazurowe zatoczki i kredowe plaże Na południowym jej krańcu znajdujemy bezludne lazurowe zatoczki i kredowe plaże. W czeluściach urwisk roi się od homarów (langusta = pacific thorny lobster). Po północno-wschodniej stronie wyspy jest pas startowy, więc można się na nią dostać z powietrza. Wyśmienite nurkowanie, liczne dorada, tuńczyki, langusty i ośmiornice. Na plaży zawarliśmy znajomość z miejscowymi rybakami. Łowią oni głównie małże. Na swych pangach mocują kompresor samochodowy z wężem na sprężone powietrze. bezludne lazurowe zatoczki i kredowe plaże Jeden z nich zakłada ołowiane ciężarki i schodzi dziesięć metrów pod wodę trzymając wąż (hukę) w ustach.
Pytałem ich skad są. Opowiadali o swoim ojcu który przypłynął tu kajakiem z Sinaloa'y. Osiedlił się wpierw w La Paz, potem tu. Na pytanie kim są odpowiadali bez wachania że Indianie. Patrząc na nich myślę że skundleni. Jest to średnia cech fizycznych wszystkich Meksykanów. Jeśli Steinbeck pisał o Indianach czystej krwi, to w ciągu pięćdziesięciu pięciu lat zdążyli wymieszać się jak kaszanka. Faktem jest że w tym czasie sporo ludzi napłynęło z kontynentalnego Meksyku. Chcieli porzyczyć lornetkę. Bez wachania im dałem. Następnego dnia oddali z podziękowaniem. Na cały dzień potrafiliśmy zostawiać otwartą ciężarówkę, ze szpuntami porozrzucanymi dookoła. Nic nam nie zgnęło. Nie zrobił bym tego w Tijuanie.
Pytałem ich skad są Tu, przy plaży, od wielu lat, mieszka Darleen (peregrino), biolog i przyjaciel rybaków. To dzieki jej i jej męża wysiłkom mogą tu jeszcze wrócić ostrygi (spiny oysters). Podobne tym które miejscowi rybacy zdziesiątkowali w ciągu ostatnich pięciu lat. Podejżewam że podobnie jak perłowe małże trzysta lat temu.

 Na tej plaży, przy skalnym ustępie stoi kapliczka. Z wizerunkiem Matki Boskiej z Gwadelupy. Postawili ją przesądni rybacy, obok miejsca gdzie wyciągają na piach swoje łodzie. Przyozdobiona ona jest krzyżem z muszelek. Jest tam plastikowy pojemnik na ofiary. Widziałem jak rybacy wrzucają do niego monety przed wypłynieciem na morze. Myślę że je też stamtąd zabierają po powrocie.

 Tu zakończyła się podróż Steinbecka. Ostatnią jego przygodą jest polowanie na Big Horn Sheep - barany górskie. Opisał tę wyprawę w jednym z piękniejszych rozdziałów swojej książki. Domyślam się że bawił w oazie Primer Agua, u podnóża gór Sierra de la Giganta. Z Puerto Escondido Steinbeck zawrócił na południe by opłynąć Cabo. My jedziemy do domu na północ.

 Ponownie witamy w Loreto. Tym razem spieszymy do banku by podjąć trochę gotówki. Wydaliśmy więcej niż planowaliśmy. Głownie pożarła je benzyna. Cieżarówka pali jak smok, a na złych drogach jak dinozaur. Zrobiliśmy też zakupy spożywcze. Rozsmakowaliśmy się w meksykańskim pieczywie. Bułeczki są zupełnie jak z polskiej piekarni. Kierowani zapachem podsyconym łakomstwem trafiliśmy do piekarni. Akurat wyjęli z pieca świeżusieńkie pieczywo. Pyszne.

Zostało nam trochę czasu aby zwiedzić miasteczko Santa Rosalia. oaza daktylowa w San Ignacio Główna droga biegnie przedmieściem. Trzeba zboczyć trochę do samego centrum. Jest to byłe miasteczko górnicze, założone przez Francuzów w zeszłym wieku. Sam Eifel zaprojektował tu kościółek ze stali. Tubylcy wydobywają, a raczej wydobywali tu rudę miedzianą. Rudy (węglan miedzi) już nie ma, ale historia i miasteczko pozostało. A było to tak.

W 1868 roku Jose Villavivencio szukając drogi do osady Santa Maria zatrzymał się w kanionie Santa Rosalia na noc. Jego koń kopytami odwrócił leżący na ziemi kamień i Jose zwrocił uwagę na piekne zielono-niebiekie ubarwienie. Włożył kamień do kieszeni i pojechał dalej. Gdy pokazał ten kamień nauczycielowi z Loreta ten rozpuścił wieść i agent francuskiej firmy Boleo zapłacił Jose 16 pesów. W 1885 Compagnie Boleo dostało koncesję na eksploatacje miedzi na terenie 200km2. Ostanie złoża odkryto w 1930, a w 1950 kopalnia zbankrutowała.

Federalne władze przez jakiś czas subsydiowały tutejsze górnictwo by złagodzić ból istnienia mieszkanców. Dziś sami sobie radzą, choć nie doszedłem jak. Z kałamarnic na eksport do Japonii? Nie jest ono turystyczną atrakcją. Żyje własnym życiem i tylko od czasu do czasu spotkać można zabłąkanych turystów jak my. Nie widać tu jednak takiego ubóstwa jak w Tijuanie. Domki są skromne, lecz zadbane i w przeciwieństwie do reszty kraju - drewniane. Są to sosnowe deski i szalunki z nieczynnych kopalni. Stopiećdziesiąt lat temu, wraz z koksem przypłyneły z Oregonu. Naoglądawszy się szarych pudełek z pustaków jest to objaw klasy.

Kolejnym miejscem, które zrobiło na nas wrażenie to San Ignacio. Jest tu była Jezuicka misja w oazie daktylowej. Dokoła jak okiem sięgnąć sucha pustynia. Źródłem życia jest tu uprawa daktyli które 300 lat temu posadzili jezuiccy misjonarze. Misja, dziś Dominikańska, nadal działa i skupia wokół siebie niemal całe życie mieszkańców. Zajechaliśmy tam po południu, w dzień powszedni. W zabudowaniach plebanii grupa ludzi zebrała się by pośpiewać. Jedna osoba akompaniowała na gitarze. Życie toczy się tu na zwolnionych obrotach. W cieniu drzew, na placyku przed kościołem, śpi kilka psów, a na ławkach kilku starych Meksykanów. Nie mogliśmy zbyt długo napawać się tym spokojem. Trzeba było jechać dalej by przed zmierzchem znaleźć miejsce na nocleg. Postanowiliśmy zjechać z drogi nr.1 kilkanaście mil przed Guerero Negro. Następnie przez El Arco dojechać do Bahia San Francisquito. Dalej do Bahia de Los Angeles gdzie umówiliśmy się ze znajomymi na Memorial Day weekend. Z mapy wynikało że mamy do przejechania ze 150 mil.

Rano dopiero ujrzeliśmy gdzieśmy się rozbili  Droga przez El Arco nad morze Korteza była mocnym przeżyciem. Dzika i bardzo ciężka. Nigdy jeszcze nie podróżowałem takim bezludziem. Wiodła ona przez wszystko co można sobie wymarzyć. Grzęzki piach, głębokie wash'e, skały, stromizny, gęstą roślinność ocierająca się o samochód. Droga ta jest opisywana w przewodnikach jako najcięższa na Baja. Faktycznie. El Arco to osada górnicza. Wydobywają tu rudy miedzi i cynku. Po zabudowie widać że jest ono tymczasowe, choć pod ziemią ponoć znajdują się drugie co do wiekości meksykańskie zasoby miedzi. Jest tu też wojskowy obóz treningowy. To chyba z obawy przed dezercją. Nie ma tu nawet sklepu. Dwadzieścia mil dalej, noc zastała nas na wysokim płaskowyżu. Po omacku znaleźliśmy miejsce. Zjedli coś ciepłego i poszli spać. Noc była bardzo zimna. Po raz pierwszy zmarźliśmy. W nocy temperatura musiała spaść do kilku stopni powyżej zera. Rano dopiero ujrzeliśmy gdzieśmy się rozbili. Otoczeni byliśmy ogromnymi kaktusami cardon, a na prawie każdym z nich siedział sęp. Siedziały one nieruchomo, z rozpostartymi skrzydłami, grzejąc się w porannym słońcu. Wyglądały jak wizerunki ptaków na indiańskich malowidłach, czy petroglifach. Ten sam wizerunek zdobi Meksykańskie godło, choć patrioci twierdą że to orzeł??? Mieliśmy wrażnie, że jesteśmy pierwszymi białymi ludźmi którzy dotarli do tego miejsca.

W południe dojechaliśmy do Bahia San Francisquito. Jest to mała zatoczka. Po tym co widzieliśmy dotychczas wydała nam się nieciekawa. Mieszka nad nią amerykańska Żydówka z Nowego Jorku - Debbie Lazaro ze swym meksykańskim mężem. Żyja chyba cieniutko ze sprzedaży pamiątek i drukowanych koszulek. Mają radiostację HAMowską, generator, pangę i niezły bajzel na podwórku. Tak, tu diabeł mówi dobranoc. Z Nowego Jorku dalej uciec się nie da.

 Pięć mil na południe jest eksklusywny i elitarny kurort, ze sporym, dobrze utrzymanym i zelektryfikowanym pasem startowym. W sam raz na Lear Jet'a. Jest to, poza wodą, jedyny dostęp do świata. Zbudowany był olbrzymim wysiłkiem przez zmarłego w 94 roku prezydenta Raytheon'u. Zamieszkiwał go z siostrą Żaży Gabor. Po raz pierwszy zauwazyłem tabliczkę z zakazem wstępu, całkiem jak z yankes'owskich stanów. Przekonany jestem że nie ma ona mocy prawnej. Dla Indian jak i misjonarzy prywatna własność ziemi jest równie abstrakcyjna jak całka powierzchniowa. tu diabeł mówi dobranoc Wczuwam się mozolnie w sytuację elity.
- jak inaczej trzymać tę hołotę na bezpieczną odleglość?
- Nie ma już miejsc na tej ziemi, gdzie by można żyć w spokoju, i nie mieć do czynienia z tę durną halastrą.

To samo musiał myśleć Steinbeck, gdy przyglądał się jak do portu w La Paz wpływał luksusowy żaglowiec. La Paz jest dla nich już stracone, tak jak i Cabo. Muszą wyszukiwać inne miejsca. Pierwszą ofiarą przeludnienia będzie elita. Będzie musiała schować się pod ziemię, lub polecieć na Marsa.

W tym miejscu Morze Korteza jest najwęższe, zciśnięte ze wschodu wyspą Tiburon, o której Steinbeck pisał że jest zaludniona przez kanibali. Z zachodu wybrzuszeniem półwyspu Baja. Powoduje to że zimna woda z dna morza wypychana jest na powierzchnię podczas przypływów i odpływów. Przyciąga to masę ryb, ale równocześnie czyni wodę nieatrakcyjną dla sportów wodnych. Zawsze jest chłodna. Prawie pod wieczór dotarliśmy na miejsce naszego spotkania. Umówiliśmy się tu ze znajomymi z Kalifornii.

 Bahia de Los Angeles jest lazurową zatoką inkrustowaną kilkunastoma wyspami. Dojazd ze Stanów zajmuje tylko 10 godz. Wystarczy jeden dzień. Powoduje to, że jest okupowana przez Gringów, nie tych zamożnych, ale głównie najrozmaitszych "red necków". Wielu jest emerytowanymi policjantami z Los Angeles. Oni też nadają ton temu miejscu. Plaże są inne. Zatłoczone i brudne. Gdyby nie to, że umówiliśmy się właśnie tu, nie zatrzymalibyśmy się w tym miejscu. Rozbiliśmy się na połwyspie o jakże trafnej nazwie, Punta Gringa. Bahia de Los Angeles Woda równie zimna jak w San Francisquito. Ledwo zdążyliśmy się rozłożyć, gdy przyjechali Krzysiek i Witek. Poznaliśmy ich na ostatnim rajdzie w Dolinie Śmierci. Ponieważ są zapalonymi płetwonurkami przywieźli ze sobą cały sprzęt. Następnego dnia zwodowaliśmy łódź. Wieczorem przyjechała Bożena z Łukaszem, Ewunia i Frytka (to pies). Byliśmy w komplecie. W kolejnym dniu nurkowie zapakowali sprzęt i popłynąłem na wyspę Angel de la Guardia. Jest to piętnastomilowa wyspa osłaniająca zatokę. Widziałem tu najniezwyklejsze zjawiska na wodzie. Silne prądy potrafią uformować falę stojącą. Często chłodne podwodne rzeki tworzą pasmo mgły, która po chwili znikała. Nurkowanie jest tu średnie i niebezpieczne. O tej porze tylko w kombinezonach. Trzeba bardzo zwracać uwagę na prądy. Znam takich którzy wbijali w dno nóż by się nie dać porwać prądowi. Następnego ranka spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę granicy. Bożena pognała najszybciej, za nią Krzysiek z Witkiem. My na końcu, nie spiesząc się, ociągając i powłócząc nogami ruszyliśmy na północ. Reszta, na nastepny dzień musiała stawić się w pracy, tylko my byliśmy wolni jak ptacy.

 Postanowiliśmy zboczyć jeszcze nad Bahia San Luis Gonzaga. Sprawdzić co się zmieniło od zeszłego roku, i zostać tam na noc. Tym razem zjechaliśmy na plaże po południowej stronie zatoki, koło Punta Final. Mimo że to na północ od ostatniego biwaku, woda jest tu dużo cieplejsza. Nie było ludzi. Ostatni dzień spędziliśmy we dwoje. Przekonując się po raz drugi, że Bahia San Luis Gonzaga jest warta ciężkiej drogi. Do tego można dojechać tu spod granicy w jednen dzień. Informuję tych którzy tędy jechali w poprzednim roku że droga dojazdowa została ostatnio zgarnięta spychaczem i można ją już przejechać zwykłym osobowym.


Ameryka