
Od ponad miesiaca bawimy sie w Teksanczykow. O samym Teksasie mozemy powiedziec niewiele. Zajmuje powierzchnie ponad dwa razy wieksza niz Polska (drugi pod wzgledem wielkosci stan), a zamieszkuje go o ponad polowe mniej ludzi. Stolica Teksasu jest Austin. Jest to niewielkie, bo liczace okolo 500 tysiecy mieszkancow miasto polozone nad rzeka Kolorado (ale nie ta od Wielkiego Kanionu). W sercu miasta rzeka jest tak szeroka, ze nazywaja ja Town Lake (Miejskie Jezioro), a powod tego jest prosty - na rzece jest szereg zapor, regulujacych szybkosc przeplywu i poziom wody. Cale Austin tonie w zieleni - czego raczej nie widac “z dolu”. Miasto otaczaja jeziora i lasy. Nam przyszlo mieszkac na skraju Barton Greenbelt, czyli ochronnego pasa zieleni, ktory ciagnie sie na przestrzeni kilku kilometrow. Wychodzac z domu natychmiast mozemy sie zaglebic w zielone haszcze i spacerowac po zalesionych wzgorzach. Sa one porosniete tujowatymi drzewo-krzakami i drobnolistnym, kolczastym debem (mylilby sie ktos, kto chcialby tutejsze deby przyrownac do polskich “Bartkowych”, rozrosnietych mocarzy). Tylko z rzadka trafiaja sie inne drzewa. Chodzac po takim “lesie” trzeba sie trzymac wytyczonych szlakow, bo lepiej nie ryzykowac przedzierania sie przez te krzaczki. Raz probowalismy i skonczylo sie tym, ze wcale nie doszlismy “na skroty” do domu, ale nadlozylismy drogi i dotarlismy do niego w zupelnych ciemnosciach. Najgorszy byl ostatni odcinek drogi prowadzacy przez wyschniete, kamieniste koryto rzeki. Az trudno uwierzyc, ze takie dzikie miejsca znajduja sie w srodku miasta. Tego nie bylo w Los Angeles. I na pewno jest to przewaga naszego nowego lokum.
Austin pogoda jest “nieprzewidywalna”, tzn., trudno zaplanowac cos na przyszlosc, bo nigdy nie wiadomo jak bedzie. Szczerze mowiac odwyklismy od kaprysow pogodowych w LA i chyba w koncu przyjdzie nam sprawic sobie parasole. Teraz panuje za oknami jesien i czuc ten typowy na te pore roku zapach. Lisciaste drzewa przystroily sie w kolorowe liscie. Ranki i wieczory sa chlodne (okolo 10 stopni), ale w ciagu dnia sloneczko grzeje porzadnie (temperatura dochodzi do 20-25 stopni). Czasami popada deszcz, zawieje wiatr stracajac liscie z drzew - ot, zupelnie tak, jak w Polsce, tylko w tutejszych lasach nie ma grzybow. Jedyne grzyby jakie tu znaja - i sprzedaja w sklepach - to pieczarki, portabelle (podobne w wygladzie i smaku do kani, tylko grubsze) i jakies chinskie, blaszkowate, smierdzace paskudztwa. Nasz powszedni dzien wyglada mniej wiecej tak. O 6:20 wstaja chlopcy a my wylegujemy sie dziesiec minut dluzej. Kamil nauczyl sie podgrzewac mleko w kuchence mikrofalowej, wiec sami sobie robia sniadanie - platki z cieplawym mlekiem. Kiedy chlopaki przygotowuja sie do wyjscia, ja szykuje dla nich drugie sniadanie do szkoly i pracy. Wtedy, kiedy chlopcy ida do autobusu na piechote - wychodza z domu o 7:15, a jesli podwozimy ich, to troszeczke pozniej. Autobus maja planowo o 7:23. Pozniej podwoze Tomka do jego autobusu. I to jest wielka loteria, bo ten autobus niby ma staly rozklad jazdy, ale nigdy nie wiadomo o ktorej przyjedzie. Czasem wskaznikiem tego, ze autobusu jeszcze nie bylo jest “Turysta” ( jeden z pasazerow, ktorego nazwalismy tak, ze wzgledu na jego stroj - zawsze ze znoszonym plecakiem i nierzadko dopiero na przystanku spozywajacy sniadanie popijane kawa z bidonu). Ale “Turysta” nie korzysta z autobusu codziennie i czasem jedynym pasazerem wsiadajacym na tym przystanku jest Tomek. Jesli autobus ucieknie nam to nie pozostaje nic innego tylko odwiezc Tomka do pracy - 16 mil w jedna strone. Teraz nie jest to przyjemna droga, bo wschodzace slonce swieci prosto w oczy. Poczatkowo Tomek narzekal, ze nie ma co robic, ze nikt nie interesuje sie tym, ze zaczal pracowac w Motoroli. Teraz na brak pracy nie narzeka - wrecz przeciwnie. Jest na etapie tworzenia dla sobie stanowiska pomiarowego i w zwiazku z tym ma mase spotkan z producentami sprzetu. Jak przeglada kosztorysy proponowane przez nich, ciagle slychac - “zlodzieje, az tyle za to chca…” Tomek wraca do domu autobusem, pare minut po szostej lub siodmej wieczorem. Jest jedynym pasazerem autobusu, ale jak dotad nie udalo mu sie zamowic “dostawy pod dom” i musimy po niego wyjezdzac na “motorolowy” przystanek piec minut jazdy od domu (na piechote pewnie by sie czolgal 20 minut albo i wiecej).
Chlopcy wracaja do domu duzo wczesniej niz Tomek. Ich zajecia w szkole zaczynaja sie o 7:50 od szkolnego apelu z udzialem dyrektora szkoly. Mowi on co w danym dniu bedzie sie w szkole dzialo, przedstawia nowych uczniow, sklada zyczenia urodzinowe (sic!) i.t.p. Potem uczniowie rozchodza sie do swoich sal i pare minut po osmej zaczynaja sie normalne lekcje. Nowa szkola bardzo sie chlopcom podoba chyba dlatego, ze ma kilka boisk do pilki noznej i koszykowki. Jest tez plac zabaw dla mlodszych klas. Poza tym ta szkola jest normalna tzn. nie jakies drewniane baraki jak w LA, tylko porzadnie zbudowany, monolityczny murowany budynek, mimo ze parterowy. Jest on tak zaprojektowany, ze w centrum znajduje sie sekretariat, biuro dyrektora i duza biblioteka, ktore otoczone sa kolistym korytarzem z odnogami - latwo wiec jest sie poruszac po szkole. Od glownego korytarza odchodza mniejsze, ktore prowadza do klas poszczegolnych szczebli (kazdy korytarz konczy sie czterema salami, mieszczacymi klasy danego poziomu - czyli klasy pierwsze, drugie, itd.) Szkola ma duza jadalnio-swietlice (w ktorej odbywaja sie apele, przedstawienia, no i oczywiscie, gdzie dzieci jedza drugie sniadanie - przyniesione czy kupione na miejscu), dwie sale muzyczne (Kamil uczy sie grac na flecie) i dwie plastyczne, sale komputerowa i gimnastyczna. Kamil stwierdzil, ze do tej szkoly to moze chodzic nawet w soboty, mimo, ze ma tutaj duzo wiecej nauki niz w LA. Czesto ma klasowki z matematyki, historii (teraz uczy sie o pierwszych kolonizatorach i osadnikach, ktorzy przybyli do Stanow w XVII wieku) i z przedmiotu, ktory tu nazywa sie science (nauka), a jest to po naszemu polaczenie fizyki z geografia, chemia i biologia. Ma oczywiscie tez cotygodniowe dyktanda z angielskiego. Krzys rowniez ma dyktanda, ale w przeciwienstwie do Kamila ma malo pracy domowej (czesto nie ma nic). Chlopcy w szkole sa do 14:50, ale do domu docieraja autobusem szkolnym okolo 15:30. Zjadamy razem obiad i Kamil zabiera sie za odrabianie lekcji. Potem, w zaleznosci od dnia, mozliwosci i pogody idziemy do parku, na kort tenisowy, albo na basen. Czasem chlopcy sami wychodza kolo domu.
Wieczorem mamy troche klopotow z zagonieniem Krzysia do lozka przed dziewieta, bo zazwyczaj chce czekac na Kamilka. Wymysla rozne powody dla ktorych nie moze jeszcze sie polozyc. Czasami budzi sie w nocy i twierdzi, ze nie moze usnac, ale gdy tylko poloze sie kolo niego - po chwili smacznie spi. W mieszkaniu mamy juz prawie wszystko (ha 3x). Brakuje nam jeszcze jakiegos fotela lub czegos podobnego do uzupelnienia siedzen w czesci “wizytowej”, czyli living room, i odkurzacza. Jak sie okazuje, to nie taka prosta sprawa zdecydowac sie na jakis typ. Z drugiej strony mam dosyc odkurzania mieszkania szczotka, bo choc wykladzina mieciutka, to po sprzatnieciu calego mieszkania kolana bola! Podobnie jak z odkurzaczem nie mozemy zdecydowac sie jaki samochod chcemy - nowy czy uzywany, duzy czy maly, bialy czy kolorowy. Troche szkoda nam kupowac nowy samochod, bo stalby on pod domem na dworze, a tutaj warunki atmosferyczne nie sa tak przyjazne dla karoserii (co zaczyna byc widoczne po “madzi”) jak w Kalifornii. Tomek uwaza, ze do jezdzenia do pracy to moze miec jakis dwu- czy trzyletni samochod - moze honde albo toyote. Zartowalismy juz, ze lepiej byloby dostac talon na malucha i byloby po klopocie, bo nie byloby wyboru. Chyba w koncu wstrzymamy sie do stycznia z kupnem auta, bo jesli zdecydujemy sie na nowe, to bedzie o rok mlodsze. Z drugiej strony wypadaloby miec jeden reprezentacyjny pojazd rodzinny. Bedac przy pojazdach to przerejestrowalismy nasza “madzie” (za jedyne 80$) i mamy juz teksaskie (albo teksanskie) numery - troche to dziwnie wyglada. My z Tomkiem musielismy takze wymienic prawa jazdy (za 16$ od glowy). Zabrali nam nasze kalifornijskie, ladne prawa jazdy, a w zamian dali po swistku papieru, ktory szumnie nazywaja tymczasowym prawem jazdy. Nowe, brzydkie, przysla nam za kilka dni poczta.
Austin brakuje nam naszych kalifornijskich znajomych. Co prawda przesylamy sobie komputerowe lisciki i telefonujemy, ale to nie jest to samo co zywy kontakt. Tutejsza Polonia jest troche dziwna. W wiekszosci taka zasiedziala w Stanach od lat, bogobojna i lubiaca siedziec w domu. W zasadzie znamy pewnie tylko niewielka czesc, ze spotkan na polskich mszach (co druga niedziele w jednym z kosciolow odbywa sie msza po polsku, ktora odprawia dojezdzajacy ksiadz; frekwencja jest tak kolo 30 osob z mlodocianymi). Z nimi raczej nigdzie nie wybierzemy sie na wloczege. Jedyna nadzieja w Rosjanach. W sobote, dziewiatego listopada, Gienadij (Tomka znajomy od kilku miesiecy, z ktorym wspolpracowal wczesniej z UCLA) pokazal nam kilka uroczych, widokowych zakatkow Austin i az zal, ze nie mielismy ze soba aparatu, aby to uwiecznic. Nic jednak straconego, bo wycieczke mozna powtorzyc.
Planujemy w koncu ruszyc sie gdzies dalej poza Austin. Co prawda bylismy w Houston, ale nic ciekawego tam nie widzielismy. Byla to raczej zakupowa wyprawa do IKEI. Nabylismy droga kupna przewodnik z opisami tras i parkow, wyglada na to, ze jak ktos chce, to ma sie gdzie ruszyc.
Krzys byl na wycieczce klasowej w Longhorn Cavern, czyli w jaskini kolo niewielkiej miejscowosci Burnet. Wybralam sie jako dodatkowa opiekunka do dzieci. Jaskinia bardzo ladna, zostala utworzona przez podziemna rzeke. Malo jest w niej typowo jaskiniowych tworow, stalaktytow i stalagmitow, ale za to jest duzo krysztalow kalcytu, a korytarze sa pieknie wyrzezbione przez wode. W jaskini mieszkaja malenkie (4 cm dlugosci), o brazowym futerku nietoperze. Zyja one samotnie i trzeba miec duzo szczescia aby dojrzec je wiszace na scianie. Jak sie okazuje, w Teksasie jest bardzo duzo jaskin, ale poniewaz ostatnio troche ich widzielismy wiec na jakis czas wystarczy. A wspomniany wyzej “longhorn” (czyli dlugi rog) to rasa tutejszego bydla o naprawde imponujacych wielkoscia rogach. Jest to jakby symbol Teksasu. Tutaj kazdy stan oprocz wlasnej flagi ma takze swoje symbole takie jak ptak, kwiat czy zwierze. Ma tez wlasne zwyczaje. Jednym z nich w Teksasie jest zakaz sprzedazy mocniejszych alkoholi w supermarketach. Mozna w nich kupic tylko piwo i wino, a po mocniejsze trunki trzeba sie wybrac do jednego z nielicznych specjalnych sklepow. Miedzy bajki nalezy wlozyc to , co nam mowili wczesniej o kosztach zycia w Teksasie. Tutaj wcale nie jest taniej niz w Kalifornii. Wrecz przeciwnie. Jesli chodzi o ceny warzyw i owocow, to sa one duzo wyzsze niz w LA. Podobnie napoje te bez- i alkoholowe sa drozsze. Ceny pozostalej zywnosci utrzymuja sie na takim samym poziomie. Podobnie jest z cenami odziezy, butow czy sprzetu - tu o cenie decyduje rodzaj sklepu, w ktorym sie robi zakupy. Zdecydowanie drozsze jest mycie samochodu, przynajmniej w naszej dzielnicy. Tomek wrocil zbulwersowany z myjni, gdy za umycie samochodu wzieli od niego 15$. W Los Angeles za tyle umyli by mu samochod co najmniej dwa razy! No tak, ale tu myli mu samochod biali, podczas gdy w LA jest to domena Meksykanow (Chicano).
