
Druga jest wyraźnie lepsza niż pierwsza. To dobrze. Ma się wrażenie, że impreza się rozwija i będzie coraz lepiej. Tymczasem występ nabiera soczystości. Coza wyczucie rytmu! Program nie do porownania. Wszystkie figury wykonuje z niebywałym wdziękiem. Żeby mieć taką subtelność i finezję ruchu nie wystarczy morderczy trening. Widownia słusznie wrze oklaskami. Gimnastycznych sztuczek można się nauczyć ale muzykę trzeba mieć we krwi.
Trzecia oprócz nadzwyczajnie aksamitnej skóry nie przedstawiała nic nadzwyczajnego, może własnie dlatego operator tak bawił się światłem, żeby zająć uwagę oglądających. To kolorem to znowu ruchem reflektorów podkreślał atrakcję przedstawienia. Na matowy plusz kótary w tle rzucał raz ruchliwe gwiazdki to znowu wirujace kolory by potem wyrzeźbić ja nagle snopem natarczywej czerwieni.
Poruszała się gładko jakby wisząc w powietrzu.
Sam występ trwa krótko bo jakieś cztery minuty maximum. Trzeba odpowiednio rozkręcić widzów żeby dopiwszy drinki już nie mogli się doczekać końca kilkuminutowej przerwy. A potem pojawia się następna artystka i znowu nikogo na sali nic nie interesuje tylko jej ruch. Jest powolna, znacznie wolniejsza niż oczekiwanie setek rozpalonych oczu. To wolne tempo roznieca pierwotny ogien. Wyobraźnia gore żywym płomieniem i spala się na popiól. Nie jest potem w stanie odtworzyć nawet po czśćci podobnych wrażen i wtedy organiczny głód gna znowu na pokaz tresury fok.
Kolejny seans zaczął się przy fioletowym świetle. Było ich dwie: Ina i Tara. Podobne budową jak bliźniaczk i poruszały się rownolegle niby jedna postać i jej odbicie w wodospadzie rtęci. Wrażenie wywarły ogromne. Widzowie zamarli by znowu wybuchnąć kaskadą oklasków. Świetny program.
Potem znów seria przeciętność i przekładana dobrym występem. Widownia musi mieć przecież punkt odniesienia.
Każda z nich dobrze wie, jakie wrażenie wywiera jej bezpośrednia bliskość i wykorzystuje to bez skrupułów. Widz sztywnieje z wrażenia a reszta sali obserwując jej dedykowany występ marzy żeby samemu znaleść się na miejscu wybranca. Jego twarz trzyma fason. Lekki uśmiech to znamie światowca na którym jej występ nie robi przecież większego wrażenia. Trzeba zachować zimną krew. Inni patrza. Twarz sie broni ale nie wytrzymuja oczy. Zelazny uscisk poreczy fotela wycisnal z dloni ostatnie krople krwi. W pewnym momencie wyróżniony oswaja się z tą nagłą falą szczęścia na tyle, że jest w stanie sięgnąć po nagrodę, która już zawczasu sobie przygotował i z ktłrą rozstaje się z przyjemnością. Czuje się teraz bogatszy o bukiet wrażeń, których już nigdzie indziej nie jest w stanie znaleść.
Snop światła opuścił go wraz falą goracą. Szczęście nastąpiło na niego tak nagle, że teraz jest zadowolony, że jest już po wszystkim. Może spokojnie wytrzeć spocone czoło. Nikt nie widzi. Minie wiele nocy zanim wspomnienie nie wywietrzeje mu z głowy i pozwol mu znowu spokojnie zasypiać.
Pomysł rzucania foce rybki jest prosty i skuteczny. Daje widzowi możliwość udziału w przedstawieniu, a bez tej małej nagrody foka nie zrobi przecież nic. Jasny jest ten mechanizm, a jednak każdy pozostawia sobie maluśką iskierkę nadziei, że rzucenie rybk to jedynie formalność. Przecież ona to zrobiła tylko dla niego i na nikogo innego przedtem właśnie tak nie patrzyła. Napewno dostrzegła, że przecież jest wyjątkowy i warty jej uwagi. W jego oczach dostrzegła charakter i głębię jego osobowości. Zauważyła, że jest twardym facetem i to ją pociągało. Wyczuła go. One to potrafią jak nikt inny. Napewno tak było.
Występy stają się coraz lepsze ku końcowi imprezy tak jak jakość wina w Kanie Galilejskiej.
Większość widown i to stal i bywalcy. Ich serca są rozgrzane i głodne. Są piękni i niedostępni. Siedzą w oprawie wytwornych fraków, strojni w błyszczące ordery i oznaki dystynkcji. Są starannie uczesani i ogoleni. Pachną drogą wodą kolońską a ich słowa oprócz intrygującej treści będą nieść zaraz delikatny zapach słodkiej mięnty.
Muzyka z akompaniamentu do tresury fok zmienia się w spokojne tło zapewniające dyskrecję konwersacji. Scena pustoszeje. Gasną snopy światła by dopuścić do głosu małe lampk nad stolikami. W sali zrobiło się jaśniej. Teraz dopiero światło ujawnia ogromne kolorowe pająki. Poruszają się powoli jakby nie chciały zwracać na siebie uwagi. Przez cały czas występów obserwowały widownię.
Pająki są nieskończenie cierpliwe. Siedzą w różnych miejscach sali i śmiało patrzą wprost ze swoich niezliczonych oczu. Oczy pająków są wielkie, czarne i błyszczące. Wpatrują się uporczywie w ofiarę aż ta wyjdzie im spojrzeniem na przeciw. Tak formuje się niewidzialna, żelazna nić.
