Moje amerykańskie perypetie

Krystyna Eichler

Perypetia pierwsza

 W kilka dni po wylądowaniu w San Francisco znaleźliśmy w książce telefonicznej numer jakiegoś polskiego komitetu. Okazało się że była to jednoosobowa organizacja, której inicjatorem był p. Suchecki. Za jego pośrednictwem poznaliśmy Mariana Grohoskiego, Polaka urodzonego i wychowanego w Chinach, w Harbinie. Zjawił się on u nas pewnego dnia, przysłany przez p. Sucheckiego - ku pomocy i od pierwszej chwili stał się naszym najlepszym i oddanym przyjecielem. Przede wszystkim doradził nam aby zmienić mieszkanie, które wynajęlismy natychmiast po przybyciu, jako że za drogie i nieodpowiednio ubikowane. Wyszukał nam mieszkanko jasne, miłe i słoneczne tuż obok pięknego parku "Golden Gate". Woził nas swoim samochodem, taszczył na plecach nasze walizki i toboły, obwoził po okolicy, doradzał, pomógł w zakupieniu niezbędnych mebli i wogóle był człowiekiem czarujacym. Pokochaliśmy Mariana i jego matkę, panią Elżbietę, która zaczęła nas zapraszać na smaczne kolacyjki. Dzięki nim poczuliśmy się w San Francisco jak w domu.

 Okazało się, że dzielnica w której osiedliliśmy się była w dużej mierze zamieszkała przez Rosjan, uciekinierów ocalałych po rewolucji rosyjskiej. Język rosyjski słyszało się czesto na ulicy. W małych sklepikach spożywczych można było kupić świetne pierogi, różne rosyjskie przysmaki no i naturalnie wódkę. Autobusowa komunikacja miejska była bardzo dobrze rozwinięta i prawie wszędzie można było dojechać. Pomimo to chciałam bardzo mieć samochód. Po przyjeździe do San Francisco spotkałam Rosjanina Kolę Z., którego znałam jeszcze w Buenos Aires. Pewnego dnia Kola zatelefonował z wiadomością, że jego znajomy, były pułkownik jazdy kozackiej z carskiej armii, sprzedaje samochód świetny, "na chodzie", za 100 dolarów. Postanowiłam kupić ten samochód. Zaaranżowaliśmy spotkanie u pułkownika. Ponieważ nie miałam jeszcze prawa jazdy poprosiliśmy Mariana, aby pojechał z nami i poprowadził kupiony samochód do domu. Pojechaliśmy więc w licznym gronie: mój mąż, ja, Marian z narzeczoną i moja dwunastoletnia córka.

 Zatrzymaliśmy się przed domem pułkownika i ja z mężem poszliśmy załatwić kupno, zostawiwszy resztę towarzystwa w samochodzie Przyjął nas starszy, drobny, ale żwawy człowiek i pokazał samochód zaparkowany obok domu. Był to stary Buick, trochę obskrobany, niebieski z białym dachem. Pułkownik poklepywał z lubością samochód, niby konia i zachwalał jego nadzwyczajne walory. Mąż zaaprobował; wobec tego wyjęłam z torebki 100 dolarów mowiąc, że akceptuję tę tranzakcję i zabieramy samochód.

- Jak to - zawołał pułkownik - a oblewanie!?
- Panie pułkowniku, tam, w samochodzie czeka na nas reszta towarzystwa.
- To prowadzić ich tutaj! - zakomenderował pułkownik.

 Zawołaliśmy naszych towarzyszy i wkroczyliśmy do domu. Wyszła nam na spotkanie pani pułkownikowa i wprowadziła do salonu.

- Niusza, Duszeńko, przynoś wódeczkę - zawołał pułkownik, klaskając w dłonie.

 Pułkownikowa wybiegła i wróciła z tacą pełną kieliszków i z dużą butlą wódki, po czem szybko pobiegła po schodach na górę i za chwilę powróciła przebrana w strój cygański, w chusteczce z wiszącymi cekinami na głowie i z bałałajką w ręku. Wypiliśmy pierwszą serię i natychmiast zaczęły się tańce cygańskie przy dzwiękach bałałajki. Pan pułkownik zaproponował nastepną, ale odmówiliśmy. Byliśmy głodni, przed kolacją.

- O głodni biedacy! Poczekajcie, poczekajcie - i szparko pułkownik pobiegł do kuchni, wyciągnął z lodówki ogromne befsztyki i ułożył na ruszcie.
- Zaraz was nakarmię!

 Ta biesiada trwała do północy. Zjedliśmy wszystkie zapasy z lodówki pułkownika, wypili ogromne ilości wódki, odtańczyliśmy wiele tańców cygańskich i odśpiewaliśmy wszystkie znane nam pieśni rosyjskie, jak Wołga, Wołga. Wreszcie powróciliśmy do domu. Na szczęście odległość była niewielka i obeszło się bez wypadku.

 Miałam więc wreszcie własny samochód, który przydał mi się bardzo, bo właśnie wtedy straciłam pracę w Daly City, u braci Dolger. Tym razem smierc glodowa nam nie groziła. Pracowałam dostatecznie długo, aby mieć prawo do zasiłku dla bezrobotnych t.zw. unemployment. Był to dość skromny zasiłek, ale wystarczał przynajmniej na wyżywienie całej rodziny. Zarejestrowałam się więc w odpowiednim biurze. Przydzielono moją sprawę jednemu z urzędników i wtedy dopiero zaczeły się moje kłopoty. Przydzielony urzędnik, człowiek w wieku lat 40-50, grzeczny i dobrze ułożony zajął się gorliwie szukaniem dla mnie posady. Jak juz opisałam poprzednio, były to poszukiwania prawie beznadziejne. Byłam kobietą - architektem, "baba-dziwo" dla Amerykanów. Sprawa się więc przedłużała, a tymczasem mój miły urzędnik zaczął się do mnie zalecać, zapraszać na kolacje. Lawirowałam jak mogłam, bo bałam się człowieka urazić. Byłam coraz bardziej zdenerwowana i zaczęłam cierpieć na nerwicę żołądka.

 Aby zażyć trochę wytchnienia wsiadałam do samochodu i zaczełam odwiedzać muzeum &Sutro", gdzie nas kiedyś zaprowadził Marian.

 Była to ogromna budowla drewniana położona na samym brzegu oceanu w północnym krańcu San Francisco, zbudowana w wieku l9-ym przez pana Sutro, bogatego, notorycznego zbieracza osobliwości. Budynek posiadał wielki, owalny, centralnie położony, kryty dziedziniec otoczony drwenianymi krużgankami o ozdobnej i wyszukanej architekturze wiktoriańskiej. Kiedyś była to bardzo elegancka kawiarnia. Opowiadała mi o niej pani Elżbieta Grohowska, która, jako młoda panna przypłyneła z Chin na wywczasy do San Francisco. Bywał w tej kawiarni Jack London i p. Elżbieta miała przyjemność go poznać. Obecnie na miejscu kawiarni było urządzone duże lodowisko, gdzie moja córka zaczeła stawiać pierwsze kroki w sztuce łyżwiarskiej. Resztę budynku zajmowało najdziwniejsze w świecie muzeum. Zawierało ono wszystko dosłownie, co można kolekcjonować. A więc były tam pamiątki po znanym i oglądanym w cyrkach karle Tomie Thumb (Tom Kciuk): jego koszulki, kalesony i mnóstwo fotografii. Były bogate zbiory zdjęc z wielkiego trzęsienia ziemi w San Francisco w r. 1906. Na ścianach wisiały fotografie girlasek z końca l9-go wieku. Wszystkie były roześmiane blondynki, pulchne i biodrzaste ubrane w gorsety i długie do kolan majtki przybrane koronkowymi falbankami. Było też kilka mumii egipskich wraz z różnymi akcesoriami egiptologii, bo tam właśnie pan Sutro lubił podróżować. Poza tym była to zbieranina najrozmaitszych dziwnych przedmiotów, starych maszynek i różnych artefaktów.

 Uwielbiałam to miejsce.

 W budynku sąsiadującym z muzeum "Sutro" mieściło się inne muzeum. Tu stały w ilości chyba około 30-tu stare elektryczne pianina, o różnych kształtach. Wrzuciwszy do automatu monetę 25-cio centową można było posłuchać starej, skocznej muzyki z okresu pogoni za złotem. Z dużego balkonu zawieszonego wzdłuż sali widać było szeroką perspektywę oceanu. Z wody pod balkonem wyłaniały się ogromne głazy, na których wysiadywały foki. Wszystko trąciło myszką amerykańską...

 Pokochałam wtedy San Francisco. W mgliste noce słychać było stłumione przez mgłę odgłosy syren okretowych. Brzmiały one smętnie, jak z innego świata, pełnego tajemnicy. Bardzo pragnełam pozostać w San Francisco na resztę mego życia.

 Tymczasem sprawa mojej pracy nie posuwała się naprzód. Zaaferowany i pomocny urzędnik ciągle mi tłumaczył, że nie wyłoniło się żadne zapotrzebowanie na "architektkę". Owszem jest jedno, ale on nie może mnie tam posłać, bo uprzednia pracowniczka, Chinka, właśnie stamtąd uciekła. Tymczasem coraz dotkliwiej cierpiałam na żołądek i mogłam jeść tylko kaszkę. Aby zakonczyć tę sytuację i pozbyć się pomocy mojego urzędnika postanowiłam tę posadę przyjąć.

 Wybrałam się więc na spotkanie z moim nowym "bossem", zaaranżowane przez miłego urzędnika. Okazało się, że przyszły "boss" był przedsiębiorcą budowlanym i przebudowywał starą rezydencję wiktoriańską, położoną w dzielnicy murzyńskiej.

 Wyszedł mi na spotkanie mężczyzna w średnim wieku, szczupły i z długą, wąską o ciemnej cerze twarzą. Kiedy otworzył usta z przerażeniem ujrzałam sznur zielonych zębów i cała jama ustna była zielona, jak u upiora. Widocznie źle ukryłam moje przerażenie, bo p. Anderson (tak się nazywał) zaczął mi objaśniać, że cierpąc na chorobę dziąseł musi smarować dziąsła tym zielonym "szuwaksem"... P. Anderson obejrzał moje rysunki, które widocznie mu się spodobały bo zaproponował, abym od razu usiadła do pracy. Ponieważ nie przywiozłam ze sobą moich kreślarskich przyborów, odłożyliśmy rozpoczęcie pracy na następny dzień. Zatelefonowałam do miłego urzędnika, aby mu podziękować za pomoc, szczęśliwa że przynajmniej ten epizod był poza mną...

 Następnego dnia rozpoczełam pracę na te wiktoriańską budową. Był to dom dwupiętrowy, drewniany, z wszystkimi detalami i ozdobami ery wiktoriańskiej 19-go wieku. Parter był w tym czasie przygotowany do przeróbki, wiec p. Anderson mieszkał na piętrze, gdzie w jednym z większych pokoi urządził kąt do pracy. Zamiast stołu kreślarskiego położył na dwóch stojakach płytę gipsową, służącą do obkładania ścian. Miało to tę nieprzyjemną wadę, że brzeg płyty nie był niczym wykończony i po paru minutach moje ubranie zostało zupełnie zasmarowane białym gipsem. Pokój był tak zagracony, że trudno się było poruszać. Ale mniejsza z tym! Zabrałam się do roboty.

 Okazało się, że przebudowa jest w toku, ale nie ma żadnych rysunków architektonicznych, ani nie uzyskano pozwolenia na budowę od władz miejskich. Chinka, która uciekła od p. Andersona zostawiła wszystko zaledwie rozpoczęte. Pan Anderson stał nade mna długo i zawile tłumaczył co ma być zrobione. Nie zawsze rysowałam to co on miał na myśli. Wtedy podchodził do mnie, ze złością i zielonym błyskiem zębów wydzierał mi ołówek z ręki, łamał na kilka części i kawałki rzucał mi na głowę. Mitygował się jednak szybko, biegł do kuchni i przyrządzał grzanki, zrobione w piecu, z bułki polanej zupą z puszki. Zjadałam te grzanki i kontynuowałam pracę. Drugiego dnia po rozpoczęciu mej nowej posady, robotnicy wyburzyli cały parter razem ze schodami. Zostało tylko kilka drewnianych słupów i całe piętro zaczeło się kołysać niby okręt.

 Przystawiono drabinę, aby można było wejść i zejść. Wchodziłam więc po drabinie do pracy. Jedyna osobą i przyjacielem w tym królestwie stał się dla mnie ogromny murzyn imieniem Washington, służacy p. Andersona, pochodzącego z Atlanty i przyzwyczajonego, jak za dawnych dobrych czasów, do służby murzyńskiej.

 Kiedy konczyłam pracę, późnym popołudniem, Washington przygotowywał okrągły stolik do kolacji dla p. Andersona. Odsuwał graty, żeby zrobić trochę miejsca, nakrywał stolik białym obrusem i stawiał świecznik ze świecami. Odwracał się wtedy do mnie i mawiał:

- Miss Christina, i poco jemu potrzebne świece tutaj? - pokazując reką dokoła w tym półmrocznym składzie rupieci.

 Wtedy zaczełam medytować co robić dalej. Wielu znajomych doradzało mi przeniesienie się do Los Angeles, gdzie podobno było łatwiej znaleść pracę. Byliśmy bliscy tej decyzji, ale rozumiałam, że rezygnując z posady dobrowolnie, tracę możliwość uzyskania zasiłku dla bezrobotnych. Pomimo wszystko postanowiliśmy jednak przenieść się do Los Angeles. Pewnego dnia oświadczyłam p. Andersonowi, że odchodzę bo wyjeżdżam. Był zaskoczony i poprosił mnie o skończenie pewnych rysunków, co obiecałam zrobić. Kiedy wszystko było skończone pożegnałam się z nim definitywnie.

 Następnego dnia, raniutko zadzwonił telefon. To p. Anderson krzyczał w aparat:

- Christina, masz sie natychmiast stawić do roboty! - i tak było co rana. Mój ówczesny mąż, były oficer kawalerii sprzed wojny, nie wielkie miał widoki na zrobienie kariery w Ameryce. Pracował wtedy jako strażnik nocny w banku i nosił mundur i czapkę przypominającą uniform policyjny. Napisalam list do p. Andersona, posłałam umundurowanego męża, aby mu ten list wręczył i to nareszcie poskutkowało.

 Tak to opuściliśmy moje kochane San Francisco aby zacząć życie na nowo


Perypetia druga

 W roku l961 przypłynełam okrętem do San Francisco z Buenos Aires. Mówiłam wtedy bardzo słabo po angielsku. Natychmiast po przyjeździe zaczełam gorączkowo szukać pracy i ku memu zdziewieniu i przerazeniu spotkałam się z ogromna dyskryminacją kobiet w moim zawodzie architekta. W agencjach poszukiwania pracy informowano mnie, że zawód architekta jest wyłącznie dla mężczyzn i radzono nauczyć się pisać na maszynie. Z wielkim trudem znalazłam pracę nie bardzo w moim zawodzie. Mianowicie dostałam posadę kreślarza w firmie, która instalowała komercyjne kuchnie w restauracjach, hotelach itp.

 Nie było to całkiem proste, bo wymagalo znajomosci wszystkich typow piecow do gotowania, pieczenia i smazenia, kotłów, maszyn do mycia naczyń, obierania i siekania jarzyn oraz połączeń kanalizacyjnych, elektrycznych i gazowych. Musiałam użyć całego mego sprytu, aby się tego wszystkiego szybko nauczyć. Miałam rodzinę na utrzymaniu.

 Moim bezpośrednim zwierzchnikiem był starszy i bardzo sympatyczny Szkot, pan Willis, który mnie polubił i starał się pomóc... Pewnego dnia biuro nasze otrzymało zlecenie na zainstalowanie nowej kuchni w dużej restauracji na Fishermens' Wharf w San Francisco. Wykonałam wszystkie potrzebne rysunki i pan Willis polecił mi zrobić kopię i wysłać do klijenta.

 W kilka dni po wysłaniu staje nagle nad moim stołem kreślarskim pan Willis, czerwony na twarzy i mówi

- Ah Krystyna, coś ty narobiła!
- Moj Boże, co zrobiłam - mowię przerażona, a pan Willis kładzie przede mną kopię mojego rysunku i palcem pokazuje na tytuł. Dużymi literami napisane było FISHERMENS' WHORE.

- Czy ty wiesz przynajmniej co to znaczy? - spytał kochany pan Willis. Domyśliłam się momentalnie, bo właśnie, aby ulepszyć mój angielski, czytałam z wielkim trudem i wysiłkiem powieść Steinbecka p.t. "East of Eden", a tam część akcji toczy się w domu publicznym.

 Nie wyrzucili mnie wtedy z tej posady. Odeszłam sama w kilka miesięcy później bo znalazłam lepszą pracę, ku wielkiemu niezadowoleniu właściciela firmy, który na odchodnym powiedział, że zmarnowałam stołek na którym siedziałam kreśląc, bo podcieli nogi, jako że był dla mnie za wysoki.

 W roku 1964 prezydent Lyndon Johnson podpisał prawo zabraniające dyskryminacji z powodu rasy, religii, rodzaju i narodowości.


Perypetia trzecia

 Nie pomnę już dzisiaj jakie to znajomości i konekcje ułatwiły mi znalezienie nowej pracy i mogłam porzucić projektowanie kuchni restauracyjnych. Około dwudziestu mil od San Francisco budowały się dwa nowe osiedla podmiejskie Daly City i Pacifica. Położone były nad samym Oceanem Spokojnym gdzie wysoki brzeg spadał stromo do oceanu. W tej pierwszej linii nad wodą były działki najdroższe. Reszta terenu rozparcelowana była w sztywną siatkę. Działki wszystkie były bardzo wąskie i bardzo długie. Było to bardzo oszczedne rozwiązanie... domy ułożone niby sardynki.

 Właścicielami i promotorami projektu byli dwaj bracia Dolger, którzy, jak fama głosiła, wzbogacili się znacznie na kontrabandzie alkoholu w czasach prohibicji. Szefem biura architektonicznego był Rosjanin, Fiedia L., architekt. Większość domów była przez niego zaprojektowana, a wsławił się szczególnie opracowaniem fasad od strony ulicy, które to fasady przylepione były do długich, wąskich, dwupietrowych, prostokątnych szop.

 Odstępy między budynkami po obu bokach nie przekraczały dwóch metrów. Było kilka typów tych domow: A, B, C, D, z pewnym urozmaiceniem, bo czasami było "A prawe", a czasami "A lewe". Odwracało się po porostu rysunki "na lewą stronę" i to było nasze, kreślarzy, zajęcie. Fasady też były "prawe" i "lewe". Miały one poprzyklejane balkoniki, daszki, gzymsiki i różne "firuletes" (po argentyńsku "ozdóbki").

 Fiedia był bardzo przyjecielski . Miał przemiłą żonę Tatianę, która, jak mi sie zwierzył, pochodziła z carskiej rodziny Romanowych. Wkrótce nawiązaliśmy miłe stosunki towarzyskie i nawet wybraliśmy się kiedyś razem na "camping" do Yosemite.

 Pracowało ze mną kilku kreślarzy, między innymi Juri, Polak, który mieszkał blisko nas i zabierał mnie swoim samochodem do pracy. Był też Frank Twerdy, który świeżo przyjechał z Niemiec i z którym zaprzyjaźniliśmy się odrazu, jako że oboje byliśmy Europejczykami rzuconymi na przedziwne wody amerykańskiej architektury. W latach 70-tych Frank był szefem sekcji architektury w bardzo dużej i znanej firmie Ralph Parsons, gdzie mnie wciągnął i jakiś czas pracowaliśmy razem nad projektowaniem miasta Yanbu w Arabii Saudyjskiej. Ale wybiegam tu za bardzo w przyszłość! Na razie pracowałam cierpliwie nad rysunkami tych sardynek i odwracałam je to na prawą, to na lewą stronę.

 W całym tym nudnym miasteczku zostało jeszcze jedno niezaplanowane i niezabudowane miejsce. Było to małe jeziorko, otoczone zielenią i z jednej strony miało piaszczysty cypel. Bracia D. postanowili to zabudować, i naturalnie Fiedia zabrał się do projektowania. Parokrotnie zerknełam na plan terenu i odrazu w głowie miałam rozwiązanie otwierające domy na jezioro, ale nie dla psa kiełbasa, siedziałam więc cicho. Fiedia zasiadł za swym stołem z czołem opartym na rękach, myśląc intensywnie i długo. Myśleliśmy, że zasnął, ale on chwycił wreszcie za ołówek i narysował trzy długie szopy (A,B,C?) skierowane tylną fasadą w stronę jeziora z małą inowacją: środkowy budynek był nieco wysunięty do przodu. W tym momencie zjawił się jeden z braci D., oderwał Fiedię od roboty i kazał mu gdzieś jechać w ważnej sprawie. Fiedia szybko zebrał manatki i tylko zdążył mi powiedzieć: "proszę cię, skończ ten projekt, bo ja nie mam czasu".

 Byłam wtedy po długim poście, bo od czasu wyjazdu z Buenos Aires nie miałam dostępu do projektowania. Zabrałam się z przyjemnością do roboty, odłożywszy szopy Fiedii na bok. Zaprojektowałam trzy rezydencje całkowicie otwarte na jezioro, z balkonami, tarasami itp. Bracia Dolger wpadli w zachwyt. Natychmiast zabrali mój projekt, aby artysta zrobił kolorową, dużą perspektywę, którą wszyscy potem podziwiali. Fiedia powrócił i minę miał kwaśną gdy tę perspektywę zobaczył. Wkrótce po tym zostałam nagle i niespodziewanie zwolniona z pracy.

 Dało mi to wiele do myślenia. Przypomniała mi się gadka góralska, którą opowiedział Ładosz (nie mogę przypomnić sobie jak miał na imię), znany przed wojną recytator i konferansjer. Słyszało się go przez radio, a także jeździł po różnych miastach z występami bardzo wtedy popularnych recytacji. Przyjechał raz do Augustowa, gdzie był mój dom, a że był znajomym mojej bardzo pięknej ciotki (podobno bardzo się do niej zalecał), przyszedł na kolację do moich Rodziców. On to opowiedział gadkę góralską, która stała się potem dewizą życiową mojej amerykańskiej kariery.

Oto gadka:  Młody góral wybiera się w świat w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Przed wyjazdem ojciec, stary góral, daje mu rady:

TY SYNKU PAMIENTOJ,
DO PSODKA SIĘ NIE PCHOJ,
NA ZADKU NIE OSTAWAJ,
ŚRODECKA SIĘ TRZYMOJ,
A KUFERECEK SE ZAWZDY ZAMYKOJ.

 W latach 90-tych domy w Pacifica, te stojące na urwistym brzegu, zaczęły się obsuwać i spadać do oceanu. Wiem, że jeden z nich kupili Fiedia i Tatiana. Byłam tam u nich na kolacji. Z dumą pokazywali mi widok z okna na ocean, w piękny księżycowy wieczór...

Ameryka