Andaluzja

Andrzej Skibiński

Pireneje Jedziemy przez pochmurne Pireneje. Pireneje wydaja mi się - w porównaniu z Alpami - mniej ciekawe. A może to tylko zła pogoda psuje wrażenie?

Wyjechaliśmy w końcu z deszczowej Holandii z pragnieniem zobaczenia słońca, którego tego lata jeszcze nie widzieliśmy.

Zaragoza chyba Saragossa po polsku. Stolica Aragonii. "Pamietnik znaleziony w Saragossie" to tyle co wiem... film z lat dzieciństwa z którego już nic nie pamiętam.

Centralnym punktem miasta jest bazylika.

Bazylika Nuestra Seńora Del Pilar. Gdzieś we wczesnym średniowieczu pielgrzymowi zmierzajacemu do Santiago de Compostela tutaj właśnie ukazała się Nuestra Seńora - a że siedziała na słupku - więc została Del Pilar. Wybudował ją kościół, ale jakby tego było mało pod tym kościołem usiadł żebrak bez nogi. Żebrał więc tak pod kościołem, aż tu pewnej nocy przyśniła mu się Matka Na Słupku i... rano obudził się z nogą! Całe miasto się zadziwiło, posłali po papieża i ten ogłosił, że cud się stał. W miejscu kościoła stanęła potężna bazylika gdzie na ścianach do woli mógł wyżywać się Francisco de Goya. Bazylika jakich niewiele w Europie. Cóż to skłoniło ludzi do odejścia od wiary w Boga... ba! nawet od Chrystusa i przelania całej swej miłości w Maryję? Potrzebna nam jest bardziej matka niż ojciec?

Kraj Basków. Krajobraz zaskakujaco przypomina mi Austrie. Pogoda nadal zła, ciężkie ołowiane chmury cały czas grożą deszczem. Strome garby gór, zalesione stoki, a po lewej stronie autostrady, pomiędzy górami błyska na chwilę Zatoka Biskajska. Jedziemy autopistą na Bilbao. Jest niedziela wieczór i zatrzymujemy się w jakimś mieście. Hiszpanie w niedzielnych ubraniach spacerują grupkami, całymi rodzinami po głównej ulicy miasta i rynku. Przystają przy znajomych, rozmawiają, rozmawiają, nigdzie się nie spieszą, dalej rozmawiają. Rozmawiają bez końca. Skąd oni maja na to czas!? Ja się spieszę. Szukam caja automatica i los servicios (co za nazwa dla ubikacji!?). Boże! Ileż to razy mój pecherz zmarnował mi pobyt w nieznanych miejscach.

Hotel. Z proponowanych przez nas jezyków właścicielka hotelu zna tylko ten którego my nie znamy... hiszpański. Wertujemy nasze rozmówki hiszpańskie... Dużo cennych zwrotów, jak na przykład: "zakochałem się w tobie", "masz kondom?", "odejdż, bo inaczej będę krzyczeć", "tu jest pełno much, komarów, Holendrów"... Ale gdzie u diabła stoi, że ja chcę pokój!

Rano jest dalej chłodno i pochmurno. To po to jechaliśmy 2000 kilometrów na południe ?!

Ruszamy jeszcze dalej na poludnie, do Madrytu. Powoli góry robia się coraz mniejsze, mniej zielone i powoli rozrzedzają się chmury. Meseta. Wjeżdżamy do Kastylii. Autovia Andalusia. Ginie zielona trawa, giną zielone drzewa, wychodzi słońce. Jest jeszcze rano, jeszcze chłodno, jeszcze nie znamy mocy hiszpańskiego słońca. Złoty ląd, pofałdowany teren, łany zbóż, dalekie widoki, gdzieniegdzie płaskowyż przecięty pasmem sierras. Castilia, Madrid, La Mancha jednym słowem Meseta, centralny płaskowyż iberyjski i choć wygląda nizinnie miejscami znak informuje nas że znajdujemy się 1000 m.n.p.m. Mineło południe, przejechaliśmy przez Madryt i zaczyna nam dokuczać upał. Po drodze wyprzedzamy czasami samochód z holenderską rejestracją. To są ciężko obładowane samochody holenderskich Marokańczyków zmierzających co roku z wizytą do swej ojczyzny. Jak bociany. Czy oni też majż taki instynkt?

My gnamy jak najszybciej w kierunku Granady. Temperatura zaczyna dochodzić do 40°C na zewnatrz i w mojej głowie też. Moje gardło to ołowiana rura przez którą przelatuje woda i plecami wsiaka w siedzenie samochodu. Nigdzie nie ma nawet parkingu, ani jednego drzewka, nic co dawałoby cień. Na mapie szukam rzek... myslę: gdzie jest rzeka, są drzewa, jest cień. Nie mylę się, jest rzeka, a raczej strumyk jaki po niej w sierpniu pozostał. Zjezdzamy z drogi i cieszymy się cieniem.

Suspiro del Moro Suspiro del Moro. W roku 711 Maurowie wkraczają do Europy, zdobywają Półwysep Iberyjski i idą dalej poza Pireneje gdzie dopiero pod Poitiers zatrzymuje ich Karol Młot. Jakże niewiele brakowało aby dziś, nasz eropejski świat chwalił Allaha. Maurowie przynoszą do Europy swoją wspaniałą kulturę, sztukę, naukę. To dzięki nim zapoznaje się Europa z arabską i grecką filozofią, medycyną, astronomią, matematyką (Al-Gebra). Ich hutnictwo żelaza nie miało sobie równych w świecie. Oni pierwsi zakładają systemy irygacyjne, zamieniając spaloną słońcem hiszpańską ziemię we wspaniałe i żyzne ogrody, zapoznają Europę z pomarańczami i ryżem. Obok siebie, w pokoju, przez osiem wieków żyja Chrześcijanie, Muzułmanie, Żydzi i Cyganie. Reconquista, czyli napór catolicos jest z czsem coraz większy i Kraj Maurów stopniowo się kurczy, aż w 1492 roku ostatni ich król Baobdil opuszcza ostatni bastion Iberii: Granadę. Przychodzi czas ideologicznych czystek w Hiszpanii, czyli inkwizycja. Catolicos nawracają mieczem i innymi, mniej przyjemnymi, metodami innowierców. Stawiają świątynie swojej Madonnie. Resztki Żydów szukaja schronienia w głębi Europy.

Jest druga w nocy. Cisza. Żar bucha z nagrzanych całodziennym słońcem ścian. Jestem mokry, choć i tak nie wiem czy to jeszcze woda z prysznica czy już pot. Leżę mokry i nagi na kamiennej podłodze pokoju hotelowego na przełęczy Suspiro del Moro.

Stąd jeszcze ostatni raz można zobaczyć leżącą w dole Granadę. Tutaj po raz ostatni odwraca głowe król Baobdil, żegna się ze swoim miastem i wzdycha (suspiro). Kobieta krzyczy do niego: "płacz jak baba, bo broniłeś Granady jak baba!"

Granada

kobieto, daj jałmużnę ślepcowi,
bo zaprawde nie ma gorszej kary
jak być ślepcem w Grenadzie
      Federico García Lorca (1898-1936)

Costa Almerěa. To już ostatnia hiszpańska costa nieskażona masową turystyką. Kraj spalony słońcem z wyschniętymi łożyskami rzek. Rachityczne drzewka migdałowe i gdzieniegdzie prawdziwie zielone eukaliptusy.

W Almeria zaczepiam pytaniami paru holenderskich Marokańczyków, nareszcie paru ludzi z którymi mogę się dobrze porozumieć. Stąd płyną promy do wschodniego Maroka, kraju Berberów. Ceny przeprawy promowej są bardzo wysokie, niewspółmiernie wysokie w porównaniu do cen przeprawy dla nas Europejczyków do np. Skandynawii czy Anglii. Ach! Komu zależy na tym aby Arabowie mieli łatwy wstęp do "naszego" świata?

Wspaniałe staroświeckie graficznie afisze na murach miasta obwieszczają: Corrida del Arte del Rejoneo ponoć najwspanialsza forma corridy. Niestety, nie możemy znaleźć Plaza del Torro bo po prostu nie wiemy, że tak nazywa się arena, jak i nie rozumiemy, że corrida zaczyna się o 7 de la tarde. Tego nie mogliśmy znaleźć w naszych rozmówkach hiszpanskich.

Málaga Málaga. Trafiamy akurat na święto: Dzień Wniebowstąpienia Matki Boskiej, więc jest Feria de Málaga. Dziewczyny w kolorowych (gitanes) sukniach, które gdzie indziej uchodziłyby za bardzo kiczowate, tu są wspaniałe. Wachlarze, zimne mocne wino cartajal, castańetty. Piękne dziewczyny ze śmiechem łapią mnie za ręce i wciągają do tańca. Ja, pokraczny turysta, myślę tylko o tym jak... zapaść się pod ziemię. Andaluzyjczycy. Nie mogę wyrobić sobie obrazu typowej Andaluzyjki (Andaluzyjczyka też, ale ci nie przykuwaja tak mojej uwagi). Tu zmieszały się wszystkie rasy naszego świata: Fenicjanie, Grecy, Germanie, Arabowie, Żydzi, Celtowie, Cyganie... trudno zliczyć. Kobiety są tak różne, ale tak bardzo kobiece i erotyczne, że aż niemal ordynarne. Ludzie są niskiej postury, dumni, patrzą w oczy długo i wyzywająco co w naszej części Europy przyjęte by było bardzo dwuznacznie.

Costa del Sol. To juz masowa turystyka, hotele, apartamenty, campingi, tak muszą wyglądać amerykańskie resorty. Widzę tablice z "Härzlich Wilkommen!", dodaję gazu. Toż tak musi wyglądać wschodnie wybrzeże Hiszpanii; Costa Brava? Tamte rejony nadmorskie w okolicach Barcelony są dużo bardziej turystyczne niż to dalekie południe.

Jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża do Gibraltaru.

Ronda. Miasto-muzeum. Przeurocze, a szczególnie gdy wyjadą z niego autokary turystyczne. Grupa angielskich turystów z przewodniczka. Troche mi ich żal. To ich pierwszy dzień w Hiszpanii. Mają bladą, ziemistą cerę... W końcu przylecieli z Anglii. Słońce szybko zaczyna wypalać im czerwone plamy na ramionach i czołach. Przewodniczka opowiada nudne rzeczy o kościele Santa Marěa de la Encarnación. Już im się nawet nie chce robić zdjęć.

Gibraltar Gibraltar. W grocie, w skale gibraltarskiej znaleziono niegdyś szczątki najstarszego Europejczyka - Neandertalczyka. Przypłynął wpław z Afryki? Pierwszy marokański gastarbeiter?

Spotykam tę samą grupę angielskich turystów. Ręce obciążone torbami z tax free sklepów. Papierosy i whisky. Wszyscy chcą zobaczyć monkeys. Przewodniczka z naciskiem poprawia, że to nie monkeys - to są apes! Zdumiony Anglik i tak nie pojmuje różnicy.

Na szczęście w moim języku są tylko małpy. Tłuste małpy siedzą na skałach, ustawicznie wypasane przez turystów, akceptuja jeszcze tylko orzeszki pistacjowe i banany.

Wielkie, już dzisiaj przestarzałe, armaty wycelowane w hiszpańskie miasto Algeciras i w afrykański słup Herkulesa. Ze szczytu "The Rock" widać dobrze strategiczne znaczenie tej skałki sterczącej z morza. Przede mną Afryka a za mną Europa. A skąd ja jestem? Leniwy jak Marokańczyk i katolicki jak stary Hiszpan?

Cádiz. "Srebrny spodeczek" kłuje w południowym słońcu bielą, otoczony błękitem nieba i morza. Fenicjanie założyli to miasto, co czyni go najstarszym miastem w Europie. Po Fenicjanach przyszli Kartaginczycy, po nich Rzymianie, Maurowie i teraz my - Catolicos.

Gibraltar, Tłuste małpy Miasto pachnie morzem i rybą. Usmażone morskie stworki smakują wyśmienicie choć nie bardzo wiemy co jemy. Wdrapujemy się na Torre de Tavira. Stąd dopiero można zobaczyć miasto za pomocą średniowiecznego wynalazku, camera obscura w swej najdoskonalszej formie. To nas zachwyca - lepsze niż Virtual Reality.

Szwedamy sie w labiryncie wąziutkich uliczek. Nie widać nic wiecej jak perspektywe uliczki po której sie idzie. Stary Cádiz... nie wiem czemu, ale ujęło mnie to miasteczko.

Andaluzja. Nie mylić z Hiszpanią. Kraina, gdzie czuje się tysiąclecia historii, gdzie niektóre obyczaje przywieźli ze sobą Persowie, gdzie na ruinach rzymskiej świątyni Herkulesa stawiali Maurowie swoje świątynie Allahowi, a te z kolei służyły za budulec dla naszych kościołów Madonny.

Hmmm... Andaluzja. Tu zimne piwo kosztuje tylko 100 pesetas! Napewno wrócę.


Swiat